wtorek, 27 marca 2012

Zapiski szkolne: Trudne to i nader wydumane… więc może warto sobie odpuścić….( dla cierpliwych i wyrozumiałych)

Zapiski szkolne: Trudne to i nader wydumane… więc może warto sobie odpuścić….( dla cierpliwych i wyrozumiałych)

Mój ukochany Herbert napisał:

Panie
      dziękuję
Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
 a także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpanej dobroci Twojej
być w  miejscach które nie były miejscami mojej codziennej
udręki(…)

Obawiam się, że w kontekście tego, co chcę napisać, co mi leży na sercu, co jest zadrą w oku, wrzodem na wrażliwej części ciała…. to – słowa mojego ukochanego poety, mojego bożyszcze i na domiar jeszcze cytat wyjęty z jednego z moich ulubionych jego wierszy  mogą stać w jaskrawej sprzeczności z ogólnie rozumianą estetyką, mogą porazić niejedno wrażliwe na piękno oko, ucho i spojrzenie i w ogóle mogą być absolutnie nie a propos… Tak czy siak, nic nie mogę poradzić na to, że mi się przywiodły na myśl i w owym cytacie znajduję sens, i w rzeczy samej dziękuję Panu za ten „różny świat” ( piękno może natenczas pozostawię, bo dotąd nie zdążyłam go jeszcze odkryć w tym świecie  moich meduz wyrzuconych na brzeg, brodzących w szlamie zalegającym rzeczone brzeg i – gęstym i czarnym – z którego trudno wyjść, toteż moje meduzy najczęściej skazane są na zatracenie).
Ale nic to! Jako ów starzec z mądrej przypowieści przechadzam się brzegiem i nurzam się w szlamie, by  wydobyć choćby jedną. Ale  nie, nie, nie! Moje desperackie próby  coraz częściej zdają się być nielogiczne. One już giną, już tracą siły, już mrą na sponiewieranym brzegu, ale jeszcze wyciągają swoje parzydełka, kąsają, wpuszczając w krwiobieg swe toksyny, atakują układ oddechowy, nerwowy i serce… I niweczą, lechmanią cokolwiek pojawi się w ich zasięgu…
Tak naprawdę u moich meduz prawie nie występuje dymorfizm płciowy, wszystkie są takie same… Psychicznie… Nie ma tu że niby jedne z Marsa a inne z Venus… ( taka sobie dywagacja).
     Wchodzę do klasy. Zalegają ławki. Głowy utopione  w kapturach. Co niektóre wynurzają się na moment. Bardziej z ciekawości niż z powodu innych dziwnych ludzkich odruchów.
     Usiłuję ześrodkować wzrok na kimś, bo jakoś głupio mi patrzeć w przestrzeń. Nie ma  na kim! Czytam listę obecności. Zrazu któraś głowa lekko porusza się, by potwierdzić swoje istnienie i tyle! Dalej w „kimę” lub dyskusję. Kolejny wyciąga wielką kanapkę zakupioną lub „zdobytą”  w pobliskim NETTO  i bezceremonialnie zajada, popijając Tigerem.
- Pani! – woła, na moją uwagę pełna oburzenia. – Mam takiego kaca. Wczoraj zalałem…
W klasie śmiech. Bo „zalać” – to wieloznaczne słowo.
Kilka tygodni wstecz jedna z meduz nie pojawiła się w szkole.( A zawsze była). Zmartwiłam się, choć to jedna z tych wściekłych, co to już kilka razy musiałam po niej leczyć rany.
- A co się stało? – pytam, nie kryjąc w głosie troski
Przez klasę przechodzi pomruk rozpoznawalny przez wszystkich. Tylko moje tępe spojrzenie zawiesza się gdzieś ponad nimi. W końcu jeden decyduje się przełamać owe tabu:
- Bo ona jest zalana – wyrzuca z siebie przy solidarnym wtórze pozostałych.
- Antek ją zalał.
W klasie chichot! Antek zaś siedzi niewzruszony. Może nawet dumny z siebie…Kumam! Chodzi o ciążę! Prokreację! Miłość! Odpowiedzialność! I te inne….
Wodzę po nich oczami. W sercu jawi się troska. I o tę moją meduzę, ale i o ową planulę. I niech Pan wybaczy, ale, kiedy widzę owego osobnika i patrzę w jego oczy wyzbyte jakichkolwiek emocji, to myślę sobie, że może i Bóg dobrze urządził świat meduz, że dorosłe osobniki giną po zakończeniu rozrodu…
Przecież gdyby nie… to … za ileś lat historia się powtór\
   Mija kilkanaście dni – tydzień  lub dwa…
Kaptury zalegają ławki. Nie pamiętam, czego chciałam nauczać. Dość, że dzień przed znów byłam niespokojna i wiele czasu spędziłam nad projektem lekcji.
Widzę ją. Wymarniałą. Po lekcji zostaje.
- Byłaś u lekarza? – pytam.
Kiwa przecząco głową. Szesnaście lat! Mój Ty Panie! – myślę, patrząc na niewinną twarz nastolatki i… ciało wielokroć poniewierane…
Milczy!
- Jak się czujesz?
Milczy! Głupie pytanie! Widać, że źle. Blada. Podkrążone oczy. Oczy pozbawione głębi.
- I co?
Milczy! Milczenie ciąży. I jej, i mnie! Jej… bardziej…Mówi więc:
- Urodzę…
- Pewnie! Wiesz! Dziecko  wiele zmienia. Ale… To szansa… Dla niego warto … – zapalam  się.
- Yhm – pada zamiast potwierdzenia.
Rozochocona podejrzeniem zrozumienia, ciągnę dalej…
- … życie się nie kończy… ale zobaczysz takie małe cudo! Od ciebie będzie wszystko zależało… Nie musi być takie, jak ty… jak oni…
Wierzę w to, co mówię, bo dziecko to … kurczę …. To wszystko! Brakuje mi słów….
- Wiem… – przerywa  milczenie. – Wrócę  do domu… Urodzę… Szkoda tylko, że taki ojciec…
„Szkoda” – myślę, ale serce skacze mi koziołki, bo wtedy wierzę, że mimo wszystko jedna z meduz ma szansę na życie…Prawdziwe życie. Dobre życie…
  Podchodzi do mnie. Wolno. Nieśmiało.
- Mogę się do pani przytulić?
- Pewnie! – ściskam. Jeszcze sztywnymi rękoma, ale czuję, jak mięśnie wiotczeją, zagarniając mezuzę, która na moment nakazała swojemu organizmowi nie wypuszczać toksyn…
      Kombinuję, jak tu pomóc. Szukam w pamięci ciuszków dla dziecka, leżaczków, chodzików, śpiochów i innych…Gromadzę… Jest Ok. Naprawdę życie jest OK.. Dziękuję Ci Panie………………………….

Continuae…..


            Wracam do mojego świata – na pełne morze – zbudowana, pozytywnie nakręcona. „Życie ma sens. Jest różnorodne! Jesteśmy inni! Pięknie jest i jest pięknie….”

Tydzień mija. Może nawet i dwa…
Mija kolejny… może nawet czwarty…

Meduza pławi się na brzegu w szlamie… Już nieważne jest dla niej planula…  Tylko po co? Na litość, Panie!, po co?
- I co? – pytam struchlała…
Twarz leniwie wypoczęta i bezproblemowa…
- Poroniłam…
Ani refleksji, ani żalu….
            Morze się wzdyma i burzy…Niebawem wyrzuci na brzeg inne meduzy….