czwartek, 29 marca 2012

Mleko sie rozlało, czyli O "Spotkaniach przy lustrze"

Mleko się rozlało, czyli O "Spotkaniach przy lustrze"



            Mleko się rozlało! Wybrałam projekt okładki, zmieniłam zdjęcie, poprosiłam o zmianę opisu  na tylnej stronie okładki i… i czekam. Pełna obaw, wątpliwości i nadziei, że moja książka spodoba się czytelnikom. Zaglądam do środka. Przesuwam myszką na przypadkowe strony i  w zależności od… pogody, nastroju, humoru i czort wie, czego jeszcze, raz myślę sobie: „Kurczę nieźle”, drugi raz myślę, że zamiast zajmować się  dość ryzykownym, wręcz efemerycznym i płonnym pisaniem, winnam lepić pierogi, robić na szydełku (a całkiem, całkiem mi to wychodziło) i zająć się zwykłym życiem. Tymczasem ja żyję życiem swoim, mojej rodziny, a do tego dołączają wszyscy moi bohaterowie, ich  genealogie i kołaczą we mnie, utrudniając mi owo zwyczajne życie. Bo z pisaniem to trochę jak z piastowaniem urzędu, sprawowaniem władzy – ciężko wyzbyć się dobrowolnie owej mocy, nieograniczonej możliwości konstruowania światów, ustalania praw, powoływania wszelkich postaci do życia lub pozbawiania ich jego… To ja piszę im scenariusz, są absolutnie ode mnie zależni…ich  emocje, wszelkie działania konstytuuję JA. Pani i władczyni! Jedno kliknięcie, a ich światy rozpadają się i nikną…

Prezentuję fragment i proszę o komentarze. „Przechodniu, nie przechodź obojętnie, zosta swój ślad”

Wersja robocza ( przed redakcją)



Spotkania przy lustrze

                                                                             



                                                                                              Nie będzie żadnej chronologii ani konsekwencji.

                                                                       Nie będzie żadnego początku ani końca.

                                                                       Porozrywane wątki, niedokończone sprawy…



           

            Zawsze mu się wydawało, że ze wszystkim zdąży. Tyle czasu mają przed sobą. Nie zakładał takiego końca! Nie teraz! Właśnie wszystko zaczęło się składać niczym puzzle, trybiły wszelkie sprawy.

           

***



           

            Siedziała z głową podpartą dłońmi. Już chyba z godzinę. Postawiła przed sobą lampkę i lustro. Rewelacyjne połączenie! Bawiła się swoim odbiciem. Przed nią lustro, za nią lustro. Takie poszukiwanie detali trochę tak jak u van Eicka w „Rodzinie Arnolfinich”, tylko że ona jest sama, ani jego, ani psa…. Sama… . Przylgnęła ustami do chłodnej tafli lustra. Szeptała usta  usta:

- Ok. Umarłeś. Nie ma cię. Rozumiem. Każdy ma prawo do odpoczynku. Prawo powiedzenia  sobie: „dość”. Jasne! Nie pomyślałaś o mnie, bo niby dlaczego?  Nie zabrałeś mnie ze sobą. A zawsze byłeś zły, kiedy wychodziłam gdzieś sama. Ba! kiedy wyjechałam na kilka dni, to chyba z miesiąc nie odzywałeś się do mnie. A teraz. Teraz pewnie uważasz, że jesteś w porządku. Siła wyższa! Pewnie. Można i tak. W obliczu wieczności czymże byłam dla ciebie? Uciekłeś przed światem. Do spokoju. Miałeś prawo nie pomyśleć o mnie. Bo czymże jestem naprzeciw owej siły, która decyduje o naszym życiu lub śmierci. Poddałeś się jej pokornie. Zawsze przyjmowałeś los bez żadnych pytań, czy sprzeciwów. Umarłeś bez zapowiedzi, żadnych sygnałów, znaków. Tak sobie. Decyzja zapadła lekko. Jak u mnie, kiedy sobie myślałam: „Chyba obetnę włosy”. Bez konsekwencji.

Rano zjadłeś śniadanie, ogoliłeś się przed lustrem.

– O! – chwyciła lustro w ręce i trzymając je blisko twarzy, obejrzała jego pospolitą ramę,  posuwając delikatnie palcami po obrzeżach jakby to było dzieło sztuki, a nie zwykły przedmiot i bardziej zdecydowany ruch mógł wyrządzić mu krzywdę – zetrzeć  politurę, zarysować. Obracała owalem w górę, w dół, jakby spodziewała się zobaczyć nim kogoś innego

 – Przecież  to jest  wciąż to samo lustro! – powiedziała do siebie niemal odkrywczo. Upiła  kolejny łyk razem ze swoją lustrzaną kompanką. – Zawsze podobałeś mi się taki  nieogolony. Dwudniowy zarost. Chyba nigdy nie powiedziałam tobie o tym. Ty też niewiele mówiłeś.



            Nie lubił używać słów. Bywały mu potrzebne, czasami. I tylko wówczas, kiedy w żaden sposób nie umiał w innej formie przekazać komunikatu. Cóż to z resztą były za komunikaty?! Głównie to  płatności albo sprawy formalne związane z prowadzeniem firmy, co z resztą w niewielkim stopniu mnie dotyczyły, bardziej było to mówienie na głos, żeby utrwalić jak nauczanie wiersza na pamięć.

Bardzo je oszczędzał. Używał ich tylko w chwilach ważnych i decydujących. A wtedy stawały się one warunkiem sine qua non dla wszelkich jego poczynań. Te słowa zyskiwały nieodwołalnie moc sprawczą. I może z tego powodu oszczędzał słowa. Żeby za dużo się nie stało… .

Ale za to czasem lubił, jak ona mówiła. Wsłuchiwał się w melodię jej głosu. Jakby chciał się nasycić  na zapas. Bał się, że to ona go zostawi, była taka krucha. A tu sprawdziło się przekleństwo o tym, „kto skrzypi, a kto umiera”.

– … a potem poczułeś fizjologię – w lędźwiach, w trzewiach, ale to już pozostało poza twoją świadomością. Nie zdążyłeś nawet zakrzyczeć, nie miałeś siły zawołać. Nie chciało ci się. Byłeś zmęczony. Pomyślałeś na końcu: „Niech się stanie”.  I stało się. Telefon, karetka.

Młoda lekarka szarpała twoim ciałem. Ja we framudze drzwi. Zdziwiona.  Tak to właściwe słowo. Stałam jak ta głupia i byłam zupełnie zdziwiona.  Nie bałam się, bo czego miałam się bać. A ty? Ty już nie wiedziałeś, że ja – to ja, że świat – to twój świat. Wygodnie. Egoistycznie. Przyzwoliłeś na amnezję. Tylko zupełnie nie pomyślałeś, że mi nikt nie podarował niepamięci! Bo ja jestem i ty we mnie jesteś. I szlak mnie trafia! Za twój egoizm, zapatrzenie w siebie.

            Kobieta szurnęła lustrem. Jutro znowu podeprze głowę…  tak jak wczoraj i przed… i przed….. Trzy lata! Żałoby? Żałoba to chodzenie w czarnych sukienkach, noszenie smutnej miny i unikanie rozrywki – przez rok. Tak nakazują zwyczaje. Po matce też rok, ale ojciec to już tylko pół roku, babka ma swoje trzy, miesiące. Więc jeśli nie zasłaniała kirem okien od ulicy, a na drugi dzień po pogrzebie włożyła na siebie beżowy kostium … . To cóż to za żałoba! A kiedy weszła do sklepu na osiedlu, ekspedientka spoglądała na nią, nie kryjąc wręcz potępienia.  Matka przyszła do niej któregoś dnia (po pogrzebie Edwina była u niej niemal codziennie):

- Obrączkę przełóż na lewą rękę. Jesteś wdową. Wypada się nosić jak wdowa – powiedziała  z napomnieniem.

            Trudno się doszukać w życiorysie matki znaków czasu, kiedy to formy i ceremoniały stały się dla niej takie ważne. A może to stało się wtedy, kiedy Łucji babka pobłogosławiła jej rodziców  przed ślubem. Klęczeli wówczas na  wytartym schodzonym chodniku  w pokoju, który hucznie nazywano stołowym. Ojciec kołysał się, starając się ponad wszystko zachować pion i bacząc tylko na suto jak na ową sytuację zastawione stoły. Przybył znikąd i od zawsze trawił go głód. Stanisława kreśliła znak, całowała oburącz ujęte czoła i nie rzekła nawet słowa, bo łzy dławiły ją, nie pozwalając wybrzmieć nawet pospolitemu „z Bogiem”.



            „Wdowa?”: pomyślała. Dziwny wydał jej się ten wyraz w zestawieniu ze swoją osobą. – „Jestem Łucja, jestem wdową po moim nieżyjącym małżonku Edwinie” – usiłowała skonstruować jakieś zgrabne zdanie z tym wyrazem. Tak. Taka dostojna informacja podobałaby się jej matce. Teściowie nie mieli jej za złe kolorowych strojów ani czerwonych paznokci. Podzielali jej ból cicho i dyskretnie. Poza łzami wtedy w domu, nigdy już nie zobaczyła teściowej jak płacze. Chociaż oczy były wymęczone, a łzy wyostrzyły rzeźby bruzd na twarzy.



            I chyba od samego początku zaczęły się te  spotkania  z lustrem. Zupełnie niezamierzone, przypadkowe… .

Nienawidziła samotności. Nigdy! Kiedy bywała sama w domu, to wpierw wydawało jej się, że na to właśnie czekała. Rzucała się na wszystko – a to na książkę, szmatławą gazetę, a to na siebie – wanna, maseczki, a to planowała zakupy… . W rzeczywistości miotała się bezcelowo po domu,  z niecierpliwością spoglądając na zegar, innym razem na kalendarz i nie robiła nic… w końcu uciekała z niego, by bez celu błąkać się po mieście. 

Siedziała naprzeciw lustra… . Siedziała. Jak teraz, wczoraj, rok, rok miesiąc i piętnaście dni … i trzy lata… dwa miesiące, osiem dni… .

Nie miała na siebie pomysłu. Nie umiała być tylko ze sobą. Krępowała ją ta relacja. Bała się, że moment, kiedy będzie musiała zmierzyć się z sobą, powiedzieć sobie prawdę o swoim życiu z mężem…, że ten moment ją zaskoczy, że  nie będzie przygotowana. A tak nie była sama. Kobieta po drugiej stronie lustra nie była nią, była kimś innym. Wyzierała z jej spojrzenia litość i niemal sarkazm. Te same niby zeszklone oczy, usta z wyblakłą już czerwoną szminką. A jednak to nie była jedność. Ta naprzeciw to zupełnie ktoś inny. Umęczony, nabrzmiały  pustką i niemal bólem. Zbieżność rysów twarzy, krągłości, siatek zmarszczek, pagórków policzków, zagłębień oczodołów.







***





            Babka, ze strony matki – Stanisława przybyła tu ze swoim mężem szewcem i jego jednym synem „odziedziczonym” po drugiej ( tak już drugiej! – pierwsza bowiem zmarła, nie pozostawiając – Bogu dziękować – żadnego dziecka) słabowitej i wciąż niedomagającej  żonie Jance,  zaraz po wojnie. Zamieszkali w pustostanie pozostawionym przez naprędce uciekających Niemców. Ulica w polskim tłumaczeniu, a polskość rodziła się niecierpliwie i gwałtownie, nazywała się Krótka. I w istocie taka pozostawała. Miała niewiele ponad siedemdziesiąt metrów długości i szerokości tyle, ile potrzeba dla wąskiej jezdni, wąskiego chodnika i szeregów domów – małych, zduszonych wewnątrz. Na początku ulicy, patrząc od strony plebani, mieszkała malarzowa z rodziną. Malarz też oczywiście żył, ale pracował albo pił, więc i tak mało kto go na ulicy znał. I to tyle po tej stronie, bowiem za malarzową rozciągał się niby park, niby skwer. W rzeczywistości był to maleńki klombik obsadzony wysokimi malwami i cyniami oraz  małymi, skromnymi bratkami i aksamitkami. Gdzieniegdzie dumnie puszyły się nieliczne róże. Miejsce, oczywiście nie budziło żadnych podejrzeń jakoby to ktoś mógł przyłożyć do tego  artystyczną rękę, nikt sobie wówczas specjalnie nie zawracał głowy modną obecnie architekturą ogrodową.  Niewiadomo nawet, jak powstało to miejsca, na którym można było spokojnie postawić dwa domy. Tymczasem gruz po zniszczonych działaniami wojennymi budynkach uprzątnięto, a w zamian, gdzieś z okolicznych pól nawieziono czarnoziemu i tak powstał skwer. Dziwne, bo ani to nie był żaden ważny punkt w mieście, nie liczyć Kościoła na końcu prostopadłej do tej uliczki. Może zwyczajnie po czarnej wojnie ludzie byli głodni trawników i ławek do wysiadywania. W każdym razie był klomb, trawa i dwie ławki naprzeciw siebie, na których w niedzielę po mszy, a jeszcze wczas do obiadu, siadały kobiety przybyłe tu za mężami albo za domem z różnych części kraju, pogodzone z powojenną zawieruchą. Zaś popołudniowe soboty i niedziele zawłaszczali mężczyźni, grając w baśkę na pieniądze. Naprzeciwko – tak prawie na wysokości malarzowej- mieszkali Rutkowscy i Syroccy, a za nimi to już babka Stanisława ze swoim szewcem. Jakby skoczyć z ganku przez dom na wprost, znalazłoby się na Placu Staromiejskim, który oprócz nazwy nic z placu nie miał – nie było ani klombu, ani pomnika. Za to na Krótkiej był trawnik, klomb z kwiatami, dwie ławeczki! Gdyby jakiś krzaczor rozrośnięty i dziki lub drzewo, można by było się tu całować  z chłopakiem na ławce. A tak tylko babka Stanisława … wyklinała, kiedy rozłożone na trawie dziewczynki bawiły się w dom. To był jeszcze ten czas, kiedy Stanisława była młodą, silna dziewuchą i zdawało się jej niejednokrotnie, że w kaszę to ona sobie nie da dmuchać. O nie!

Tam na Krótkiej przyszły na świat jej cztery córki, co to dorosły bardzo szybko, wychodząc szczęśliwe z domu, w którym ojciec nie chciał już stalować butów, zelować, skracać cholewki. Pił jak szewc, klął jak szew. One szukały innego życia, i kiedy to parę razy pokazały się sąsiadkom na skwerze ze swoimi absztyfikantami, a Stanisława miała potem sposobność wysłuchać opinii malarzowej i innych kobiet, to i zaraz wyprawiało się wesele. Nie huczne weseliska, ale skromne, na których jednak wszystkiego starczało – i rosołu z makaronem, mięs różnych, a i ciasta wypiekały z sąsiadkami na kilka dni przed weselem. Dziewczęta – Zosia, Wanda, Gienka wdziewały na siebie białe suknie, czasem chowając nieco powiększony brzuch w fałdach ślubnych kreacji i dalej w świat!  Z początku przyjeżdżały na święta, ale potem porodziły dzieci i trudno się było z licznym przychówkiem wybrać w drogę. Stanisława po prawdzie nie bardzo tęskniła za córkami, bowiem miała na głowie starego kawalera  odziedziczonego po „zmarłej nieboszczce” drugiej żonie, męża pijaka i najmłodszą Marysię. Nadto wzięła się za krawiectwo, bo na męża to już zupełnie liczyć nie mogła. Tak i umęczona dziećmi, życiem, spokorniała, coraz częściej zrzucając z siebie ową młodzieńczą hardość.

            Marysia miała swój świat zamknięty w pokoiku na górze i umiała się izolować od tego na dole, gdzie mieściła się kuchnia, warsztat ojca i przylegający do niego pokoik przyrodniego brata.

Kiedy ojciec wracał późno, a jeszcze nie daj Boże po przegranych kartach, wiedziała, że trzeba przykryć mocno głowę poduszką, by nie słyszeć jego krzyku. Wiedziała też, że żadne zaklęcie nie wybawi jej z tego. Nie ma takiej bajki. Trzeba przeczekać do rana. Będzie dobrze. Wystarczy tylko nie nawinąć się gdzieś w jego pobliże. Nazajutrz – milczący, skacowany będzie cały dzień siedział w warsztacie na poddaszu, unikając karcącego wzroku  żony. I jej jazgotania. Wszystko wytrzymywał, ale to jej gadanie, wypominanie, a potem wielodniowe na przemian milczenie było ponad jego siły. A już najgorsze było to, że nie wpuszczała go do łóżka, nie podawała posiłków. „Zbiesiła się baba” – sarkał pod nosem. Kiedyś przyłożył nie raz i nie dwa… ale potem przyszła milicja, to i się przestraszył. A Stanisława całkiem zeszła mu z oczu, zająwszy się swoimi sprawami. Wtedy to już pił na umór, mało co wyglądając ze swojego warsztatu, który warsztatem to już tylko z nazwy pozostał. Walały się tam butelki, stare kopyta, pozdzierane zelówki. Sprzedał starą, ale dobrą poniemiecką maszynę do szycia cholewek. Dobrze, że udało się kiedyś wykraść starego singera, który pewnie też poszedłby za flaszkę, gdyby go kiedyś pod jego nieobecność nie wykradła.

Maria dorosła równie szybko jak starsze siostry, ale matka nie miała ani czasu, ani głowy, by przyglądać się wzrastaniu córki. Któregoś razu przyprowadziła chłopaka, zamieszkała z nim w pokoju na górze, który zrobili sobie ze schowka, wybijając okno w ścianie, rozwalając wewnętrzne ścianki. Nie pytała o zgodę, nie powiedziała nic. Nikt nie pytał. Ojciec pił, matka tak bała się zostać sama, że przymknęła oczy i uszy na wszystko. Dopiero, kiedy urodziła się Łucja, nieśmiało zapytała:

- To jak to tak? I dzieciak na tym w świecie będzie żył bez pozwolenia Boga i bez jego błogosławieństwa?

Ale nie było w tym pretensji, ale raczej prośba, niemal błaganie, pełne ludzkiego wstydu.

- Mama się nie martwi – powiedziała Maria spokojnie. – Będzie  i ślub, i chrzciny i błogosławieństwo boże, a i mama pewnie nam pobłogosławi.

Stara taką radość w sercu poczuła, że nie mogła wykrztusić nawet słowa. Zawinęła twarz w fartuch i zniknęła gdzieś w kuchni, topiąc łzy szczęścia w garnkach z zupą.

            Łucja dziadka nigdy nie poznała. Zapił się, kiedy miała niespełna rok. Za to babka Stanisława znaczyła dla niej bardzo wiele. Kiedy po śmierci męża – i w jakieś dwa lata po nim – jego syna z drugiego małżeństwa, sprzedała dom na Krótkiej, przeniosła się z Marysią i jej rodziną do większego miasta. Trudno jej było przywyknąć, ale błękitne oczy Łucji, jej dziecinny szczebiot wynagradzał wszystko. Potem Marii urodziła się jeszcze Joanna i Konrad, ale to Łucja nakazywała jej żyć.

I wtedy, kiedy słabła na dobre, kiedy leżała na chłodnym łóżku na OIOMIE podłączona do wrogiej i niezrozumiałej aparatury, i kiedy już tak pogodzona czekała na śmierć, zobaczyła wnuczkę. W jej oczach było tyle samo łez, co miłości i strachu, i pomyślała:

- Panie Boże! To nie! To ja rezygnuję, jeszcze tu zostanę.

I została. Bóg wysłuchał ją tak bardzo, że żyła jeszcze wiele lat, do końca zachowując trzeźwość umysłu.



                        Teraz Łucja pomyślała, że babka z Edwinem byli do siebie podobni. Oboje nie szafowali słowami, o ile mąż Łucji posługiwał się nimi w absolutnie koniecznym akcie, o tyle Stanisława przestała w ogóle nie mówić. Maria nieraz obawiała się, że matkę dosięgła jakąś dziwna, starcza forma mutyzmu, ale liczne wizyty u specjalistów, wszelkie badania nie dostarczyły medycznego wyjaśnienia tego stanu. Mimo to Łucja rozumiała się z babką doskonale. Pierwsze kroki po wejściu o domu, kierowała do pokoju Stanisławy. Siadała u nóg i klepała bez porządku. Babka mierzwiła opuszkami palców jej włosy, wydając  z siebie  raz po raz pomruk podobny do mruczenia kota. To jej Łucja powiedziała o Edwinie.

- Babciu! Ja go tak kocham, że nie mogę sobie wyobrazić, jak ja będę żyć bez niego, kiedy on umrze. Już teraz wpadam w histerię – krzyczała pełna młodzieńczej egzaltacji. Była wtedy w ósmej klasie, a on był drużynowym jej zastępu, czy czymś takim.

Stanisława uśmiechała się. Chociaż w myślach pomyślała okrutnie:

- Oby, dziecko drogie, nigdy nie przyszedł taki moment, że będziesz Bogu dziękować, że go wziął do siebie albo, żebyś Jego sama o to nie prosiła.

Ale najgorsze było to, co myślała o swoim mężu, że kiedy umarł, było jej po prostu obojętne. Nic gorszego ponad obojętność. Niechby złość, dzika furia, przysłowiowe darcie szat – byleby tylko nie obojętność.



***