czwartek, 10 maja 2012

Zapiski szkolne. O tym, że wbrew wszelkim prawdom o pięknie, są tacy ludzie, rzeczy, i miejsca, które wymykają się wszelkim kanonom, nie mieszczą się w żadnej estetyce i, choćby człowiek sobie oko wypatrzył, to za nic piękna dostrzec nie może, czyli i o tym, czy da się pokochać swoisty turpizm?









Zapiski szkolne. O tym, że wbrew wszelkim prawdom o pięknie, są tacy ludzie, rzeczy, i miejsca, które wymykają się wszelkim kanonom, nie mieszczą się w żadnej estetyce i, choćby człowiek sobie oko wypatrzył, to za nic piękna dostrzec nie może, czyli i o tym, czy da się pokochać swoisty turpizm?


( Tytuł może zniechęcać. I owszem! Ale cóż to taki tytuł w kontekście spraw, których stałam się uczestniczką)
Introdukcja ( moja i Grochowiaka) Ja:  „turpis – brzydki” – turpizm to swoista apoteoza brzydoty, kalectwa, ukazywanie rzeczy odstręczającej, budzącej abominację, kult wszelkiej ohydy, wprowadzony do sztuki, by wywołać szok estetyczny, ale też i po to( co bardziej wzniosłe i szlachetne) miał pomóc w akceptacji życia z wszelkimi jego aspektami, nauczyć afirmacji życia mimo że wokół brzydota, odraza, śmierć , choroba….” Hmm…( No nie wiem).

Introdukcja  Stanisława Grochowiaka

Nie cały minę Choć zostanie owo
Kochanie ziemi w bajorku i w oście
I przeświadczenie że śledź bywa w poście
Zarówno piękny jak pod jesień owoc

Bo kochać umiem kobietę i z rana
Gdy leży cicha z odklejoną rzęsą
A jak jest moja to jest całowana
W puder i w słońce W zachwyt i w mięso

Tak mnie ugadzam bo nie tylko z niebem
Ale z odbiciem nieba w całej nafcie
A teraz weźcie teraz wy potrafcie
Tyle zachwytu połączyć z pogrzebem

Słabi powiedzą tyle że to smutno
Mężni że słabych zatrzymuję w drodze
A ja zbierałem tylko te owoce
Co - że są krwawe - zbiera się przez płótno

     Wiosna niechętnie wdziera się przez zaplugawione, upstrzone przez muchy i niewiadomo co jeszcze okna, choć promienie słońca przemycane nieśmiało trochę dogrzewają mnie i gdzieś w środku nakazuję sobie szukać piękna, no może nie całkiem owego klasycznego wyznaczonego wszelkimi estetycznymi kanonami, ale … może czegoś, co nie odstręczy, nie przygnębi, czegoś, co może pozostanie zwyczajne, takie powszednie. A wreszcie też i czegoś, co nie zburzy mojego obrazu pięknej wiosny, którą to sobie najpełniej wyobrażam, kiedy to przywiedzie mi się na myśl Primavera Botticiellego! A jeszcze do tego w uszach błąka mi się świegot ptaków i nozdrza przyjemnie drażni zapach bzów majowych. Wiosna weszła we mnie, już zaczęła panoszyć się w tkankach, tętnić w żyłach… O nie! Nie pozwolę jej przegonić!
A poza tym tłukę sobie do głowy: Po cóż to ciągle czepiać się, po co dawać ujście złym emocjom, psującym mi nastrój i urodę ( a bo to tajemnica jakaś, że złość piękności szkodzi? a przecież kobieta o urodę musi dbać – zwłaszcza na wiosnę.
I w rzeczy samej po wielkiej majówce TU – na moim brzegu, gdzie poławiam moje Meduzy ze szczytną misją ich ratowania, wszystko jest jakby nieco uładzone, ławki stoją w rzędach, poniektóre krzesła dosunięte przykładnie jak winny być w tak szacownej placówce, jaką jest bądź co bądź szkoła. Uciekam wzrokiem od odrapanych ścian, od gąbki na tablicy – poszarpanej i obleśnej, że nie śmiem jej wziąć w rękę, bo nie wiem, czym jest spowodowana jej wilgotność. Wszak fantazja moich Meduz w tej materii jest zaiste ułańska. Nic to! Staram się nie patrzeć na obryzgane szyby. Naprzeciw mnie wisi gazetka z wyciętą z kolorowej gazety gałązkę wiśni albo coś podobnego. Nad wyraz wiosennego i urokliwego.
       Moje Meduzy są nader aktywne, rozbudzone, by nie rzec pobudzone. Usiłuję pochwycić, czy jest to aktywność groźna, wynikająca z „czegoś”, czy też jest to niespożyta przez wolne dni energia, która teraz w gromadzie może znaleźć dla siebie ujście.
Podaję temat. Raz. Piszą. Po jednym wyrazie łypią na mnie pytającym wzrokiem. Drugi. ( Mogłabym i na tablicy zapisać, ale owa gąbka nasączona czort wie czym).Parzydełkowce nie zamierzają włożyć jakiegokolwiek wysiłku, by zapamiętać zdanie.
- Jaki temat?- pyta wielki Krążkopławiec, w wielkim dresie, prawdziwy wielki  meduzi parasol  z dziurą w środku na głowę.
Powtarzam, nie spuszczając oka z kwitnącej biało-różowymi kwiatkami gałązki. „To chyba jabłoń”:
- Zwyczaje i obyczaje wiejskie na przykładzie Chłopów Władysława Reymonta
-… zwyczaje i co…  - przerywa Meduza Świecąca – Fosforyzująca Pelagia dopytuje jeszcze w miarę łagodnie, pod nosem jednak już rzuca mięsem i wyrzuca na bok swoje macki uzbrojone w parzydełka.
Powtarzam. W końcu co jak co, ale cierpliwość wpisana jest w moje życie.
- Jak ten gościu się nazywa Czesław … jak? – kolejna Meduza odzywa się, ale zdenerwowanie narasta.
Prostuję, że nie Czesław, a Władysław i powtarzam.
Nagle jedna – ta  najgroźniejsza – Osa  Morska rzuca z impetem długopis na ławkę i krzyczy:
- Zamknąć ryje! Nic nie słyszę!
Zaraz jednak opadła na krzesło i dodała:
- A zresztą nie piszę! Co to k…a jest?! Co to za temat!?Co to za tytuł!? Chłopy!
Meduzy z tyłu klasy polegające pokotem na ławkach, zapadłe w swoich parasolach, wychynęły się, nie kryjąc stanu niezadowolenia
Tłumaczę powoli i spokojnie, by wytonować pobudzoną Meduzę, wszak wszystkim wiadomo, że to jedna z tych najniebezpieczniejszych i lepiej nie drażnić. Udaje się.
        Słońce chwilowo skryło się za chmurami. Promienie omiatające klasę, wesoło swawolące po kątach też zniknęły. Zrobiło się jakoś jeszcze bardziej buro i nieprzyjemnie. Na moment zapada cisza... Ściemnia się. Aktywność jakby trochę osłabła. Nie dziwota. Wszak Meduzy najczęściej zamieszkują głębiny, gdzie ani Boga, ani ludzi i rzadko kiedy ktoś je drażni zbędnymi i uciążliwymi dyrdymałami. Tam w otchłaniach morza czują się najlepiej, nie dosięga ich nic, czego sobie nie życzą głupie normy, nieżyciowe prawa.
Szybko przemycam to, co najistotniejsze, bacznie obserwuję stan skupienia. Nie wiem, ile jeszcze mogę. Nieśmiało proponuję czytanie. Nie protestują.
Koślawe, zniekształcone słowa wychodzą  wybrzmiewają w klasowej przestrzeni. Na twarzach malują się trud i skupienie, pot występuje na czoło z wysiłku.
„Biedne meduzy! Trudno im złożyć wyraz!” – myślę i gdzieś pojawia się nawet myśl, że szkoda tych moich Meduz, że takie biedne.
Nagle przestrzeń rozdziera syczący głos:
- Co za popier…ny tekst! Jakieś g…wno! Ch..j! Nie czytam dalej!
Próbuję uspokoić , ułaskawić i mówię, żeby sobie jeszcze przeczytała,  a ja za moment jeszcze raz poproszę… itd.
- Po co pani nawija do mnie! Nie czytam!
Zaraz też odwraca się do innych i pyta:
- Kto ma coś do picia?
Z lewego rzędu odzywa się:
- Komu sucho, temu ślinę w ucho!
Śmiech na sali. Meduzy wymachują z rozbawieniem wszystkimi mackami. I nawet czytająca niedawno Hydroza jakby się uśmiecha.
Tymczasem w klasie poruszenie. Trzaskają szybko odsuwane krzesła, szurają ławki po zniszczonym linoleum. Zdezorientowana usiłuje ogarnąć to, co się dzieje. Wszyscy są już przy drzwiach. Niczym na ćwiczeniach w związku z alarmem przeciwlotniczym.
- Ale się zj…bał! Wali w całej klasie.
Nieprzyjemny zapach dochodzi i do mnie. Mdli mnie, więc szybko zwijam z biurka wszystko i idę na korytarz.
          Wszyscy wylegli z budynku, by zaraz za winklem, uciekając od oczu Naczelnego wypalić jedną na kilkoro fajkę. Obok mnie stoi  Kubopław, nieco kwadratowy, ale dość pokojowo usposobiony. Zagajam go. Jeszcze nie ma przerwy, a do środka też wejść się nie da. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia stykają się.
- Co tam?
- Zwalony jestem?
- A czemu to? Tyle wolnego było? – ciągnę. W sercu jestem dumna z siebie, że cokolwiek jarzę ich język.
- Nic mi się nie chce. Nie mam żadnej motywacji…
Robi mi się wstyd! Meduza potrzebuje mojej dłoni, pomocy, wsparcia, a ja… ja … taka bezwzględna. Może to depresja albo inne egzystencjalne problemy okresu adolescencji…
- To może potrzebujesz pedagoga, czy psychologa…
- Nie! – śmieje się – gdzie! Pani! Jaki k…a psycholog! Piłem cały czas i nic mi się nie chce. Piwa bym się napił…
      Zerknęłam na zegarek. Przerwa. W pokoju nauczycielskim otwieram okno.  Wystawiam głowę, natężam wzrok, słuch i węch. Szukam wiosny, która mi się gdzieś zapodziała…

***

Piękne jest to,
co zaspakaja zmysły
nie każcie mi więc podziwiać
starożytnych posągów medycejskiej Wenus

czas i milczenie ludzi
bezpowrotnie zatraca piękno
dystans zrodził obojętność

Iluzoryczne pojmowanie
Piękna jako Prawdy
nie ma potwierdzenia w moim świecie

                                                                                                           Gośka
A jeśli ktoś chce jeszcze o Meduzach, to tu:


Strona z wykorzystanym zdjęciem