czwartek, 3 maja 2012

Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj…(czyli rzecz zupełnie poza związkiem i poza sensem, absolutnie ad hoc)



                Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj…


            Maj rozbuchał się na dobre. Pąki kasztanowców na mojej alejce eksplodowały. Zieleń zagarnęła świat absolutnie, bez żadnych kompromisów dla innych kolorów – wszelkich  żółci, bieli i fioletów, które stanowią barwne, krzyczące plamy na owej zielonej płaszczyźnie. Cokolwiek staje przed moimi oczami nasuwa wszelkie synestezje: krzyczy zieleń, smakuje biel, ogrzewa żółć. Słońce jako owe pierwotne źródło światła, owo źródło życia i energii ostatecznie przegania moją długą depresję. Jest ciepło i lubo. To jest ta wiosna, którą wszyscy kochają. Ta pachnąca słodkim zapachem fiołków, bzu i rzepaku ścielącego się  wielkimi kobiercami na przepastnych przestrzeniach, co to z zieloną oziminą, podrosłą już i szumiącą nieśmiało, a jeszcze z ledwie co zaoranymi połaciami brązowiejącymi trywialnie – tworzą przecudną szachownicę, a niekiedy czarowny patchwork.

Czas na majówkę, na majówkę czas!

            Idę z przyjaciółką na spacer. Ona i ja. Nazbierało nam się niewymówionych słów, naulewało się ciszy.

Idziemy. Dawnym torowiskiem, po którym pozostały najczęściej resztki tłucznia poprzerastającego chwastami i drzewo – krzakami rysującymi  gołe łydki. Między monofonię mojego gadania od czasu  do czasu wkradają  się  dźwięki natury: poszumy zieleniących się młodych listków – jeszcze wątle zwisających z gałęzi, jeszcze nierozwiniętych okazale, ale już  poszumujących nieśmiało. Gdzieniegdzie zaskrzeczy, zachrobocze sucha gałąź, niekiedy zaświegoce wykluty tą wiosną ptak…

             Idziemy. Stopy potykają się o wżarte w ziemię odcinki żelaznych szyn nagrzanych słońcem, że nie sposób na nich przysiąść, by choćby na moment dać odpocząć zdrożonym nogom. Ciężko jest, bo – chciał nie chciał – i lata robią swoje. Ale i  lekko mi jest, że śpiewać się chce!

Oto oszukuję czas, przechytrzam go. Nie czuję ciężaru życia, powagi zdarzeń wokół, nie stawiam na szali spraw ważnych i… ważnych…, nie dbam o konwenanse i wizytówki.

Idziemy. Ja i ona. Drogą, którą jako dziecko pełczyckiej matki pokonywałam z przylepioną do szyby osmalonego wagonu buzią, wielokrotnie. Nigdy też nie zastanawiając się  ani nad jej długością, ani urokiem. Ot! Tkwiłam beznamiętnie niczym bezmózgi glonojad w akwarium.  Teraz smakuję metr po metrze, naznaczam sobą, swoim śladem stóp.

Na jakimś odcinku drogi, przystajemy. Pobocze torowiska porasta ciemno-zielona trawa. Przystajemy.

- To sitowie? – pyta mnie ona( znaczy Przyjaciółka Moja)

Pojęcia nie mam. I nie dlatego, że też nigdy nie interesował mnie ów systematyczny świat roślin, ale dlatego, że dla mnie nieważne było sitowie - niesitowie, ptak - nieptak, piekące łydki, żar lejący się z nieba i czort wie, co jeszcze… Ale ta wiosna… i ta „Ona” i ja sama – oderwana od wszelkich spraw… I ten maj w głowie… I owo poczucie zastania w czasie. Poza wszystkim i wszystkimi...

PS.

(k'woli wyjaśnienia: rzecz miała miejsce w ostatnich dniach kwietnia…. W głowie ciągle maj…)

Ps 2.

 Nie było sobotniej play listy… Ale choćby i to

http://www.youtube.com/watch?v=sCHkfQM-XCc