środa, 23 maja 2012

Zapiski szkolne: Meduzy, zapachy maja i wieczny chłód ścian


Meduzy, zapachy maja  i wieczny chłód ścian.

                Słońce wniknęło  w morskie odmęty, ale jeszcze od starych ścian szedł nieprzyjemny chłód i przeciąg hulał po budynku niczym bies po pustej kaplicy. A nadto ciepło na zewnątrz powodowało, że mury oddawały wchłonięte, uwięzione i zapamiętane od lat zapachy. I jak to bywa w starych budynkach, wewnątrz trąciło ni to stęchlizną, ni butwieniem albo zwyczajnie starością…. Bo i szkoła w rzeczy samej była stara i niewiele miała z majestatu przynależnego tego typu budynkom publicznej użyteczności. Meduzy były niespokojne i poruszone, wyciągały na wszystkie strony swoje macki, czyhając ofiary. Bo oto jeszcze wciąż ekscytowały się wieścią o zaginięciu jednej z nich. Z początku wszystkie sądziły, że jeden Parzydełkowiec popłynął gdzieś w swoje strony i tam się zadekował pośród morskich topieli, oddając się ulubionym zajęciom – picia, palenia i błogiego lenistwa. Z dala od tego miejsca, co to nieraz przyniosło mu przykrości i upokorzeń wszelkich od innych – większych, silniejszych, bardziej świecących. Potem okazało się, że pojechał na pogrzeb – oto życie odebrał sobie przyjaciel wzgardzony przez dziewczynę. Jednak tamten nie pojawił się ani na pogrzebie, ani swoich rewirach… I na słupach, witrynach sklepowych na lampach i murkach rozwieszono podobiznę…
- Pewnie zapił – rzucił  ktoś  z końca Sali. Przegryzając wielka drożdżówkę i popijając energy drinkiem. Wszak noc była ciężka, a syndrom dnia poprzedniego w postaci gigantycznego kaca nie dawał żyć.
- Albo ktoś go zaciągnął w krzaki – snuł domysły inny, uśmiechając się przy tym  szczerze dumny ze swojego odkrycia. Zaraz też podchwycili inni, dokładając kolejne zdarzenia do historyjki o porwaniu, gwałcie, nie szczędząc przy tym opisów i jak ognia unikając eufemizmów, za to celując w dosadnych określeniach i rozbudowując swoją narrację do granic ( których pozwolę tu sobie z uwagi na wrażliwość estetyczną czytających i swoją nie zamieszczać. Teksty, które padały, mogłam odczytać  z kontekstu słów i gestów.)
W pamięci odszukałam wygląd zaginionej Meduzy. Tak. Mam. Wydobyłam go spośród innych upodobnionych do siebie, zgodnie z zasadą „kto z kim przestaje, taki się staje”. Ustaliłam miejsce. Niewiele mogłam powiedzieć. To była jedna z tych Meduz, co spokojnie dryfują, nie wyciągając swoich parzydełek, za to kryjąc się przed silniejszymi osobnikami, którzy prawem pięści uzurpowali sobie prawo do tego terytorium. Zaraz też wyobraźnia podpowiadała mi czarne scenariusze. Ale nade wszystko… nade wszystko… zmartwiłam się… Po ludzku, po matczynemu, po nauczycielsku…Tyle się słyszy….
         Nagle do sali weszła Aretuza. Żadnego tam powitania, czy pukania do drzwi. Powiało chłodem. Głosy zamikły. Temat zaginionej zawisł w powietrzu.  Stanęła – jedną ręką trzymając framugę jakby miała zacząć brawurowy taniec na rurze, w zagięciu drugiej majtała niewielka torebka z monogramem znanego kreatora mody… Wszystkie spojrzenia skierowały się na drzwi… a było na co… Oj było!
Długie nogi w wysokich szpilkach obleczone w kawałki czegoś, co równie dobrze mogłoby nie być, bo gdziekolwiek nie spojrzał, to wyzierało opalone gołe ciało, dalej fragment góry… coś pomiędzy bluzką a biustonoszem, ale tylko z przodu, bo tyłu owego powleczenia nie można było nijak dostrzec… Oj! Aretuzo! To ty budzisz kompleksy mężczyzn, uciekających przed twoim spojrzeniem, trwożącym się przed tobą, wpadającym w szał, kiedy nie mogą sobie z Tobą poradzić!
- Kto ma fajkę! – zapytała bezceremonialnie, powłóczącym wzrokiem omiatają wszystkich. Westchnienie zachwytu i cichy pogwizd przecięły ciszę. Ale nagle zawróciła, nie czekając na odpowiedź, bo z torby opatrzonym modnym logo dochodził nachalny  dźwięk telefonu… w rytmie techno.
I zaraz wszystkie Meduzy poderwały się za nią, do wyjścia, opuszczając hurmem zimne mury….jak przepędzone przez żółwie morskie.
Meduzy jedna za drugą gromadnie wyległy na powierzchnię. Wypadały, głośno trzaskając drzwiami odbijającymi się o wyrobione futryny, spod których osypywały się resztki tynku…  Stanęły na zewnątrz. Ciepło. Żadnego ruchu w powietrzu. Parno. Stały, pławiąc się w słońcu i jednocześnie nie zważając zupełnie na to, że takie długie przebywanie może źle wpłynąć na nie, mogą się wypalić, mogą uschnąć… Ale  nic nie mogło ich powstrzymać od ciepła, które przenikało przez oślizłe ciało i przyjemnie łechtało wewnątrz, panosząc się w komórkach i tkankach. Wystawiały się na promienie słońca, wypuszczając z jam kłęby siwego dymu. Skupione, zwarte… Zresztą było ich coraz mniej, bowiem część już zdobywała nowe przestrzenie, niektóre opuściły już obznajomione terytorium i gdzieś tam parzyły, trzymając się z dala od brzegu, by nie daj Bóg, znów nie trafił się jakiś nawiedzony, co to by je chciał ratować przed nieuchronnym.
Tak więc Meduzy chłonęły słońce, od czasu do czasu spluwając – to na ziemię, to przed siebie… Zdarzyło się, że i na szybę okna, pozostawiając strugę niczym haftowany niewprawną ręką ścieg. Niektóre podążyły za Aretuzą, której nagie plecy zniknęły za rogiem sąsiedniego budynku, za którym srebrzyło się niewielkie jeziorko, otulone porastającym brzegi tatarakiem. W oddali majaczył Świat, dokąd często morskie prądy popychają Meduzy, by parzyć, zatykać wloty wody, dokuczać, mętnić czyste wody….
          Zadzwoniło… Z ogromnym ociąganiem i niechęcią powracały do klasy, z hukiem ściągając pokiereszowane – jak wszystko tu – krzesła z ławek. Blaty obazgrane rysunkami penisów, podpisanych „ch…”, wyrytych do rdzenia spadały na ziemię wśród ogólnego rozbawienia…

            Za drzwiami pozostało słońce, zapach bzu i konwalii, które dostałam wczoraj…