czwartek, 17 maja 2012

Będę robić na drutach, czyli … o tym, jak straciłam skrzydła


Będę robić na drutach, czyli … o tym, jak straciłam skrzydła


            Żyłam spokojnie całe życie, znosiłam dzielnie wszelkie przeciwności losu, cieszyłam się tym, co mi się przydarzyło.  Czas trawiłam na życiu – w całej jego rozciągłości. Uczyłam się –( to zajęło mi wiele, ale nie było to żadnym złodziejstwem czasu, a raczej przyjemnością, którą miałam  na równi z innymi – dość trywialnymi i raczej mało oryginalnymi zajęciami).Pracowałam, chodziłam na spacery, słuchałam muzyki, pielęgnowałam kwiaty doniczkowe, smażyłam naleśniki i gotowałam budyń na podwieczorek, rozmawiałam… Wieczorami  wyrabiałam cuda na drutach, na szydełku, czytałam dziecku, czytałam sobie i tylko czasem… bardzo czasem… popisywałam sobie na kartkach, karteluszkach. Niekiedy tonęły owe zapiski w  jeziorach łez, ale to tylko dodawało im wyrazu, bo rano świat znów zdawał się być jak dnia poprzedniego. I chowałam je. I do szuflady, i do szuflady… Raz przyszło mi na myśl, zaświtało – jakiś  szatański zakus: „ Puść te wiersze  w świat! niech się świat dowie! niech mniema i niech czyta, niech demaskuje, niech wnika , interpretuje i niech płacze!” I prawie, prawie by się udało…. W porę opamiętałam się. Że nie! Absolutnie nie! Zabrałam zawiązywaną na troki teczkę i wróciłam do domu zadowolona z powziętej decyzji.  Mają być (owe wiersze) tam, gdzie są. Ale by się porobiło! Jeszcze musiałabym się tłumaczyć i zapewniać o swoim spokojnym życiu, Jeszcze musiałabym udowadniać, że wiersze to tylko słowa, które… mają brzmieć, mają wyglądać w wierszu, a nie być moim lustrem… Jeszcze, nie daj Bóg, stworzyłby mi życie , jakiego nie mam.
Tak więc żyłam. Coraz rodziły się nowe dzieci, czasem dorzucałam do szuflady…
     Nie wiem jak to się stało… Ale, jak ktoś ma w głowie miliony niewybrzmiałych słów, to tak jest. Któregoś razu siadłam i zaczęłam pisać opowiadanie „Inaczej nie będzie” i dalej do szuflady. Potem jakieś eseiki – do szuflady! Potem Tonię – do szuflady… i jeszcze, i jeszcze, i więcej, i więcej… . I do szuflady! Aż w końcu pomyślałam o sobie: „Nic! tylko pisarka ze mnie!” jako ta Mrożkowska dziewczynka z opowiadania „Poezja”. Skończyłam Tonię, zaczęłam „Tak się żyć nie da”, potem kolejne i kolejne…

Czułam , jak mi rosną skrzydła,  z początku malutkie koliberkowe, ale już cichutko trzepoczące radośnie, potem takie jak ma choćby rudzik albo inna jemu podobna ptaszyna, z czasem coraz większe… ale wciąż jeszcze skrzydła Neornithes. Aż któregoś razu, pękając z dumy nad tym, co napisałam,  pomyślałam sobie, że to może już anielskie, wielkie rozrośnięte, zajmujące tyle miejsca w przestrzeni  co jednopłatowy Ikar, który coraz to wyżej mógł wznosić się w przestrzenie, dolecieć do słońca… niepomny zagrożeń, nieprzewidujący sromotnego upadku (Ja wówczas nie  myślałam jeszcze o tym. Skąd!). Upajałam się sięganiem wyżyn, lotem, oderwałam się od ziemi. Stawałam się Twórcą, ba! Wszędzie widziałam tematy, rodziłam bez najmniejszego bólu kolejnych bohaterów, dawałam ich przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, układałam im hierarchie spraw… chodziłam jak kiedyś niby tymi samymi drogami, ale już nie patrzałam na świat,  byle się nacieszyć, nadziwić, nasycić jego pięknem, ale , by dopaść temat i zamknąć go w prolog i epilog. Zapuściłam codzienne życie – już to i naleśniki poszły w zapomnienie, i robótka na drutach pozostała z pogubionymi oczkami, i wzorem niedokończonym… Leciałam! Tworzyłam światy!

            Aż skrzydła zaczęły mi ciążyć, ramiona zmęczyły się gęsto porosłymi piórami. Gubiłam pióra, co to leciały coraz to spadając na burzaste chmury i ginące w podniebnej przestrzeni – to  tu, to tam. Świat z góry przestał być zajmujący i zbyt odległy… Nie mogłam dostrzec białych nakrapianych czerwonymi plamkami wiech kasztanowca ani drobnych płatków stokrotki, które Marcel zrywał i kazał mi wplatać we włosy… I czułam jak miota mną po niebie, szamoce mnie wiatr, a do słońca i tak za daleko….
                                                                         ***

            Wczoraj szłam promenadą nad jeziorem. Przyjemna bryza od fontanny bodła mnie delikatnie maleńkimi szpilkami chłodu. Rzędem na balustradzie ustawiły się perkozy , łyski  z łepkami zwróconymi ku mnie, z opuszczonymi „na spocznij” skrzydłami… a może to mewy śmieszki… Zdawało mi się, że  puszczały sobie oko, gdy przechodziłam obok. Chciałam je pogłaskać, ale odfrunęły… U mojej znajomej pani Sławki kupiłam nitkę. Zrobię sobie modną bluzkę!

- Kiedy pani ma czas? I pracuje pani, i  dzieci, i pisze… Napisać taką książkę, to przecież trzeba czasu… A pani aż tyle… – zapytała   mnie inna znajoma, kiedy przed sklepem chowałam kolorowa nitkę do torby.

            Uśmiechnęłam się… Już mam. Bo już mi skrzydła opadły…

S. Mrożek : opowiadania , Poezja, http://lektury.hostil.pl/Slawomir%20Mrozek-Opowiadania.pdf