Zapiski czynione z doskoku
blog Iwony Małgorzaty Żytkowiak
niedziela, 18 stycznia 2026
Kruchość
środa, 30 lipca 2025
Pierwszy raz - ostatni raz- refleksja o życiu i przemijaniu.
Nie
młodniejemy – mówię do mojego męża, kiedy okazuje się naraz, że pewne rzeczy,
na które do tej pory nie zwracaliśmy uwagi, bo - najprościej rzecz ujmując –
najzwyczajniej nie wymagały takowej, gdyż robiło się coś intuicyjnie, bez
szczególnego namysłu, nagle wymagają ode mnie szczególnej uważności. Nie musiałam
na przykład przybierać odpowiedniej pozycji, by podnieść z podłogi upuszczony
przedmiot. Coś mi strzeli w kręgosłupie? Coś łupnie w kolanie? Nic z tych
rzeczy. Pędziłam przez życie jak na skrzydłach. Młoda, rącza, nieoglądająca się
za siebie. Byle naprzód. Po nowe, po ciekawe, po pierwsze. Żyłam z ciągłym niedosytem.
Było mi mało! Ludzi, świata, przygody! Dzień był za krótki, więc wyrywałam czas
nocy, bo wszystko było do wzięcia, do przeżycia, do zachwytu. Noc trwała krótko
i tylko po to była potrzebna, by zregenerować organizm, pozwolić biologii
czynić swoje procesy: uwolnić hormony, systemowi limfatycznemu umożliwić usunięcie
odpadów z układu nerwowego, oczyszczenie z toksyn nagromadzonych w czasie dnia
i tak dalej. Każdy ranek witałam z ekscytacją i gotowością, a potem desperacko
rzucałam się w wir życia, nie oglądając się za siebie. Było minęło, kamień w wodę
i dalej! Do przodu, do przodu, do utraty tchu. Doświadczałam życia. Pierwsze zakochanie,
pierwsze pocałunki, pierwsze rozczarowanie. Pierwsze sparzenie się, bo
brakowało dystansu, rozsądku. Kolekcjonowałam „pierwsze”. Smakowałam. Jak
pierwsze truskawki wiosną. ( Moja teściowa, kazała się szczypać w ucho, kiedy
brałam do ust pierwszą truskawkę, to jakoby miało sprawić, że smak na dłużej utkwi
w pamięci).
Eh! Jakież
ekscytujące było doświadczanie pierwszych rzeczy! Jakże się zasadzało w pamięci?
Mościło w głowach i w sercu! Na długo, a może na zawsze stawało się punktem odniesienia.
Niemal nigdy pierwsze nie było powtarzalne. Kiedy, na przykład wracałam w te
same miejsca, w których byłam pierwszy raz, odnajdowałam niemal wszystko: domy,
ulice, czasem ludzi, ale… nigdy nie odnalazłam emocji. Tych samych wzruszeń,
poruszeń serca, tego samego bicia…
Z biegiem
lat, co przydarzało się pierwszy raz, już nie budziło emocji, z czasem spowszedniało,
straciło status wyjątkowości, stało się powtarzalne. A może to ja dojrzewając,
doroślejąc, traciłam ową niespożytą dotąd ciekawość, fascynację i radość życia?
Zajęta owym życiem, z jego wszystkimi zadaniami, zobowiązaniami, powinnościami.
Z tym wszystkim co uczyniło mnie odpowiedzialną, nobliwą personą. Matką
dzieciom, żoną mężowi… itd. Żyłam więc przyzwoite życie, pozwalając czasowi
mijać bezrefleksyjnie. Aż – ku swojemu zdumieniu – weszłam w etap, kiedy znów
zaczynam z uważnością kolekcjonować. „Ostatnie”. I choć wciąż jestem głodna świata,
wciąż mam apetyt na życie, to jednak zaczęłam skrupulatniej kalkulować, mierzyć
siły na zamiary i… odliczać. Ostatni raz wędrówka po Bieszczadach, ostatni biwak
pod namiotem, ostatnia nieprzespana noc, strawiona na „nocnych Polaków rozmowach”,
ostatnia krótka spódniczka i wiele mikrozdarzeń.
Schyłkowa
jestem i coraz bardziej sentymentalna. Z wdzięcznością witam nowy dzień. Bo znów
nastał, a przecież mógł nie nastać.
![]() |
| żródło. istock, Internet |
poniedziałek, 2 czerwca 2025
Smutny fakt
Smutny fakt.
Nastał trudny czas, ale jest to dla
nas ogromny sprawdzian z lekcji, której nie odebraliśmy. Smutny fakt. Teraz czas
na kolejną lekcję. Może wielu przyda się twarda nauka, może wielu przejrzy na oczy,
kiedy okaże się, że to, co miało być takie piękne, piękne nie będzie, co tak słodko
wybrzmiewało w kampanii zwycięzcy, okaże się pustym frazesem. Smutny fakt. Zaczekajmy,
z jakim szacunkiem deklarowanym podczas kampanii nowy prezydent odniesie się do
tej niewiele mniejszej niż połowa mniejszości, jak potraktuje wybrzmiałe
podczas kampanii deklaracje. Zobaczmy, jak zaopiekuje się seniorami, dziećmi,
jak zadba o bezpieczeństwo, jak zjedna rozdartą Polskę, jak rozumie słowo tolerancja,
sprawiedliwość, prawość. Wygrał. Smutny fakt. Zobaczmy, czy uda mu się zrezygnować
z mowy nienawiści. Czy zdobędzie się na samodzielność? Stało się i się nie
odstanie. Smutny fakt. Ale to nie znaczy że nic nie możemy. Najpierw może
posprzątajmy w swoich ogródkach, skończmy z opluwaniem. Możemy się zżymać, że
Stany Zjednoczone, czy też bieda wybrała nam prezydenta. Smutny fakt, ale jest
jak jest i się nie odstanie. Ale to nie znaczy że nie możemy nadal być
przyzwoitymi ludźmi. Świat nie stracił z uroku a ludzie… cóż…
Post scriptum
Czy się komuś podoba, czy nie – głosowałam na Rafała Trzaskowskiego.
Wygrał inny. Smutny fakt. Ale dodam – dla jasności i prawdy – jestem chrześcijanką.
Wierzą w Boga. Modliłam się, modlę i będę modlić. Niech nikt nie waży się podważać,
obrażać, indoktrynować, pouczać.
sobota, 24 maja 2025
Zobowiązania
Czasem Marcel, kiedy nie mam czasu, bo właśnie coś muszę, żartuje sobie, usiłując mnie odwieść od owego przymusu:
- Nic nie musisz, - powiada – wszystko możesz.
I Super! W ten sposób syn mój półżartem, półserio mówi mi o tym, że jestem
wolnym człowiekiem i zwalnia mnie z obowiązków. Prawie uwierzyłam w te swoją wolność.
I zaczęłam świadomiej przyglądać się sobie.
Owszem. Czas wszelkich zobowiązań mam już dawno za sobą. A przyznam był to czas szalenie intensywny, kiedy
miałam zobowiązania wobec dzieci, męża, uczniów, nadwładnych, podwładnych. Ciężar
tych zobowiązań był zaiste niebagatelny. Czułam go samą sobą, w sercu, na
barkach, w głowie, wytrącał mnie ze snu, budził rano, nie pozwalał zasnąć
wieczorem. Był treścią moich myśli, konstytuantą mojego życia. Sprostanie owym
zobowiązaniom było absolutnie nieodzowne, priorytetowe i imperatywne. Nic więc
dziwnego, że w rzadkich chwilach odetchnienia, potrafiłam myśleć – po pierwsze
co dalej, po drugie że jestem zmęczona i marzę o nicnierobieniu. Często
wywoływało to we mnie uczucie litości, użalania się nad sobą, nad pędem życia.
Eh, jakaż byłam biedna i zaganiana! Bywało, że zobowiązanie więziło mnie,
sprawiało, że czułam się niekomfortowo i musiałam się jakoś wyplątać. Na
przykład z wydawniczej współpracy. Kładłam na szalę zyski i straty,
kombinowałam, walczyłam z sobą, bowiem szala nie potrafiła się przechylić w
żadną stronę. Istniało ryzyko, że wycofanie się z takiego zobowiązania może
zatrząsnąć moim życiem, zabrać możliwości. Więc znów gdybanie i wewnętrzna
walka. I decyzja. Albo zacznę wypełniać zobowiązania wobec kogoś za cenę utraty
cząstki siebie, odebrania sobie prawa do wolności, albo wyplączę się z układu,
licząc się z tym, że moja tzw. kariera stanie pod wielkim znakiem zapytania.
Zaryzykowałam. Jestem wolna od tamtych zobowiązań. Nie było trzęsienia, ani tsunami,
choć owa kariera spowolniła, pomeandrowała bocznymi ścieżkami, ale odzyskałam spokój, przynajmniej jego cząstkę. Co nie
znaczy, że wówczas uwolniłam się od zobowiązań w ogóle. O nie. Wciąż byłam
obwarowana powinnościami wobec kogoś, czegoś, siebie.
Dziś myślę, że mimo
tego ciężaru, w gruncie rzeczy dzięki nim – owym zobowiązaniom, stałam się
osobą dość mocno zdyscyplinowaną, uporządkowaną. Miałam plan, cel i wypracowywałam
sposoby jego osiągnięcia. To też sprawiało, że w moim życiu nie było miejsca na
nudę.
Dziś myślę też, że niektóre ze zobowiązań sprawiły, że
stałam się inną osobą. Zmieniła mi się optyka, w hierarchii wartości nastąpiło
istotne przetasowanie. Myślę tu choćby o zobowiązaniu wobec Romy, które
uczłowieczyło mnie, otworzyło mi oczy na sprawy ważne. Ona dała mi swą
opowieść, dała możliwość wniknięcia w jej życie, dała sposobność uczestniczenia
w najbardziej intymnej chwili, kiedy to przenikamy do innej sfery. Dała mi trudną acz piękną lekcję człowieczeństwa, a ja
zobowiązałam się stworzyć opowieść o niej, co z czasem stało się mniej istotne,
niż to, że dałam jej swój czas. Zobowiązałam się być z nią codziennie po godz.
11, zobowiązałam się uczestniczyć w jej
odchodzeniu, zobowiązałam się wraz z nią czekać na ostateczność. I to nic, że wszytko
inne musiałam odstawić na jakiś inny, może nawet boczny tor, z którego już
nigdy się nie wydostałam. Pamiętasz, Romo? Barlinecka Romo, Złota Rybo ze snu
swojego ojca – miałyśmy wobec siebie zobowiązania.
Teraz nie ma Romy, dzieci dorosły, każde żyje swoje
życie. A ja… Wciąż mam zobowiązania.
Najważniejsze, najtrudniejsze i przepełniające mnie smutkiem
– to wobec Mamy. Jestem z Nią, by mogła wierzyć, że cały jej trud, całe poświecenie
nie poszły na marne. I choć Ona uważa, że nie jesteśmy Jej nic winni, to ja mam
w sobie to zobowiązanie, by zrobić wszystko, żeby była szczęśliwa. Mamo! Czasem
jest mi ciężko, czasem brakuje mi cierpliwości, ale chcę jak najdłużej wypełniać
wobec Ciebie zobowiązania. Cóż mi po wolności, po multum wolnego czasu, skoro
nie będę mogła czuć się potrzebna, cóż mi po wszystkim , skoro ciebie
zabraknie. Bądź!
Zobowiązania czynią nas potrzebnymi, ważnymi. Można się wyzbyć ich, zrezygnować,
wytłumaczyć sobie na milion sposobów, że nie muszę, ale… czy wówczas życie będzie
jeszcze miało sens?
wtorek, 13 maja 2025
Do Osoby – Pana Filipa i nie tylko
Od kilku lat żyję sobie spokojnie, a od niespełna
dwóch bardzo spokojnie- głównie za sprawą domu i ogrodu. Cieszy mnie i
zachwyca wszystko: rośliny, które w ferworze ogrodniczego szaleństwa posadziłam
(całkiem bez pomysłu i znajomości) i okazało się, że pielęgnowane przeze mnie odwdzięczają
się, wyrastając w różnych przeze mnie już zapomnianych miejscach, (bo kiepsko u
mnie z ogrodnictwem) i upiększają moją przestrzeń. Mam też zaprzyjaźnioną
szpaczą rodzinę, której przedstawiciel – pan szpak – chodzi krok w krok za moim
mężem i czeka aż mu wygrzebie robaka z ziemi. Dom stał się dla mnie enklawą
otoczoną zewsząd ludźmi, którzy - podobnie- jak ja żyją sobie swoim życiem. W tej
schyłkowej bądź co bądź części mojej w żadnym razie niewyjątkowej egzystencji mam
szczęście doświadczać szczęścia i spokoju. Czasem boję się tego, wiedząc, że w
życiu plecie się radość ze smutkiem, że życie to amplituda, ciągły ruch, w którym
doświadczamy różnych intensywności, od szczytów radości i sukcesów, po
najniższe punkty kryzysu i porażek. Nie wiem, kiedy hossa się skończy. Ale
odganiam czarne myśli i staram się korzystać z tego co właśnie jest, nie chcąc
psuć sobie smaku chwili. Dostrzegam
uroki codzienności, pielęgnuję przyjaźnie i… trwam w swojej bańce. Na pozór bezpieczna.
Na pozór. Bowiem, gdy tylko oderwę się od mojej ciszy, mojego spokoju, odejdę
od tej błogości, wyjdę za próg, naraz dopada mnie hałas świata. Dosięgają mnie dramatyczne
obrazy, dochodzą do mnie odgłosy nienawiści, niechęci, wszechobecnego zła. Jest
wszędzie – wyziera z każdej przestrzeni – media, literatura, sztuka,
popkultura. Jest na ulicach, w parkach, w mieszkaniach za zamkniętymi drzwiami.
Czyha na każdym kroku. Wracam do siebie. I trzast, prast! Zamykam się na
wszystkie spusty. I takich jak ja jest wielu, bardzo wielu. Zatrzaskujemy drzwi
do świata. I trwamy w naiwnym przekonaniu,
że już zła nie ma. Jak dzieci, które po zamknięciu oczu, myślą, że to
wystarczy, by to, co nas przeraża, nie podoba się nam- zniknęło. A ono
jest! Mościmy się wygodnie w swoich
oazach spokoju, zostawiając za drzwiami zły świat. Odwracamy wzrok i cieszymy się
w głębi duszy, że „na szczęście nas nic złego nie spotkało”. Upychamy w
zakamarki umysłu, to, co zdarzyło nam się zobaczyć. Wypieramy. Tak nam lepiej. Niech
złe pozostanie poza naszym wzrokiem. Za drzwiami
naszego domu. I tłumaczymy się sami przed sobą, że przecież tacy bezsilni bywamy wobec niego, że w pojedynkę
niewiele wskóramy. I tak cudnie ślepi i
głusi się stajemy. I co tam. Niech na całym świecie wojna, byle tylko… -
wiadomo jak dalej.
Tyle moralizowania. Bo w istocie do
tych refleksji skłonił mnie post na FB. Osoba nazywa się Filip Cembala i chyba
jest dość znaną postacią, nie wiem, czy jak napiszę celebrytą to nie będzie ujma.
( Wszak celebrytość chyba mimo wszystko
kojarzy się z miałkością, powierzchownością, brakiem jakiegoś głębszego sensu),
więc chyba nie nazwę tej Osoby Celebrytą, ale już sama „Osoba” brzmi dobrze i dumnie.
Otóż pan Filip w cudowny sposób wytoczył walkę hejterom. Nie gniewa się, nie piętnuje,
nie obraża, ale pięknie zwraca się do pani Wiesi, do pani Moniki, do pani Ewy i
innych pań i panów, którzy z tak wielką łatwością rzucają kalumnie, obrażają, szafują
słowami, tak dobrze wychodzi im opluwanie, mieszanie kogoś z błotem,
traktowanie jak nic, zero. Odczłowieczanie. Pan Filip pokazuje twarze, profile
i prosi: „bądźmy dla siebie ludźmi”, „nie zjadajmy się”. Jego wołanie, prośby,
sugestie -to taka uwspółcześniona reinterpretacja Listu do ludożerców Zbigniewa
Herberta.
Panie Filipie, dziękuję za Pana Osobę. Dziękuję, że Pan jest,
bo widzę, że coraz bardziej smakuje nam zło, coraz bardziej obojętniejemy na nie.
Powszednieją nam dramatyczne, okrutne niejednokrotnie obrazy, literatura -
chociaż coraz krwawsza i gubimy się w ocenach. Tracimy optykę, co jest dobre, a
co złe, wydaje nam się, że to, co powszechne, wszechobecne, dostępne na wyciagnięcie
ręki albo i bez jej wyciągania- to
norma. A przecież tak nie jest. Nie może być. I Pan Panie Filipie, Osobo Młoda
i Mądra tak pięknie i prosto nam to pokazuje.




