Coś jest po coś
Poprzedni rok obfitował w wiele spektakularnych wydarzeń. O ile obfitował to właściwe słowo, bo mnie kojarzy się z czymś dobrym, pożądanym, czego jeśli nie oczekuje, to na pewno przyjmuje z uczuciem zadowolenia. Mówi się, że życie weryfikuje nasze plany, zamierzenia, niekiedy w owym meandrowaniu zaskakuje nas sytuacjami, a bywa, że wymaga od nas przeformułowania mniemania na swój temat, na własne oczekiwania, na niekiedy dość precyzyjnie określone cele. Trudno pogodzić się ze zmianą trajektorii, ale nie jest to niemożliwe. W sumie, jeśli człowiek, zamiast narzekać zacznie poszukiwać plusów, może się okazać, że nasze życie nabierze innego, lepszego kształtu, że dostrzeżemy coś, co na co dzień było poza wszelką naszą percepcją.
Tak właśnie mi się zdarzyło. Od czasu rezygnacji z pracy na tzw. budżetowym etacie, poczułam zew wolności. Wyrwana z reżimu punktualności, któremu przez lata towarzyszył natarczywy dźwięk szkolnego dzwonka, naraz poczułam nieograniczoność czasu, którego nie musiałam już tak skrupulatnie liczyć. Nie wiedziałam wtedy, że nastąpi chwila, kiedy przyjdzie mi dramatycznie odliczać, z bólem odmierzać minuty.
Lato sierpień 25’. Z mojego grafiku, wypełnionego planami wycieczek, spotkań, perspektywami spełniania marzeń wyłuskałam tydzień i zabrałam Mamę do Kołobrzegu. Owdowiała drugi raz, od kilku lat trawiła czas na oglądaniu tych samych programów, czasem wychodziła przed dom, by w gronie równie samotnych sąsiadek, opowiadać o nas, o mnie, moim bracie, naszych dzieciach i wnukach. Byliśmy clou jej życia. Kochała nas swoją absolutnie bezwarunkową miłością. (Swoją drogą nikt tak jak Mama nie potrafił kochać. Ona była Miłością i Dobrem).
Pojechałyśmy więc - matka i córka. Byłam gotowa nieba jej przychylić. Nie potrzebowałam innego towarzystwa. Cieszyłam się na wspólne wyjścia na pizzę, na wylegiwanie się na plaży. Ona z półprzymkniętymi oczami patrzyłaby raz na morze, raz na mnie, a potem powiedziałaby całkiem poważnie i w głębokim przeświadczeniu niezaprzeczalnej prawdy: Córcia, patrzę i dużo jest ładnych kobiet, ale ty jesteś najładniejsza. A potem wróciłybyśmy do hotelu, ona szybko położyłaby się spać, a ja, ja wówczas miałabym czas dla siebie. Nocą słyszałabym jej oddech i leżałabym obok Niej z poczuciem zadowolenia, że jest. Ale niemal pierwszego dnia okazało się, że coś nie gra. Żadnych emocji, zero entuzjazmu. Myślałam – zmęczenie, myślałam zły humor. Rano wstaniemy i będzie dobrze. Ale nie było. Była słaba. Nie miała sił na spacery, nie miała ochoty na piwo w knajpce z widokiem na morze. Chciała spać. Na nic moje starania. Załatwiłam wózek i zabrałam ją na operetkę. Zawsze lubiła. Siedziała wbita w wielką, ciężką kolumbrynę. Oglądała bez zainteresowania. Wiedziałam, że myślami jest gdzieś, gdzie nie sięgała moja wyobraźnia... Kiedy spytałam czy wracamy, zgodziła się chętnie. Zasnęła z miejsca. Długo w nocy patrzyłam, jak śpi. Zwinięta w kłębek jak mały kociak. (Już wtedy robiło jej się coraz mniej). Zdecydowałam się skrócić pobyt i wracać. Rano zabrałam ją na badania, w południe kolejne…
Prawda okazała się okrutna, choć przecież gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że czyha złe.
Po szpitalu – jednym, drugim zamieszkała z nami.
Mimo przeformułowań, o których wspomniałam, to był dobry czas. Czas matki i córki. Lubiłam krajobraz mojego domu z Nią na różnych planach. Cieszyłam się Jej obecnością i świadomością tego, że choć tylko na jakiś krótki czas, wyrwałam ją z objęć samotności.
Potem przyszedł czas trudny i smutny i bez nadziei. Czas cierpienia i czekania.
To wtedy zaczęłam od Niej pisać. Intymnie, z głębi serca. To stało się antidotum. (Póki co, nie działa…)
Samotność umierania ( fragment bez dalszego ciągu)
*
Odchodzisz, Mamo! W zasadzie powinnam napisać Mamusiu, bo przecież nigdy nie pozwalałaś nam mówić do siebie: mamo. Odchodzisz bardzo powoli, niechętnie, trzymasz się kurczowo życia, które już nie ma dla Ciebie niczego do zaoferowania. Ale bronisz się. Wciąż jeszcze w chwilach nikłej świadomości mówisz – głosem bełkotliwym i niewyraźnym, z wielkim strachem w swoich zmętniałych już oczach, że nie umierasz, jeszcze nie.
Patrzę na Ciebie jak nikniesz pod cienkim prześcieradłem i myślę, że rozpadasz się, rozsypujesz, pozwalasz wchłaniać się Przestrzeni. Co ja, Mamo, zaniosę na cmentarz, co złożę obok Twojego męża? Garstkę materii, która kiedyś była Tobą?
Czuwam przy Tobie, godzinami wpatruję się w Ciebie, coraz mniej odnajdując w wyostrzonych rysach, zapadniętych oczach, w malującym się na twarzy wyrazie bólu, zmęczenia i samotności moją Mamę. Piękną, Bardzo piękną.
Lubiłaś komplementy, łasa na nie jak dziecko w sklepie z łakociami. Przyjmowałaś je bez skromności. Często sztucznie krygując się, mówiłaś: A nie! Może kiedyś nie byłam najbrzydsza! To dobrze, Mamo, że nie widzisz siebie teraz. Nie wiem, czy zniosłabyś swój obraz, wizerunek, który zniszczył Ci ten cholerny rak. Jak Cię oszpecił! Ograbił z wdzięku! I godność Ci odebrał! I pozbawił Cię wszystkiego, o co tak mocno zabiegałaś całe życie. Moja piękna Mamo! Stałaś się ledwie namiastką siebie samej, antropomorficznym kształtem. (…)
Patrzę na Twoją samotność. Jestem
obok, też samotna(...)
Jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie dwa, trzy tygodnie temu patrzyłam na Ciebie, jak siedzisz na sofie. Ubrana „pod kolor”, usta pociągnięte czerwoną szminką. Nie mówiłam Ci, że wyjechałaś nad górną wargę, a w kącikach ust nie roztarłaś pomadki, I że w ogóle po co ci ta czerwona szminka? Czy nie jest zarezerwowana dla eleganckich kobiet na wielkie wyjście? Albo te czerwone paznokcie! Niesprawnymi rękoma robiłaś sobie manikiur, we wiotkich palcach trzymałaś aplikator, który wciąż wysuwał Ci się i paćkał opuszki palców. Cierpliwie i konsekwentnie wycierałaś plamy acetonem i malowałaś od nowa! Moja Ty, piękna Damo! Lubiłam ten widok. Stały element mojego domowego krajobrazu. Chociaż musiałam przeformułować wiele w swoim życiu, zmienić jego rytm. To wcale nie przyszło ot tak. Potrzebowałam szczerej ze sobą rozmowy!
Z Tobą rozmowa polegała na powtarzaniu tych samych wspomnień, bo już od dwóch, może trzech lat utknęłaś w pętli czasu. A teraz już tylko jak mogę do Ciebie mówić. Żal mi, że nie mówimy sobie o tym, co nam się właśnie przydarza ani o tym jak było. Żadnych podsumowań, żadnych refleksji, żadnej próby opisania nas – mnie i Ciebie. Nas nie ma. Jestem ja i Ty. Każda na swój sposób samotna. Tyle, że ja wiem o swoje samotności, a Ty jesteś samotna i nie wiem, czy o tym wiesz. W filmach umieranie jest takie sensowne i wypełnione treścią.
Leżysz, z błędnym wzrokiem. Pustym i nieobecnym. Wodzącym od czasu do czasu po pokoju.
Jestem zmęczona. Boję się, że kiedy już odejdziesz, nie będę mogła już płakać. Nie będę miała łez. Skończyły mi się w tym czasie czuwania. Jak pokażę się ludziom z kamienną twarzą, suchymi oczami, kiedy będę odprowadzać Cię na cmentarz? (…)
Wyszłam z domu. Wyszłam, bo skoro znów nie umarłaś, to musiałam zapisać Cię do nowej przychodni rodzinnej. Wciąż jest Ci potrzebna. Czy Ty wiesz, że na zewnątrz, zaraz za moim płotem jest ten sam świat, toczy się zwyczajne życie. Nie jestem, Mamusiu górnolotna, ale przypomniał mi się wiersz Różewicza. Na pewno nie wiesz, kto to ani nawet kim był Dedal i Ikar. Nieważne. Ale chciałam krzyczeć do ludzi; Patrzcie, stańcie! Ikar spada, Ikar tonie! Moja mama umiera! Bo wydałaś mi się, Mamo, Ikarem. Ale nie zrobiłam tego. Dałam się powieść zwyczajnemu życiu: zrobiłam zakupy, oddałam deklarację i nawet zamieniłam kilka słów z przygodnymi ludźmi, nie omieszkując zagaić, że umierasz. Cały świat powinien o tym wiedzieć i zatrzymać się. Wstrzymać oddech. Nic takiego jednak się nie dzieje. Jak u tego Różewicza. Oracz wciąż orze ziemię, statek płynie dalej. Nasza tragedia nie jest ich tragedią.
PO
*
Odeszłaś. Jest 5 lipca. Ból jest nie do opisania, nie do przeżycia. Nie napiszę, jak będę dalej potrafiła żyć, bo już przecież wcześniej żyłam. Mądra Twoją nauką. (...)
*
Myślę, czy wypełniłam
wszystkie zobowiązania wobec Ciebie, czy wpisałam się w Twoje o mnie
wyobrażenie, czy sprawdziłam się jako córka. Nie wiem. Starałam się Mamusiu,
jak mogłam. Czasem wbrew sobie.(...)
Ty wiesz, że bywały między nami
trudne chwile, że nie raz, nie dwa byłam bliska rozpaczy, bo kiedy Ty
szamotałaś się z zżyciem, ja musiałam walczyć z Tobą, byś nie poległa. Ale
miłość wszystko zwyciężyła. To Ty wyposażyłaś mnie w niewyczerpane jej zasoby.
Dzięki Tobie potrafię kochać. Ty wskazywałaś mi drogę do miłości. Ileż raz
zdumiewało mnie to, że można tak kochać.