poniedziałek, 29 stycznia 2018

Czy istnieją  ( w nas) granice?

Może i jestem nie pierwszego kwiatu. Może nie urodziłam się w wielkiej metropolii. Nie mieszkam w centrum kultury i nauki. Może nie wykołysały mnie ręce włoskich bon, nie kształciły francuskie guwernantki. Ale przecież (mam takie mniemanie o sobie), nie wypadłam znów sroce spod ogona, nie urodziłam się w Dziebiurkowie, gdzie wrony zawracają. Ba! Zdarzyło mi się nawet jakoś tam wykształcić, ukończyć jakąś filologię, jakąś filozofię, jakiś IBL PAN. Ba!  Zdarzyło mi się nawet  gdzieś tam być i bywać. I czytać potrafię, i wybieram, co czytam, i całe życie palcami, sumiennie i wnikliwie oddzielam ziarna od plew.  Te moje zmagania czasem  się udają, a czasem, pożal się Boże! Ale cóż! Zaciskam dłonie w karby i dalej! Staram się prostować  ścieżki! Analizować, przemyśliwać, tam, gdzie się da – naprawiać, co sknociłam za sprawą zwykłej, ludzkiej ułomności.
Dlaczego zatem coraz mniej rozumiem świat? Dlaczego nie śmieszą mnie zdjęcia - postrzeganych przeze mnie jako nobliwe persony –  ludzi w toalecie, na sedesie, w wątpliwej estetyki anturażu? Dlaczego nie bawią mnie fotografie wnętrz, talerzy, szaf i nie daj Boże, wyprysków,  trądzików, ran,  chirurgicznych szwów, wenflonów wbitych w żyły? Dlaczego nie rozumiem Ludzi, którzy piszą, że – z przeproszeniem – mają obstrukcję, katar taki, czy siaki ( nie szczędząc przy tym szczegółowych opisów). Na litość. Ja przecież wiem, że mądrzejszy ode mnie wieki całe temu napisał, że nic, co ludzkie, nie jest obce. Ale może nie spodziewał się, że nadejdą czasy, w których przydałby się suplemencik:„Nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Ale też wszystko co ludzkie, nie jest piękne”. Zwyczajnie.  Przecież nie wszystko jest na pokaz, nie wszystko jest na sprzedaż.... A może się mylę...
  


czwartek, 25 stycznia 2018

Coś się porobiło!, czyli jak mogłaś, Roma!




Ano! Coś się porobiło! I nie mam bladego pojęcia jak to naprawić. A w czym problem? No właśnie, problem w stagnacji, w kompletnej inercji jaka zawładnęła mną i w żaden sposób nie mogę wydobyć się z tego marazmu. Kiedy tylko zdołam siąść przed ekranem komputera, nachodzi mnie totalne otępienie. Zamiast pisać, bo dni mijają, czas zaciera pamięć i Ta, o której chcę pisać coraz bardziej rozmywa mi się w głowie (mam wprawdzie notatki, ale te – zdawkowe, lakoniczne- niewiele wnoszą. A są i emocje, towarzyszyły podówczas mi, kiedy siedziałyśmy w Jej kuchni w miłym towarzystwie drewnianych ptaszków, aniołów, mosiężnych dzwonków, lecz i te zresztą też z dnia na dzień cokolwiek tracą na sile) siedzę więc przed ekranem komputera, przywołuję wspomnienia, gromadzę siły i co ? I guzik z pętelką! Figa z makiem! Tak więc siedzę jak, nie umniejszając schizofrenikom, schizofrenik katatoniczny lub bezmyślnie grzebię w Internecie. Znam już na pamięć wszystkie najnowsze fasony butów, obstukane mam wyprzedaże, znam wszelkie rankingi, wiem, co się czyta, o kim się pisze ( ostatnio nawet zyskałam niepoślednią widzę o tym, kto zacz siostry G.)Mój Ty Pani Złoty na niebie! Tyle tematów! Śmiesznych, dziwnych, frapujących, żenujących, strasznych, emocjonujących, angażujących społecznie, a ja zawzięłam się, by pisać o Niej. Rzucić to i przystąpić do czegoś innego, póki umysł w miarę sprawny! Zacząć pisać coś lekkiego: o miłości, zdradzie, tym jedynym, poszukiwanym przez lata, a trafionym nagle podczas w wyprowadzki w leśnie ostępy. Albo trochę poważniej o poszukiwaniu siebie, długim, mozolnym, ale wreszcie zwieńczonym sukcesem. Albo o jakichś innych „lejdis”, z których każda coś tam ma ciekawego do zaoferowania. Albo jeszcze może pokusiłabym się o jakieś twarze, np. Sto twarzy Filipa. Mogłabym też pofilozofować sobie albo wyciągnąć Czytelnika gdzieś poza jego miasto, kraj, poczarować go egzotyką ( wprawdzie sama nie bardzo jestem w tej materii obeznana, ale cóż – nie na darmo zostałam wyposażona w fantazjowanie, wymyślanie obcych światów). Albo… Wiele bym mogła. Ale ja nie! Siedzę drugi rok z okładem i piszę. Czasem jedną stronę, czasem jedno zdanie, a czasem – nic. Pustka na kartce, a w głowie katarakty i dzikie nurty. W głowie słyszę podszepty: „Zostaw to! Nie męcz się!”. Ale nie mogę! Nie, nie i koniec!
Wciąż pamiętam ten Jej entuzjazm, kiedy jakoś ad hoc pojawiała się propozycja, by o Niej napisać. Już wówczas była słaba, nieco przygaszona i wydawało się, że uszła z Niej owa niesamowita energia, którą miała w sobie, którą zarażała innych. Ale oto nagle w jej głosie pojawił się entuzjazm, radość, duma. I tak się zaczęło. Biały notes. Codzienne spotkania w Jej kuchni ( nie tak z samego rana, bo potrzebowała czasu, by po ciężkiej nocy dojść do siebie – tak sama mówiła).  
Nieraz był moment, kiedy zdawałam sobie sprawę, że może tak być, że nagle spotkania się skończą, że nagle zostanę sama w jakimś punkcie dziwnej opowieści, że nagle Jej może się przestać chcieć, bo zda sobie sprawę, że nie wszystko, może należeć  do tej opowieści. Ba! z czasem coraz mniej! Niemniej zarzucałam na siebie cokolwiek, pod pachę biały notes i szłam. Do Jej domu, potem do szpitala – jednego, drugiego…
A któregoś „potem”, gdy przychodziłam, była ona, ja i cisza…, a miedzy nami niedokończona opowieść. Gładziłam jej umęczoną bólem twarz, trzymałam ją za poranione ręce i błagałam, by zwolniła mnie z obowiązku pisania. Milczała. Ja też milczałam. Między nami nie padły już żadne słowa.
Ps. Wiesz, Droga moja! Gdybyś tak trochę mi pomogła, może by nam się udało. W tej chwili mam  niespełna 200 stron maszynopisu… I co mam z tym zrobić? No co? Jak mogłaś, Roma!
Poniżej „Prolog”
„- Chcę napisać o tobie, Roma – powiedziałam. Zwyczajnie. Tak, jakbym zamierzała oznajmić: chcę cię zaprosić na kawę. A nie tak, jakbym informowała kogoś o tym, że właśnie oczekuję od niego sprania się ze swojego życia. Że liczę na odsłonięcie zasłoniętego, na rozdrapanie zabliźnionych ran, na akty ekshibicjonizmu, do których ciężko  się będzie przyznać. – Nosisz w sobie tyle historii. Szkoda, by przepadły – dodałam.
Przez chwilę w telefonie zapadła cisza. Pomyślałam sobie, że straszna idiotka ze mnie. Nagle ni z gruszki, ni z pietruszki dzwonię do niej i proponuję, by stała się moją opowieścią. Chciałam przeprosić i rozłączyć się. Zrzucić ten nietakt na karb roztargnienia, głupiego podszeptu. Ale nagle po drugiej stronie odezwał się głos Romy. Słychać było równy, ale dziwnie ciężki oddech. Milczałam, spodziewając się gorzkich słów. Byłam na nie gotowa. Zaczęła mówić z ociąganiem jakby wciąż ważyła słowa. Jakby chciała być pewna, że chce powiedzieć to, co mówi.
- To fantastycznie! – powiedziała.
- Ja ci opowiem wszystko! Co tylko będziesz chciała! – oznajmiła jednym tchem. – Możesz pytać. Odpowiem na każde twoje pytanie.
Jej głos drżał. Nie wiedziałam, czy ze wzruszenia, czy z innych przyczyn. A może drżał najzwyczajniej dlatego, że była słaba. Słuchałam jej i usiłowałam ją sobie wyobrazić. Widziałam  drobną postać, na wskroś skromną i nierzucającą się w oczy. Ubraną w długą zwiewną spódnicę o niemodnej długości – ani midi, ani maxi. Taką do pół łydki. Sweter. Jakby za duży, w kolorze magenta ( gdyby nie ona, zapewne nigdy w życiu nie poznałabym tej nazwy. Pewnie nazwałabym go buraczkowym albo wiśniowym, ale ona powiedziała kiedyś „lubię kolor magenta” a potem jak dziecku wyszukiwała przedmioty, wskazywała na nie palcem i oznajmiała: „to jest magenta, trochę jak amarant, a trochę jak rubin”). Krótko ostrzyżone włosy, które, mimo że ledwie odrastały od głowy, wciąż odgarniała. Nie lubiła jak przylegały do czoła, bo wyglądały wówczas nienaturalnie jak dorysowane niedbałą kreską.
- Wiesz, ja teraz prawie cały czas jestem w domu. Nie wychodzę nigdzie. Jeszcze jestem za słaba. Ale – nagle pospieszyła z zapewnieniem – już lepiej. O! Dużo lepiej! Piotr mi załatwił ten szpital. To świetny szpital i wspaniali lekarze. I wszyscy się tak mną zajmowali jakbym była nie wiadomo kim. Aż mi było głupio, bo przecież nikt mnie tam nie znał. Ale byli dla mnie tacy mili, tacy mili…–wciąż mówiła  szybko i słychać było, że wkłada w to niemały wysiłek, Miałam nieodparte wrażenie, że bardzo zależało jej, by mnie przekonać, że jest z nią całkiem dobrze. Jest w świetnej formie i doprawdy nie ma w tej chwili nic ważnego na głowie i będzie cudownie jak o niej napiszę. I zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, ona już zaczęła swą opowieść.
 Nie miałam śmiałości jej przerywać, ale też nie chciałam. Bo gdy zaczynała mówić, wszystko inne przestawało być ważne. Nikt tak jak ona nie potrafił opowiadać. Umilkła na chwilę. Słyszałam, jak łapie oddech. Kaszlała.
- Trochę się przeziębiłam – tłumaczyła się skwapliwie. – To przez te otwarte okna. Tam w szpitalu wciąż wietrzyli. W salach i na korytarzach okna otwarte na przestrzał. Przeciągi na każdym kroku.  Ale rozumiem… Przecież muszą tak robić…Wszelkie choróbska…
Wszystko potrafiła usprawiedliwić.”[i]
 „




[i]       Prolog do pisanej przeze mnie powieści. 

środa, 6 grudnia 2017

Zapiski czynione z doskoku: Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaj...

Zapiski czynione z doskoku: Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaj...: Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaja - A jak tam u pani Mikołaj? – zapytała mnie znajoma kasjerka z marketu, który odwi...

Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaja

Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaja


- A jak tam u pani Mikołaj? – zapytała mnie znajoma kasjerka z marketu, który odwiedzam  niemal codziennie. Raz dlatego, że tu najbliżej. Dwa dlatego, że najtaniej.Jakiś czas temu nauczyłam się kupować tam gdzie taniej.Policzyłam, ile tracę na zakupy produktów w ekskluzywnym sklepie, które w nieco mniej ekskluzywnych dyskontach  kosztują o niebo mniej. A kiedy okazało się, że ów „naddatek”po kilku wycieczkach jest na tyle znaczny, że mogę sobie pozwolić na „extra” waciki, chętniej korzystam z oferty rzeczonego pobliskiego marketu. (Mniejsza jednak o owe poślednie dywagacje. Rzecz ma się rozbijać o Świętego Mikołaja i pytanie pani kasjerki z pobliskiego marketu).
- Był już? Czy dopiero będzie? – spytała  pani, sprawnie skanując i przerzucając na taśmie mąki, sery, tabletki do zmywarki, pęczki zielonego i zgrzewki niegazowanej wody mineralnej. Od czasu do czasu zatrzymywała się, burcząc pod nosem, bo cholerny kod nie wchodził w skaner. Ale to tylko na moment, bo zaraz uśmiechała się, łypiąc na mnie ciekawskim wzrokiem i czekając na odpowiedź, co z tym Mikołajem.
- A Mikołaj! Rzeczywiście! Dzisiaj Mikołaj! Szósty grudnia! – zmitygowałam się. I, pakując sprawunki do reklamówki, nie odrywając przy tym wzroku od tej prostej czynności, usiłowałam ułożyć jakąś zgrabną odpowiedź. Raz – na tyle zgrabną, by nie zdemaskować się że c h o l e r a  j a s n a ! Ż a d e n   p i e p r z o n y  M i k o ł a j   u  m n i e   n i e   b y ł!. Dwa, by w oczach pani wciąż zachować twarz, bo pani, ilekroć widzi mnie  między półkami, wzdycha i mówi: „pani to na pewno jest bardzo szczęśliwa i ma pani wszystko, co dusza zapragnie. A ja? Tylko kasa, kasa, kasa…” Nigdy nie zapytałam, czy owa „kasa”, to de facto kasa, czy owa „kasa” to po prostu „cash” – takie polskie złotówki (byle dużo). Więc jąkając się nieco, mówię tonem silącym się na intrygujący:
- Hmm… – poprawiam  przy tym niesforne kosmyki włosów błąkające się przed oczami. W myślach ćwiczę teatralną kwestię pod tytułem, jak odegrać rolę kobiety spełnionej, pełnej seksapilu, pewności i, nachylając się całkiem nieznacznie w stronę pani w czarnej koszuli z wyszytym na kieszonce logo firmy, odpowiadam na to c h o l e r n e pytanie związane ze Świętym Mikołajem. Skanduję przy tym każdą głoskę:
- B ę d z i e   w i e c z o r e m,  p a n i  B e a t k o!  Wieczorem! – dodaję z naciskiem. Zaraz też szybko pakuję zakupy gdzie bądź, żeby tylko pani Beatce nie przyszło do głowy zapytać, co dostanę, od kogo, czego się spodziewam, jak ja się „wczułam” w rolę Mikołaja…I tak dalej i tym podobne duparele. Bo tak być mogło.
Summa summarum udało mi się bez większych, mniejszych usterek wyjść ze sklepu. Dopiero, gdy wpakowałam torby do bagażnika, pomyślałam sobie: „Cholera jasna ( to już była któraś „cholera”), zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, kiedy z mojego życia zniknął Mikołaj.            Może, gdy przestało się chcieć.
Może, gdy dzieci dorosły.
Może, gdy wyjechały.
Może, gdy się wyprowadziły.
Może, gdy zniknęła magia dzieciństwa.
Może, gdy inni pomarli.
Może, gdy grudzień przestał być biały.
Może, gdy w zasięgu ręki znalazło się zbyt wiele rzeczy.
Może, gdy z zasięgu wzroku zniknęło wiele prostych rzeczy.
Może, gdy wszystko spowszedniało.
Może, gdy wciąż się gdzieś gna i gna, choć nie wiadomo gdzie i dokąd.
Może, gdy stałam się tak bardzo dorosła.
Może, gdy stałam się tak bardzo dojrzała.
Może, gdy na zawsze umarło we mnie dziecko.
Może, gdy…. jestem stara…
Sama nie wiem….
Myślę sobie tylko, parafrazując słowa znanej piosenki: dziś prawdziwych Mikołajów już nie ma. I nie ma zimy. I nie ma magii świąt. Wszystko spowszedniało ..


A wy? Co na to?

http://www.tekstowo.pl/piosenka,kayah,nie_ma_nie_ma_ciebie.html



środa, 21 czerwca 2017

Dziewczyny, które mam na myśli….

                        Anka, Marta, Beata, Karolina, Gośka, Bernadeta… – imiona szamocą się w głowie, jedne znikają  jak nawiane skądś chmury i zaraz potem rozmywają się niczym trącony ręką wodny krąg,  inne czają się w tyle głowy, gotowe do wychynięcia w każdej chwili, jeszcze inne nie dają się wymazać, choćbym nie wiem, jakich zabiegów nie czyniła, jak żarliwie je od siebie odganiała. Tkwią uparcie i nie ma siły, by je wyprzeć z pamięci, wyrugować jak narosłą bez potrzeby dziczkę.
            Czasem  wyraźnie widzę nieśmiałą Ankę, która „tak sobie” w szkole dawała sobie radę, ale była fajna. Bezkonfliktowa. Nie brała udziału w wyścigach po czerwone paski i srebrne przypinki. Pochodziła z „jakiegośtam” domu. Bez nazwisk. Bez koneksji. Czasem uczestniczyła w naszych klasowych eskapadach.  Po lasach. Które kończyły się nad brzegiem jeziora. Brzegiem odległym od miasta, szkoły, bloków.  Porośniętym wybujałą trzciną, głośną od kwilącego ptactwa. Ta trzcina była ważna. Bo skrywała młodzieńcze występki. Łyk taniego piwa, pociągnięcie zawłaszczonego z ojcowskiej kieszeni „klubowego”, który wrażał się w płuca, był ohydny i powodował napadowe kasłanie.
            Take więc Anka czasem „bywała zapraszana” na imieniny, na których tańczyło się po ciemku przy skrzekliwych dźwiękach winylowego krążka, który sennie obracał się na czerwonym Mister Hicie ze zdezelowaną igłą. Przestrzeń wypełniała psychodeliczna  muzyka  The Doorsów, Janis  Joplin, Pink Floydów.  Wprawdzie nikt z nas nie miał pojęcia, co to jest psychodelia,  niewielu słyszało o narkotykach,  alkohol – z rzadka „incydentalnie”. Jasne! Czasem ktoś się chwalił, że to lub tamto, ale były to li tylko przechwałki. Jak to powiadają: Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje! Mniejsza o to!  Grzechu nie było. Może tylko czasem jedna czy druga „niecna” myśl o przytuleniu, czy pocałunku pojawiła się, ale przeganiana była z każdym mignięciem światła albo płynącym z sąsiedniego pokoju przywołaniem:
-  Gosiu! Pozwól na chwilę.
To mama, która miała na tyle taktu, by nie pakować się do pokoju, ale na tyle owego taktu nie miała, by co chwila owym przywoływaniem zaznaczać swoją obecność.  ( A może ona już wtedy znała historię Toni z mojej powieści albo  z piosenek Anny Szałapak, czy Raz, dwa, trzy „ Oczy tej małej”
            Całkiem ad hock pojawia mi się we wspomnieniu Marta. Zawsze była ładna. Ładniejsza od wszystkich. Drobna, filigranowa. Idealny pokrój sylwetki, piękny zarys twarzy z harmonijnym obrysem oczu nosa, warg. A co istotne było – Marta należała  do elity ( wówczas nie bardzo potrafiłabym zdefiniować ową „elitę”, bo w tamtym czasie „elita”, „establishment” to były jakieś totalne abstrakcje nie ogarnięcia).  Ale „elita” brzmiała z dystynkcją i pod tą sekwencją wyrazów kryły się dla mnie tytuły, estyma, anioshirlejowskie  wyobrażenie koronkowego świata, pełnego blichtru; porcelanowych filiżanek, Popołudnia fauna sączącego się cicho z gramofonu stojącego na antycznej berżerze, rozgrywanej bez afektów partii brydża. Świata, którego istnienie bardziej sobie wyobrażałam, niźli miałam sposobność osobiście, namacalnie doświadczać.
Marta chyba mnie nigdy szczególnie nie lubiła, choć nasi bracia przez długie lata mienili się przyjaciółmi. ( Potem życie i pieniądz zweryfikowały definicję przyjaźni). W jej otoczeniu była Beata. Rodzice jednej i drugiej spotykali się w soboty i nie tylko, bo w małym miasteczku nie mieli wielu, z którymi mogli mówić w jednym języku bez potrzeby wyjaśniania czegokolwiek. I to nieistotne, że rodzice Beaty zdobyli tytuły nie na renomowanych uczelniach, na które przyjmowano niechętnie potomków międzywojennej inteligencji, a do tego obszarników, czy właścicieli dóbr i nie daj bóg tych, w których genealogii widniały herby zawołania i wielowiekowa tradycja, ale gdzieś na jakieś regionalnej uczelni, co z resztą dało Beacie podstawę, by na tabliczce drzwiowej, na której lokalny frezer wygrawerował inicjały imion i nazwisko i  dopisać długopisem mgr.
Pamiętam też Gośkę. Charakterystyczna była. I chyba pojawiła się w moim życiu nieco później. Gdzieś w okolicach liceum. Pochodziła gdzieś ze wsi. Czułam się dobrze  z tą wiedzą, bo wreszcie nie  tylko ja była „wieśniarą”. Ba! W porównaniu z jej Dziebiurkowem moje miasto to bez mała metropolia. Była chuda i piegowata. W internacie jak to w internacie – wciąż czegoś się o sobie dowiadywałyśmy. Z tego co pamiętam Gośka wcześnie straciła matkę i musiała sobie jakoś radzić. Swoimi piegami mogłaby obdzielić wszystkie biedronki, które wiosną siadały na szybach internatowych okien. Lubiłyśmy się, choć obie nie umiałybyśmy nazwać powodów owej sympatii. Gośka pałętała się potem w moim życiu,  w zupełnie nieoczekiwanych momentach. I zawsze miałyśmy o czym gadać. Tylko czasu nam brakowało. Bo wciąż życie nas gnało. Dzieci, praca, mąż. Te wszystkie obowiązki, do których tak tęskniłyśmy latem, leżąc w przyinternackim grajdole i tworząc wizję przyszłości. Każda według własnych upodobań.  
         I Karolina pałęta mi się w pamięci. Trochę za sprawą skandalu, jaki wywołała. Bo oto nagle  w  trzeciej klasie, na rok przed maturą, okazało się, że cicha, spokojna,  ułożona dziewczyna gdzieś spod  Gorzowa, z tych, co to świecą przykładem, grzeszą subtelnością i elokwencją, nie wspominając o prawości – jest w ciąży! I szlag trafił wszystko! I dobre imię i  świetlaną przyszłość. I potem dowiedziałam się, że życie zgotowało Karolinie niezły kipisz! Kłoda za kłodą! Górka za górką! Pryzma za pryzmą! Nie dość, że ojciec dziecka pokazał się zwykłym dupkiem, nie dość, że dzieci posypały jedno po drugim, to na to wszystko Karolina dopuściła się jakowyś malwersacji i wylądowała w więzieniu.
I Benia była. Jej rodzice należeli do  tzw. „bogatych”,  ojciec Beni odziedziczył po swoim ojcu jakiś zakład stolarski, ale pieniądze zainwestował w urokliwą kawiarenkę nad jeziorem. Wprawdzie kawiarenką była tylko z nazwy, bo rodzice Beńki kręcili lody i robili konkurencję lodziarni na rynku ( nota bene bez powodzenia, bo rynkowa przeszła z ojca na córkę, z córki na wnuka i wciąż się rozwija i sławi Barlinek. Bo co ja co, ale tak jak najlepsze kasztany rosną na placu Pigalle, tak najlepsze lody są u Boratyna na rynku. Tyle tylko że z kasztanami to kit, a lody w rzeczy samej najlepsze na całym świecie są u Boratyna w Barlinku.) Mniejsza jednak o to. Beńka wkupywała się w nasze łaski, zapraszając do siebie na urodziny. Szliśmy. Bo jak odmówić sobie lodów – nawet jeśli nie aż tak renomowane jak te rynkowe, ale bądź co bądź  - darmowe.
                        Anka, Marta, Beata, Karolina, Gośka, Bernadeta… – imiona szamocą się w głowie, jedne znikają  jak nawiane skądś chmury i zaraz potem rozmywają się niczym trącony ręką wodny krąg,  inne czają się w tyle głowy, gotowe do wychynięcia w każdej chwili, jeszcze inne nie dają się wymazać, choćbym nie wiem, jakich zabiegów nie czyniła, jak żarliwie je od siebie odganiała. Tkwią uparcie i nie ma siły, by je wyprzeć z pamięci, wyrugować jak narosłą bez potrzeby dziczkę.
            Często dopada mnie chęć, by pozbierać je wszystkie z całego wielkiego świata i na nowo złożyć z nich jeden obraz. By z nimi pobyć, powspominać, podzielić się swoim życiem…
            Niektóre udało się połapać jak zgubiony wątek. Z Anką i Beatą spotkałyśmy się w Galerii. Było cudnie. Cała przestrzeń czasu zniknęła jak w magicznym świecie. Znów byłyśmy w jednej klasie. Roześmiane, z problemami na miarę wieku. A potem opowiadałyśmy o synach narkomanach, gejach. O córkach z niepoukładanym życiem. O spełnieniach, sukcesach, zrealizowanych marzeniach. O mężach. Teraźniejszych. Byłych. Przyszłych. O życiu! Które jak by nie patrzeć – cudne jest.
            A potem spotkałam się Gośką. Po latach sposobiłyśmy się do tego spotkania niczym na herbatkę do angielskiej królowej. Sukienki, makijaże, perfumy, biżuteria. Wszystko, by wyglądać jak ubrane, a nie przebrane, ale z stosownie,  z klasą, z delikatnym zaznaczeniem swojej pozycji, statusu itp.  I znów byłyśmy w jednej szkole! Rozmawiałyśmy o tamtym życiu z naszej przeszłości. A potem o mężach, dzieciach…. Zachwycałyśmy się sobą wzajemnie. Ona – tym, że mam tak jak mam: wciąż ten sam mąż, dzieci, wnuki, książki ( które lubi czytać), ja- bo jest dla mnie urzeczywistnieniem american dream. Taka trochę Pretty Woman ( i nie chodzi o te część  fabuły filmu z osławioną Julią, kiedy ona się prostytuuje, bo Gośka nigdy tego nie robiła, ale chodzi o wszystko inne; bogatego faceta, pieniądze, podróże…. i etc.)
            Jeszcze był spotkanie z  Martą… Sentymentalne, ciche… Przemilczałyśmy temat mężów teraźniejszych, byłych, przeszłych… I dzieci zagubiły się w ferworze rozmów o… o tym, co piszę…
                        Bardzo chciałam się spotkać z Benią, ale nie zdążyłam. Znaleziono ją martwą w domu jej rodziców. ( gdy próbowałam się dowiedzieć, co się stało… wszyscy nabierali wody w usta. Ale ponoć alkohol bywa bezwzględni).
            I jeszcze Karolinę znalazłam i zadzwoniłam… Nie chciała ze mną rozmawiać… Bo co mi ma powiedzieć… Że życie jest zasrane…                                                                                                      Z Anką widuję się często.                                                                                                                          
Ale wszystkie je i wiele innych dziewczyn mam na myśli…
Z

Z