poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Coś jest po coś


    Coś jest po coś Poprzedni rok obfitował w wiele spektakularnych wydarzeń. O ile obfitował to właściwe słowo, bo mnie kojarzy się z czymś dobrym, pożądanym, czego jeśli nie oczekuje, to na pewno przyjmuje z uczuciem zadowolenia. Mówi się, że życie weryfikuje nasze plany, zamierzenia, niekiedy w owym meandrowaniu zaskakuje nas sytuacjami, a bywa, że wymaga od nas przeformułowania mniemania na swój temat, na własne oczekiwania, na niekiedy dość precyzyjnie określone cele. Trudno pogodzić się ze zmianą trajektorii, ale nie jest to niemożliwe. W sumie, jeśli człowiek, zamiast narzekać zacznie poszukiwać plusów, może się okazać, że nasze życie nabierze innego, lepszego kształtu, że dostrzeżemy coś, co na co dzień było poza wszelką naszą percepcją. 
Tak właśnie mi się zdarzyło. Od czasu rezygnacji z pracy na tzw. budżetowym etacie, poczułam zew wolności. Wyrwana z reżimu punktualności, któremu przez lata towarzyszył natarczywy dźwięk szkolnego dzwonka, naraz poczułam nieograniczoność czasu, którego nie musiałam już tak skrupulatnie liczyć. Nie wiedziałam wtedy, że nastąpi chwila, kiedy przyjdzie mi dramatycznie odliczać, z bólem odmierzać minuty. 
    Lato sierpień 25’. Z mojego grafiku, wypełnionego planami wycieczek, spotkań, perspektywami spełniania marzeń wyłuskałam tydzień i zabrałam Mamę do Kołobrzegu. Owdowiała drugi raz, od kilku lat trawiła czas na oglądaniu tych samych programów, czasem wychodziła przed dom, by w gronie równie samotnych sąsiadek, opowiadać o nas, o mnie, moim bracie, naszych dzieciach i wnukach. Byliśmy clou jej życia. Kochała nas swoją absolutnie bezwarunkową miłością. (Swoją drogą nikt tak jak Mama nie potrafił kochać. Ona była Miłością i Dobrem). 
    Pojechałyśmy więc - matka i córka. Byłam gotowa nieba jej przychylić. Nie potrzebowałam innego towarzystwa. Cieszyłam się na wspólne wyjścia na pizzę, na wylegiwanie się na plaży. Ona z półprzymkniętymi oczami patrzyłaby raz na morze, raz na mnie, a potem powiedziałaby całkiem poważnie i w głębokim przeświadczeniu niezaprzeczalnej prawdy: Córcia, patrzę i dużo jest ładnych kobiet, ale ty jesteś najładniejsza. A potem wróciłybyśmy do hotelu, ona szybko położyłaby się spać, a ja, ja wówczas miałabym czas dla siebie. Nocą słyszałabym jej oddech i leżałabym obok Niej z poczuciem zadowolenia, że jest. Ale niemal pierwszego dnia okazało się, że coś nie gra. Żadnych emocji, zero entuzjazmu. Myślałam – zmęczenie, myślałam zły humor. Rano wstaniemy i będzie dobrze. Ale nie było. Była słaba. Nie miała sił na spacery, nie miała ochoty na piwo w knajpce z widokiem na morze. Chciała spać. Na nic moje starania. Załatwiłam wózek i zabrałam ją na operetkę. Zawsze lubiła. Siedziała wbita w wielką, ciężką kolumbrynę. Oglądała bez zainteresowania. Wiedziałam, że myślami jest gdzieś, gdzie nie sięgała moja wyobraźnia... Kiedy spytałam czy wracamy, zgodziła się chętnie. Zasnęła z miejsca. Długo w nocy patrzyłam, jak śpi. Zwinięta w kłębek jak mały kociak. (Już wtedy robiło jej się coraz mniej). Zdecydowałam się skrócić pobyt i wracać. Rano zabrałam ją na badania, w południe kolejne… 
    Prawda okazała się okrutna, choć przecież gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że czyha złe. Po szpitalu – jednym, drugim zamieszkała z nami. 
Mimo przeformułowań, o których wspomniałam, to był dobry czas. Czas matki i córki. Lubiłam krajobraz mojego domu z Nią na różnych planach. Cieszyłam się Jej obecnością i świadomością tego, że choć tylko na jakiś krótki czas, wyrwałam ją z objęć samotności. Potem przyszedł czas trudny i smutny i bez nadziei. Czas cierpienia i czekania. 

    To wtedy zaczęłam od Niej pisać. Intymnie, z głębi serca. To stało się antidotum. (Póki co, nie działa…) 


Samotność umierania ( fragment bez dalszego ciągu) 

Odchodzisz, Mamo! W zasadzie powinnam napisać Mamusiu, bo przecież nigdy nie pozwalałaś nam mówić do siebie: mamo. Odchodzisz bardzo powoli, niechętnie, trzymasz się kurczowo życia, które już nie ma dla Ciebie niczego do zaoferowania. Ale bronisz się. Wciąż jeszcze w chwilach nikłej świadomości mówisz – głosem bełkotliwym i niewyraźnym, z wielkim strachem w swoich zmętniałych już oczach, że nie umierasz, jeszcze nie. Patrzę na Ciebie jak nikniesz pod cienkim prześcieradłem i myślę, że rozpadasz się, rozsypujesz, pozwalasz wchłaniać się Przestrzeni. Co ja, Mamo, zaniosę na cmentarz, co złożę obok Twojego męża? Garstkę materii, która kiedyś była Tobą? 
    Czuwam przy Tobie, godzinami wpatruję się w Ciebie, coraz mniej odnajdując w wyostrzonych rysach, zapadniętych oczach, w malującym się na twarzy wyrazie bólu, zmęczenia i samotności moją Mamę. Piękną, Bardzo piękną. Lubiłaś komplementy, łasa na nie jak dziecko w sklepie z łakociami. Przyjmowałaś je bez skromności. Często sztucznie krygując się, mówiłaś: A nie! Może kiedyś nie byłam najbrzydsza! To dobrze, Mamo, że nie widzisz siebie teraz. Nie wiem, czy zniosłabyś swój obraz, wizerunek, który zniszczył Ci ten cholerny rak. Jak Cię oszpecił! Ograbił z wdzięku! I godność Ci odebrał! I pozbawił Cię wszystkiego, o co tak mocno zabiegałaś całe życie. Moja piękna Mamo! Stałaś się ledwie namiastką siebie samej, antropomorficznym kształtem. (…)

    Patrzę na Twoją samotność. Jestem obok, też samotna(...)

Jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie dwa, trzy tygodnie temu patrzyłam na Ciebie, jak siedzisz na sofie. Ubrana „pod kolor”, usta pociągnięte czerwoną szminką. Nie mówiłam Ci, że wyjechałaś nad górną wargę, a w kącikach ust nie roztarłaś pomadki, I że w ogóle po co ci ta czerwona szminka? Czy nie jest zarezerwowana dla eleganckich kobiet na wielkie wyjście? Albo te czerwone paznokcie! Niesprawnymi rękoma robiłaś sobie manikiur, we wiotkich palcach trzymałaś aplikator, który wciąż wysuwał Ci się i paćkał opuszki palców. Cierpliwie i konsekwentnie wycierałaś plamy acetonem i malowałaś od nowa! Moja Ty, piękna Damo! Lubiłam ten widok. Stały element mojego domowego krajobrazu. Chociaż musiałam przeformułować wiele w swoim życiu, zmienić jego rytm. To wcale nie przyszło ot tak. Potrzebowałam szczerej ze sobą rozmowy! Z Tobą rozmowa polegała na powtarzaniu tych samych wspomnień, bo już od dwóch, może trzech lat utknęłaś w pętli czasu. A teraz już tylko jak mogę do Ciebie mówić. Żal mi, że nie mówimy sobie o tym, co nam się właśnie przydarza ani o tym jak było. Żadnych podsumowań, żadnych refleksji, żadnej próby opisania nas – mnie i Ciebie. Nas nie ma. Jestem ja i Ty. Każda na swój sposób samotna. Tyle, że ja wiem o swoje samotności, a Ty jesteś samotna i nie wiem, czy o tym wiesz. W filmach umieranie jest takie sensowne i wypełnione treścią.
Leżysz, z błędnym wzrokiem. Pustym i nieobecnym. Wodzącym od czasu do czasu po pokoju. Jestem zmęczona. Boję się, że kiedy już odejdziesz, nie będę mogła już płakać. Nie będę miała łez. Skończyły mi się w tym czasie czuwania. Jak pokażę się ludziom z kamienną twarzą, suchymi oczami, kiedy będę odprowadzać Cię na cmentarz? (…) 
    Wyszłam z domu. Wyszłam, bo skoro znów nie umarłaś, to musiałam zapisać Cię do nowej przychodni rodzinnej. Wciąż jest Ci potrzebna. Czy Ty wiesz, że na zewnątrz, zaraz za moim płotem jest ten sam świat, toczy się zwyczajne życie. Nie jestem, Mamusiu górnolotna, ale przypomniał mi się wiersz Różewicza. Na pewno nie wiesz, kto to ani nawet kim był Dedal i Ikar. Nieważne. Ale chciałam krzyczeć do ludzi; Patrzcie, stańcie! Ikar spada, Ikar tonie! Moja mama umiera! Bo wydałaś mi się, Mamo, Ikarem. Ale nie zrobiłam tego. Dałam się powieść zwyczajnemu życiu: zrobiłam zakupy, oddałam deklarację i nawet zamieniłam kilka słów z przygodnymi ludźmi, nie omieszkując zagaić, że umierasz. Cały świat powinien o tym wiedzieć i zatrzymać się. Wstrzymać oddech. Nic takiego jednak się nie dzieje. Jak u tego Różewicza. Oracz wciąż orze ziemię, statek płynie dalej. Nasza tragedia nie jest ich tragedią. 
 PO 
Odeszłaś. Jest 5 lipca. Ból jest nie do opisania, nie do przeżycia. Nie napiszę, jak będę dalej potrafiła żyć, bo już przecież wcześniej żyłam. Mądra Twoją nauką. (...)

 *

Myślę, czy wypełniłam wszystkie zobowiązania wobec Ciebie, czy wpisałam się w Twoje o mnie wyobrażenie, czy sprawdziłam się jako córka. Nie wiem. Starałam się Mamusiu, jak mogłam. Czasem wbrew sobie.(...)

Ty wiesz, że bywały między nami trudne chwile, że nie raz, nie dwa byłam bliska rozpaczy, bo kiedy Ty szamotałaś się z zżyciem, ja musiałam walczyć z Tobą, byś nie poległa. Ale miłość wszystko zwyciężyła. To Ty wyposażyłaś mnie w niewyczerpane jej zasoby. Dzięki Tobie potrafię kochać. Ty wskazywałaś mi drogę do miłości. Ileż raz zdumiewało mnie to, że można tak kochać.

niedziela, 18 stycznia 2026

Kruchość

Kruchość. Jest połowa stycznia. Media dowcipkują sobie, że oto zbliża się pora, kiedy to multum postanowień, planów, zamierzeń spali na panewce. Zacznie się samobiczowanie, zarzucanie sobie słabości, braku wytrwałości, konsekwencji. Pozostanie dyskomfort, bo oto znów okażemy się niedoskonali bardziej niźli nam się wydawało. Będziemy szukać przyczyn, usprawiedliwiać się, aż w końcu wciągnięci w wir życia, zapomnimy. Szczęściem od dawna jestem wolna od takich przemyśleń. Nie czynię postanowień, nie roszczę prawa do lepszego życia, nie narzekam, nie zakładam, że coś musi być inne. Owszem ewidencjonuję plusy i minusy, nawet dokonuję pewnych rozrachunków, ale zaraz potem pozwalam, by zagarnęła to przeszłość. Ja zaś żyję. Najlepiej jak potrafię, wychwytuję dobre, kolekcjonuję szczęśliwe. Nie snuję dalekosiężnych planów, trochę boję się, by los nie dał mi prztyczka w nos i nie pokazał mi mojego miejsca w szeregu. Pokorna jestem wobec niego. Podskórnie wyczuwam schyłek, ale ufam w jego łaskawość. Tę wykazał, kiedy w ostatnich dniach przydarzył mi się niebezpieczny incydent ze zdrowiem. Karetka pogotowia zjawiła się szybko, by jeszcze szybciej, na sygnale dowieźć mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie. Czy się bałam? Czy myślałam o tym, że to już? Czy życie przelatywało mi przed oczyma, kadr gonił kadr? Nie pamiętam. Na pewno chciałam żyć. Żyć. Niewiele ode mnie zależało. Udało się. Poczułam kruchość i wdzięczność. Teraz chcę, by czas płynął, ale nie zamierzam na co dzień rejestrować jego upływu z jakąś maniakalną obsesją. Pozwolę życiu toczyć się własnym torem, a ja skupię się na zwykłych sprawach, nie będę oczekiwać fajerwerków. Zadbam o małe rytuały, o drobiazgi, poszukam źródeł radości i satysfakcji, by z coraz większą radością skonstatować, że oto są. Jestem. I mam w sobie wdzięczność.

środa, 30 lipca 2025

Pierwszy raz - ostatni raz- refleksja o życiu i przemijaniu.

 


Nie młodniejemy – mówię do mojego męża, kiedy okazuje się naraz, że pewne rzeczy, na które do tej pory nie zwracaliśmy uwagi, bo - najprościej rzecz ujmując – najzwyczajniej nie wymagały takowej, gdyż robiło się coś intuicyjnie, bez szczególnego namysłu, nagle wymagają ode mnie szczególnej uważności. Nie musiałam na przykład przybierać odpowiedniej pozycji, by podnieść z podłogi upuszczony przedmiot. Coś mi strzeli w kręgosłupie? Coś łupnie w kolanie? Nic z tych rzeczy. Pędziłam przez życie jak na skrzydłach. Młoda, rącza, nieoglądająca się za siebie. Byle naprzód. Po nowe, po ciekawe, po pierwsze. Żyłam z ciągłym niedosytem. Było mi mało! Ludzi, świata, przygody! Dzień był za krótki, więc wyrywałam czas nocy, bo wszystko było do wzięcia, do przeżycia, do zachwytu. Noc trwała krótko i tylko po to była potrzebna, by zregenerować organizm, pozwolić biologii czynić swoje procesy: uwolnić hormony, systemowi limfatycznemu umożliwić usunięcie odpadów z układu nerwowego, oczyszczenie z toksyn nagromadzonych w czasie dnia i tak dalej. Każdy ranek witałam z ekscytacją i gotowością, a potem desperacko rzucałam się w wir życia, nie oglądając się za siebie. Było minęło, kamień w wodę i dalej! Do przodu, do przodu, do utraty tchu. Doświadczałam życia. Pierwsze zakochanie, pierwsze pocałunki, pierwsze rozczarowanie. Pierwsze sparzenie się, bo brakowało dystansu, rozsądku. Kolekcjonowałam „pierwsze”. Smakowałam. Jak pierwsze truskawki wiosną. ( Moja teściowa, kazała się szczypać w ucho, kiedy brałam do ust pierwszą truskawkę, to jakoby miało sprawić, że smak na dłużej utkwi w pamięci).

Eh! Jakież ekscytujące było doświadczanie pierwszych rzeczy! Jakże się zasadzało w pamięci? Mościło w głowach i w sercu! Na długo, a może na zawsze stawało się punktem odniesienia. Niemal nigdy pierwsze nie było powtarzalne. Kiedy, na przykład wracałam w te same miejsca, w których byłam pierwszy raz, odnajdowałam niemal wszystko: domy, ulice, czasem ludzi, ale… nigdy nie odnalazłam emocji. Tych samych wzruszeń, poruszeń serca, tego samego bicia…

Z biegiem lat, co przydarzało się pierwszy raz, już nie budziło emocji, z czasem spowszedniało, straciło status wyjątkowości, stało się powtarzalne. A może to ja dojrzewając, doroślejąc, traciłam ową niespożytą dotąd ciekawość, fascynację i radość życia? Zajęta owym życiem, z jego wszystkimi zadaniami, zobowiązaniami, powinnościami. Z tym wszystkim co uczyniło mnie odpowiedzialną, nobliwą personą. Matką dzieciom, żoną mężowi… itd. Żyłam więc przyzwoite życie, pozwalając czasowi mijać bezrefleksyjnie. Aż – ku swojemu zdumieniu – weszłam w etap, kiedy znów zaczynam z uważnością kolekcjonować. „Ostatnie”. I choć wciąż jestem głodna świata, wciąż mam apetyt na życie, to jednak zaczęłam skrupulatniej kalkulować, mierzyć siły na zamiary i… odliczać. Ostatni raz wędrówka po Bieszczadach, ostatni biwak pod namiotem, ostatnia nieprzespana noc, strawiona na „nocnych Polaków rozmowach”, ostatnia krótka spódniczka i wiele mikrozdarzeń.

Schyłkowa jestem i coraz bardziej sentymentalna. Z wdzięcznością witam nowy dzień. Bo znów nastał, a przecież mógł nie nastać.

żródło. istock, Internet
A czas goni, a czas goni, straszy, że źle z nami jest…. I tylko z niezmiennym uczuciem patrzę na niego. Jest obok mnie… Wciąż.

           

 

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Smutny fakt

 


 

Smutny fakt.

 

Nastał trudny czas, ale jest to dla nas ogromny sprawdzian z lekcji, której nie odebraliśmy. Smutny fakt. Teraz czas na kolejną lekcję. Może wielu przyda się twarda nauka, może wielu przejrzy na oczy, kiedy okaże się, że to, co miało być takie piękne, piękne nie będzie, co tak słodko wybrzmiewało w kampanii zwycięzcy, okaże się pustym frazesem. Smutny fakt. Zaczekajmy, z jakim szacunkiem deklarowanym podczas kampanii nowy prezydent odniesie się do tej niewiele mniejszej niż połowa mniejszości, jak potraktuje wybrzmiałe podczas kampanii deklaracje. Zobaczmy, jak zaopiekuje się seniorami, dziećmi, jak zadba o bezpieczeństwo, jak zjedna rozdartą Polskę, jak rozumie słowo tolerancja, sprawiedliwość, prawość. Wygrał. Smutny fakt. Zobaczmy, czy uda mu się zrezygnować z mowy nienawiści. Czy zdobędzie się na samodzielność? Stało się i się nie odstanie. Smutny fakt. Ale to nie znaczy że nic nie możemy. Najpierw może posprzątajmy w swoich ogródkach, skończmy z opluwaniem. Możemy się zżymać, że Stany Zjednoczone, czy też bieda wybrała nam prezydenta. Smutny fakt, ale jest jak jest i się nie odstanie. Ale to nie znaczy że nie możemy nadal być przyzwoitymi ludźmi. Świat nie stracił z uroku a ludzie… cóż…

Post scriptum

Czy się komuś podoba, czy nie – głosowałam na Rafała Trzaskowskiego. Wygrał inny. Smutny fakt. Ale dodam – dla jasności i prawdy – jestem chrześcijanką. Wierzą w Boga. Modliłam się, modlę i będę modlić. Niech nikt nie waży się podważać, obrażać, indoktrynować, pouczać.

sobota, 24 maja 2025

Zobowiązania

 


Czasem Marcel, kiedy nie mam czasu, bo właśnie coś muszę, żartuje sobie, usiłując mnie odwieść od owego przymusu:

- Nic nie musisz, - powiada – wszystko możesz.

I Super! W ten sposób syn mój półżartem, półserio mówi mi o tym, że jestem wolnym człowiekiem i zwalnia mnie z obowiązków. Prawie uwierzyłam w te swoją wolność. I zaczęłam świadomiej przyglądać się sobie.

Owszem. Czas wszelkich zobowiązań mam już dawno za sobą.  A przyznam był to czas szalenie intensywny, kiedy miałam zobowiązania wobec dzieci, męża, uczniów, nadwładnych, podwładnych. Ciężar tych zobowiązań był zaiste niebagatelny. Czułam go samą sobą, w sercu, na barkach, w głowie, wytrącał mnie ze snu, budził rano, nie pozwalał zasnąć wieczorem. Był treścią moich myśli, konstytuantą mojego życia. Sprostanie owym zobowiązaniom było absolutnie nieodzowne, priorytetowe i imperatywne. Nic więc dziwnego, że w rzadkich chwilach odetchnienia, potrafiłam myśleć – po pierwsze co dalej, po drugie że jestem zmęczona i marzę o nicnierobieniu. Często wywoływało to we mnie uczucie litości, użalania się nad sobą, nad pędem życia. Eh, jakaż byłam biedna i zaganiana! Bywało, że zobowiązanie więziło mnie, sprawiało, że czułam się niekomfortowo i musiałam się jakoś wyplątać. Na przykład z wydawniczej współpracy. Kładłam na szalę zyski i straty, kombinowałam, walczyłam z sobą, bowiem szala nie potrafiła się przechylić w żadną stronę. Istniało ryzyko, że wycofanie się z takiego zobowiązania może zatrząsnąć moim życiem, zabrać możliwości. Więc znów gdybanie i wewnętrzna walka. I decyzja. Albo zacznę wypełniać zobowiązania wobec kogoś za cenę utraty cząstki siebie, odebrania sobie prawa do wolności, albo wyplączę się z układu, licząc się z tym, że moja tzw. kariera stanie pod wielkim znakiem zapytania. Zaryzykowałam. Jestem wolna od tamtych zobowiązań. Nie było trzęsienia, ani tsunami, choć owa kariera spowolniła, pomeandrowała bocznymi ścieżkami, ale odzyskałam  spokój, przynajmniej jego cząstkę. Co nie znaczy, że wówczas uwolniłam się od zobowiązań w ogóle. O nie. Wciąż byłam obwarowana powinnościami wobec kogoś, czegoś, siebie.

 Dziś myślę, że mimo tego ciężaru, w gruncie rzeczy dzięki nim – owym zobowiązaniom, stałam się osobą dość mocno zdyscyplinowaną, uporządkowaną. Miałam plan, cel i wypracowywałam sposoby jego osiągnięcia. To też sprawiało, że w moim życiu nie było miejsca na nudę.

Dziś myślę też, że niektóre ze zobowiązań sprawiły, że stałam się inną osobą. Zmieniła mi się optyka, w hierarchii wartości nastąpiło istotne przetasowanie. Myślę tu choćby o zobowiązaniu wobec Romy, które uczłowieczyło mnie, otworzyło mi oczy na sprawy ważne. Ona dała mi swą opowieść, dała możliwość wniknięcia w jej życie, dała sposobność uczestniczenia w najbardziej intymnej chwili, kiedy to przenikamy do innej sfery. Dała mi  trudną acz piękną lekcję człowieczeństwa, a ja zobowiązałam się stworzyć opowieść o niej, co z czasem stało się mniej istotne, niż to, że dałam jej swój czas. Zobowiązałam się być z nią codziennie po godz. 11, zobowiązałam się uczestniczyć  w jej odchodzeniu, zobowiązałam się wraz z nią czekać na ostateczność. I to nic, że wszytko inne musiałam odstawić na jakiś inny, może nawet boczny tor, z którego już nigdy się nie wydostałam. Pamiętasz, Romo? Barlinecka Romo, Złota Rybo ze snu swojego ojca – miałyśmy wobec siebie zobowiązania.

Teraz nie ma Romy, dzieci dorosły, każde żyje swoje życie. A ja… Wciąż mam zobowiązania.

Najważniejsze, najtrudniejsze i przepełniające mnie smutkiem – to wobec Mamy. Jestem z Nią, by mogła wierzyć, że cały jej trud, całe poświecenie nie poszły na marne. I choć Ona uważa, że nie jesteśmy Jej nic winni, to ja mam w sobie to zobowiązanie, by zrobić wszystko, żeby była szczęśliwa. Mamo! Czasem jest mi ciężko, czasem brakuje mi cierpliwości, ale chcę jak najdłużej wypełniać wobec Ciebie zobowiązania. Cóż mi po wolności, po multum wolnego czasu, skoro nie będę mogła czuć się potrzebna, cóż mi po wszystkim , skoro ciebie zabraknie. Bądź!

Zobowiązania czynią nas potrzebnymi, ważnymi. Można się wyzbyć ich, zrezygnować, wytłumaczyć sobie na milion sposobów, że nie muszę, ale… czy wówczas życie będzie jeszcze miało sens?