niedziela, 26 marca 2017

Piszę o czym piszę ….

Przyszedł wreszcie czas, bym podjęła próbę „autoprezentacji” swoich powieści. A nazbierało się tego całkiem sporo: Tonia, Spotkania przy lustrze, Kobiety z sąsiedztwa, Tam, gdzie twój dom, Dokąd teraz,  Świat Ruty, Matka swojej córki, a wreszcie Wszystkie moje zmartwychwstania. Kiedyś na spotkaniu autorskim powiedziałam, że Szekspir napisał już wszystko; miłość; taka, siaka, nienawiść, zdrada, radość, smutek, intryga,  więc i ja Ameryki nie odkryję swoim pisaniem. I w rzeczy samej nie odkrywam.  Piszę o tym, co się przydarza. Co  jest prawdopodobne, co dzieje się za ścianą, po drugiej stronie ulicy, w klatce obok.  Historie, które  opowiadam, nie są banalnymi dykteryjkami o niczym, nie są też melodramatycznymi opowieściami, wyciskającymi jednorazowe łzy, choć nie brak w nich codziennych trosk, problemów, zakrętów. Bo takie jest życie. W Toni opowiadam o walce kobiety o własne szczęście, o przeciwstawienie się obojętności,  przemocy, o stawianiu czoła chorobie swojej, dziecka…. Kobiety z sąsiedztwa, stawiają wiele pytań, zarówno tych ważnych, odwiecznych; kim jesteśmy, dokąd zmierzamy  jak i tych, które dotyczą tylko naszej kosmoprzestrzeni.Tam gdzie twój dom https://iwona-zytkowiak.blogspot.com/2013/12/tam-gdzie-twoj-dom.html to powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, o losie jednostki  zależnej o wielkiej historii. W Dokąd teraz? https://iwona-zytkowiak.blogspot.com/2015/04/o-mojej-najnowszej-powiesci-dokad-teraz.html pokazuję, jak jedno wydarzenie  determinuje całe życie człowieka. Kobiety. Czy można zapomnieć gwałt, czy można usprawiedliwić winnych, kto jest winny. W Spotkaniach przy lustrze bohaterka Łucja, która nagle staje przed faktem, że zostaje wdową, zapada w długi stan żałoby. Rozpamiętywanie, skarga przywodzą ją do zadziwiającej konkluzji, że oto strata, którą tak dotkliwie odczuwała jest nieadekwatna do faktycznego stanu rzeczy. Świat Ruty- powieść całkiem magiczna sytuuje narrację w czasach powojennych i obecnych, w świecie irracjonalnym i jak najbardziej realistycznym.  Fabuła naznaczona niesamowitością, dramatem, tajemnicą…I wreszcie Matka swojej córkihttps://iwona-zytkowiak.blogspot.com/2013/04/kazdemu-wolno-kochac-czy-prawo-do.html
Czy  w życiu człowieka jest taki czas, w którym miłość może być nieistotna, czy jest taki czas, kiedy można powiedzieć: Już nie warto kochać, już nie potrzebuję miłości… Czym okupione jest owo poszukiwanie szczęścia….A teraz czekam na Wszystkie moje zmartwychwstania. Właśnie skończyłam autokorektę. I nieskromnie powiem: znów napisałam o czymś ważnym.  
Cieszę się niezmiernie, że to, co piszę spotyka się z coraz większym zainteresowaniem Czytelników, że  wiele pozycji staje się tematem spotkań DKK w wielu miastach, że kilka rozgłośni radiowych rekomendowało powieści, że fragmenty czytały znane aktorki, że zdarzają się wywiady o tym, co stanowi moje „pisarskie uniwersum”. To dla mnie ważne. Dziękuję.

Kilka linków




niedziela, 29 stycznia 2017

A miało być inaczej. O wielkim rozczarowaniu – czyli curriculum vitae


W końcu lat siedemdziesiątych, początkach osiemdziesiątych wkraczałam w dorosłość. Egzaltowaną, postrzeganą nie do końca realnie, na pewno w żadnym stopniu pragmatycznie.  Z nie bardzo odległymi horyzontami, które  sytuowały mój świat w przestrzeni dość jasnej do ogarnięcia ( to teraz takie modne słowo), zdefiniowania, przewidzenia.
Mój świat był jasno określony; zwyczajny dom, klarowne cele życiowe, nie było żadnych spektakularnych wydarzeń, które determinowałyby życie moich rodziców, moje…  I nawet napisałam o tym, w jednym z wierszy z mojego tomiku Żywot jętki  
/nie mam wspomnień martyrologicznych
obozowych opowieści, historii zza krat
nawet nazwisko nie zapisało się ani tak ani siak/
Owa przewidywalność mogła wydawać się nudna, ale mnie  dawała poczucia bezpieczeństwa.  Miałam dużo, ba! bardzo dużo! Mianowicie; pewność, że dobrze wybrałam – najpierw osobę, z którą chciałam iść przez wiosny, lata i smętne jesienie, potem zawód – może nieco anachroniczny, może zbyt oczywisty – nauczyciel, a wreszcie – miejsce… . Żadne tam wydumane, żadne tam modne, żadne charyzmatyczne…ot! mój rodzinny Barlinek! Czy lekko było? Z perspektywy czasu… ludzko… dzieci, dom, ścieranie się racji, charakterów, poglądów… wciąż nowe próby zatrybienia. Lepsze, gorsze… jak to w życiu bywa – raz na wozie, raz pod wozem. Taka tam życiowa szarpanina, nie pozbawiona wszelako smaczków, kęsków – momentów, gdy serce śpiewało „chce się żyć”. W tym czasie, zdobywałam doświadczenia, rodziłam dzieci, tężałam. Coraz większe znaczenie miało branie „tak” za „tak”, „nie” za  „nie”. Coraz częściej unikałam „półcieni”, kompromisów. Coraz uważniej przyglądałam się światu, coraz uważniej go eksplorowałam. Dojrzewałam, dorastałam… Dawałam sobie prawo do błędu. Innych, będących w orbicie mojego świata, też nie pozostawiałam bez szansy. Nie byłam rewolucyjna, żadna byłam…
/nikt mnie nie pomylił na ulicy z Gretą Garbo,
 Jean Seberg czy Juliette Binoche
co najwyżej ominął jak zawadzający słup

(nawet nie latarnię
ta roztacza pożyteczne światło)

w moim domu na strychu wiszą kolorowe sukienki
wyblakłe halki i połacie pościeli/

Jak inni stałam tygodniami w kolejce po lodówkę Silesię, miałam kredyt małżeński na meble Sawa, wydzierałam kwadraciki z kartek na mięso, buty, cukier…Takie czasy, taka rzeczywistość! Z koniem się nie kopie!  Lata płynęły, Bo czas ma to do siebie, że jest bezwzględny. Idzie do przodu. Chciał nie chciał.
Dzieci rosły, mądrzały. Praca cieszyła. Wybory życiowe sprawdzały się… Czasem nocą, spłowiałą od natrętnego księżyca albo rozcieńczonej styczniowym śniegiem, przychodził lęk o przyszłość. Ale niknął o trzeciej nad ranem. Bo przecież inaczej nie mogło być! Stabilizacja musi nastąpić….
Może jeszcze nie wówczas, ale przecież nadchodził wspaniały….czwarty czerwca osiemdziesiąty dziewiąty….Joanna Szczepkowska ogłosiła a u t o r y t a t y w n i e „skończył się w Polsce komunizm”. We mnie zapączkowała myśl, że „ było jak było”, ale teraz tylko z górki. I droga bez muld, i kłody z drogi.  I wieku czterdziestu lat będę może nienazbyt  nobliwą, ale ustabilizowaną osobą, przed którą tylko życie po maśle i z górki. Bez spektakularnych zwrotów, bez suspensów wprawiających w oniemienie, czy też banalnie dezorientujących, ale wiedząca „na czym stoi”, „kto zacz”, „o co chodzi”….
Niestety! Pierdulło! Jak domek z kart! Jak zamek na piasku! Jak układ domino!
Zacisnęłam wargi. Zagryzłam ( wsysając na powrót wysączoną z rozgryzionej wargi krew o metalicznym posmaku).
Dzisiaj nie wiem, co przede mną. A moja niewiedza głębsza niż Mur Mariański… A miało być inaczej….



sobota, 14 stycznia 2017

Barlineckie Gęsiarki


http://www.barlinek24.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=9200&Itemid=35

 Wczoraj, 13 stycznia wręczono Złote Barlineckie Gęsiarki. Z pewnym zaskoczeniem , ale i dumą przyjęłam fakt znalezienia się wśród wyróznionych.

Chcę podziękować za to wyróżnienie i jednocześnie wyrazić swoje niezmierne zdumienie. Pisanie to wielka przyjemność, to dar, którym zostałam obdarzona i, z którego staram korzystać najlepiej jak potrafię. Myślę też, że gdyby nie ludzie, którzy mnie otaczają, szczególnie mój mąż, moi przyjaciele, gdyby nie miejsce, w którym przyszło mi żyć, czyli moje miasto- mój Barlinek, bo to stanowi dla mnie niewyczerpane źródło inspiracji, nie spotkałaby mnie ta pryzjemność. Cieszę się, że tak mi się zdarzyło w życiu, że mogę robić to co lubię, a fakt tego wyróżnienia, nadaje nowy sens temu i utwierdza mnie w przekonaniu, że warto to robić. Dla siebie, dla mojego miasta i dla czytelników, których interesuje nie tylko fabuła, jaką proponuję, ale  niezwykle często – topografia  miejsc, po których poruszają się moi bohaterowie, a jest to nic  innego, jak Barlinek. Barlinek, który niesie swoją historię. Specyficzną, ale i szalenie zajmującą i wartą opisywania. Co zamierzam czynić…. Dziękuję.

niedziela, 18 grudnia 2016

O nadzwyczajności zwykłych świąt


Święta Bożego Narodzenia… wydobyte ze wspomnień wciąż jawią się niesamowitą fuzją zapachów, smaków, obrazów i dźwięków, wielką synestezją. Jestem wciąż w owych wspomnieniach małą dziewczynką, która ubrana w specjalnie na tę okoliczność uszytą przez panią Chudzikową sukienką z wielkimi kokardami w czarne grochy, z wyczesaną na środku głowy mikrą palmą owiązaną szyfonowymi wstążkami, które wciąż straszyły, że przy byle ruchu zsuną się z cienkich włosków ku niepociesze mamy. Ta zaś – wysztafirowana – piękniejsza niż kiedykolwiek, ponaglała tatę, by jeszcze spakował do torby prezent dla Luci i dzieciaków, bo ona nie zdążyła, by jeszcze wyglansował Krzysiowi buciki, bo to przecież nie do pomyślenia, by w święta nosić unurane buty, by jeszcze podsypał pod paleniskiem w piecu, bo wprawdzie nie będzie nas całe święta, ale dobrze, by choć trochę się w domu nagrzało i kiedy już wrócimy – cieplej będzie i przyjemniej. I jeszcze posprawdzał, czy gaz wyłączony, czy okna podomykane…. Bo święta w moich wspomnieniach zawsze były białe, śnieżne i mroźne. A potem spieszyliśmy się. Mama, stukając cienkimi szpilkami po wyszczerbionym betonie, ciągnęła mojego brata za rękę, ja zaś przyczepiona do tatowego palta, wdychałam zapach wody kolońskiej i tuliłam się do gładkiej – po goleniu twarzy. Oczywiście, mama stukała, gdy chodniki  były odśnieżone, bo jak nie, to zatrzymywała się co rusz, bo buty więzły jej w śniegu, musiała więc przystanąć, by otrzepać obcasy i śnieg z cienkich stilonowych pończoch, bo i bez tego zimno jej było jak jasna pogoda. Za nic jednak nie posłuchała taty, który napominał, by założyła kozaki, a buty dała do toreb, które i tak musiał dźwigać jak wielbłąd i żadnej różnicy – jedne buty wte i wewte. Mama, nie zważając zupełnie na taty gadanie, drobiła kroczki, nie puszczając ręki Krzysia. Najpierw do babci Kazi, dziadka Józia i cioci Heni ( na którą zresztą podobnie jak na do pewnego momentu na siostry mamy nigdy „ciocia” nie powiedziałam). Niespecjalnie lubiłam tam chodzić na święta. Było cicho, a dziadek mało co się odzywał i niezbyt przyjaźnie spoglądał na mojego brata ( kiedyś mi mama mówiła, że to przez Henię, która była nieco „inna”, a dziadek nie bardzo mógł to przeżyć, że Krzysiu – to taki mądruś i filozof, a Henia – niekoniecznie). Mniejsza o to. W każdym razie po krótkim przełamaniu opłatkiem, życzeniach wszelkiego powodzenia i oby kolejny rok nie był gorszy niż poprzedni – zbieraliśmy nasze „sakwojaże” i schodząc ostrożnie po wyrobionych, drewnianych schodach, trzymając się sękatych poręczy, ruszaliśmy dalej. Do Pełczyc. Czasem było zbyt późno, by gnać na pociąg na koniec miasta. A jeszcze te szpilki mamy i te torby! I ja na rękach! Wówczas, tata silił się na gest! I mijając rynek – zupełnie nieświąteczny, z  jedną nieokazałą choinką ( nie tak ja dzisiaj – istna feeria barw i świateł), fundował taxi. I choć do Pełczyc było niespełna sześć kilometrów, to czułam, jak mi serce rośnie, jak potężnieją emocję, jak przyciskam się coraz mocniej do taty, który raz po raz rzuca pytanie: A ciekawe, co tam nasza Gosia znajdzie dziś pod choinką? Czy to będzie lala ze szklanymi oczami, które zamykają się i otwierają, czy może spódniczka z falbankami? A może to będzie rózga? Mama trącała ojca, by nie wygadał się.  A mnie było wszystko jedno! Chciałam tak jechać i jechać przez białą połać łąk, przylgnięta do taty, zerkając na moją piękną niczym Rita Hayworth mamę i mądrego brata.
Dom moich dziadków był niewielki i mieścił się przy ulicy nomen omen może nie Niewielkiej, ale Krótkiej. W środku już było ludnie. Pachniało cynamonem, grzybami, pastą po podłogi i klejami szewskimi. (Te ostatnie zapachy to stąd, że dziadek Stanisław był szewcem i zimową porą pod schodami prowadzącymi do górnej części domu miał swój warsztat). Zanim się spostrzegłam już do obfitych piersi zagarniała mnie babcia Stasia, wytarłszy wcześniej ręce oblepione pierogowym ciastem o fartuch, który zdradzał wcześniejsze specjały szykowane przez babcię. Za nią z góry zwisał wujek Kaziu, który przyjechał z ciocią Ulą wcześniej, by się ulokować na górze z małym dzieckiem. Z malutkiego podwórka, mieszczącego się niejako w środku domu ( niczym szumne patio, ale w rzeczy samej było niewielkim poletkiem pod gołym niebem, osłoniętym z każdej strony innymi budynkami) wybiegała zziębnięta ciocia Lucia, przywoływana niecierpliwym głosem swojego męża – Jerzyka. Rwetes, zamieszanie, gwar… Spuszczona z oczu, zdjęta z ojcowych rąk przemykałam niespostrzeżenie do „stołowego”. Tu było cicho. Tu z radia ustawionego na toaletce sączyła się jakaś kolęda śpiewana przez chór polskiego radia. Tu stały połączone stoły przykryte białym obrusem, tak sztywnym od krochmalu, że można było palce skaleczyć o jego rant. Tu pachniało sernikiem, makowcem, ciastem drożdżowym, które to wiktuały stały poukładane w piramidy na paterach, porozstawiane na kredensach, z szybkami odbijającymi kolorowe światełka choinkowych lampek. I lasem tu pachniało. Bo tu też stała choinka, którą dziadek dostał w zamian za zwężenie cholewek i podzelowanie butów miejscowego okolicznego leśniczego. Wielka i strojna. Spowita anielskim włosiem, co to Ela powiadała, że się lameta nazywa, ale nie wiedziałam, czy ma racje, czy nie) Ciężka od czerwonym jabłuszek, które jedno w jedno wisiały na cienkich sznureczkach, od orzechów włoskich, w które dziadek powbijał teksiki, by było na czym je uwiązać, od pierników wypiekanych przez ciotki – Ulkę i Elkę, od długich lizaków w pozłotkach, które z lubością podkradaliśmy, bo mamiły i kusiły, lecz potem rzucaliśmy gdzie bądź, bo okazywało się, że co innego patrzeć, a co innego lizać i istotnie – to zgoła nie to samo. Z pierwszą gwiazdką, której znalezienie i obwołanie jej obecności światu należało do mojego brata Krzysztofa, gromadziliśmy się przy stole. Babcia Stasia z dziadkiem Stasiem, ciocia Lucia z Jerzykiem i małym Wojtusiem, Ela z Waldkiem i Kasią, Wujek Stasio z Krysią ,Mirkiem i Halinką, wujek Rysio z ciocią Halinką, Jareczkiem i bliniakami, które wcale nie były jak dwie krople wody, ale całkiem inni – Bogusiem i Mieciem, Ula z Kaziem i Anią, no i my ( A iluż jeszcze nie było, bo dopiero miało przyjść się im narodzić: Pawełkowi, Łukaszkowi, Robciowi, Dorce i Asi)
I Bóg się rodzi szło pod niebiosa, i  Jezu malusieńki, i Lulajże Jezuniu… – jak kto umiał tak Boga nowonarodzonego wychwalał… Ciocia Zosia – falsetem, bo głos miała wyrobiony po miejscowych chórach, mama moja fałszowała nieco, bo to Bóg – owszem urodę jej dał, ale talentu do śpiewania odmówił, wujek Stasiu trąbił głosem silnym wyrobionym w tancbudach i po weselach, babcia zawodziła, czasem wpadając w drażniące ucho jodłowanie.
 Tata przygrywał nam wszystkim na akordeonie, wujek Stasiu wtórował mu na swoim, który był proporcjonalnie w stosunku do postury większy od tatowego. ( Tata był filigranowy i drobny i miał weltmesitra osiemdziesiątce. Był na strychu dziadków. Wujek Stasiu – słusznej postury, wołaliśmy na niego Pasibrzuch i w zabawie przewalaliśmy się po jego krągłym jak piłka brzuchu – grał na sto dwudziestce i nie wiem, jak ją przytargał aż z Kudowy, bo tam chyba mieszkał wówczas). Dom trząsł się w posadach od wychwalania i podziękowań za Pańskie Narodzenie.
O północy chmarą całą, jak szeroka Krótka szliśmy na pasterkę. Całą rodziną. Ramię przy ramieniu. W powietrzu unosiły się śpiewy, w oknach mijanych domów błyskały światełka, śnieg skrzypiał pod butami, mróz skrzył się na płotach, drzewach…Wujek Waldek rzucał nam pod stopy kapiszony. Szliśmy więc w podskokach. I czuliśmy, że jesteśmy Rodziną, która silniejsza jest niż cokolwiek na świecie.
A któregoś lata stało się odszedł dziadek, potem babcia. A innego listopada…stało się odszedł Tata, a kolejnego męża mama, a potem jeszcze jego tata…I już nic nie było takie samo. I naraz stałam się bardzo dorosła. Teraz na mnie spoczywa owa powinność tworzenia świąt, tworzenia magi, tkania materiału na wspomnienia dla moich dzieci, wnuków….
I tego, by on – ten materiał – był piękny i bogaty – tego sobie, jak i Wszystkim – moim Przyjaciołom, Czytelnikom, Znajomym i Nieznajomym – życzę
Gośka Żytkowiak


Refleksja została przygotowana na prośbę pani Magdaleny Majcher, Przegląd czytelniczy

poniedziałek, 7 listopada 2016

O tym, jak potykałam się o kamień Bronki Nowickiej, bo kamień jaki jest, każdy wie….



Ps.
ja też potknąłem się
o kamień już na początku drogi
(T. Różewicz)



Znowu ktoś podkopuje werdykty kapituły przyznającej nagrody, znowu coś się komuś nie podoba, znowu ktoś się z czymś nie zgadza….np Justyna Sobolewska nie zgadza się z nominacją Bronki Nowickiej "Nakarmić kamień". A Bronka otrzymała Nike. Wprawdzie laudacja nie przekonała mnie, absolutnie, nie zachęciła jak to było w roku 2009 w przypadku Eugeniusza Tkaczyszyna – Dyckiego, w którego poezji zauroczyłam się wprost po laudacji Grażyny Borkowskiej i zaraz też zaczytywałam się wielokrotnie jego nagrodzonymi wierszami z „Piosenki o zależnościach i uzależnieniach” ( nota bene z niezapomnianą dedykacją otrzymałam książkę od mojej przyjaciółki). A! swoją drogą taki zbieg okoliczności – jeden z tomów Tkaczyszyna – Dyckiego nosi tytuł „Kamień pełen pokarmu. Księga wierszy z lat 1987-1999".
Mimo to, że ogłaszający werdykt Tomasz Fiałkowski nie powalił na kolana, bo nie usłyszałam w owej laudacji niczego, co natychmiast uruchomiłoby we mnie imperatyw posiadania tej książki ( stawiałam na Skorunia Jacka Płazy i tę pozycję zamówiłam tuż przed galą, Grzebałkowską już posiadałam) jednak coś mnie tknęło, gdy na scenę weszła nieco zdezorientowana, jakby nieco nieobecna, jakby nieco oderwana od jakiegoś osobliwego, tylko jej znanego świata, skromna, ubrana szkolnie, prawie „galowo” jak przystoi na poważną akademię – Bronka Nowicka. I jakby na potwierdzenie, że znów będę miała piękną przygodę z czymś niezwykłym powzięłam postanowienie natychmiast wyposażyć się w „Nakarmić kamień” . I znów dane mi było otrzymać książkę od mojej przyjaciółki – rzeczonej wyżej.
Ową swoistą eksplorację tej materii rozpoczęłam od przeszukiwania Internetu, śledzenia doniesień na temat laureatki. Kilka artykułów, kilka tekstów, prób interpretacji, trochę mądrzenia się i tyle. Słowem nic innego ponad to, do czego sama właśnie się przymierzyłam.
Tak więc ja, choć wiem, że mało waży moje słowo, przeglądnęłam się Bronce, „przyczytałam” się jej. Nie jednorazowo! Najpierw wchłonęłam wszystkie poetyckie „prozki”, potem wczytywałam się małymi porcjami, by się nie zachłysnąć, nie zadławić, a następnie sublimowałam pojedyncze teksty. Powoli, z rozmysłem. Zdanie po zdaniu, słowo po słowie.
I podoba się, intryguje, zadziwia, prowokuje, daje pole poszukiwań interpretacyjnych, stawia pytania i szuka odpowiedzi na inne pytania. Wiele pytań. Chociażby pytanie o sens karmienia kamienia, które to pytanie zdaje się być dla mnie jako odbiorcy, najważniejszą aporią tego tomu. Ale też chce się określić świat, w jaki czytelnik zostaje wprowadzony? Narrację, jaką proponuje podmiot mówiący? Czy ów podmiot/narrator to porte parole Bronki? Czy to tylko postać skupiająca egzemplifikację różnych doświadczeń dziecięcych?  Bo to, co  nie ulega wątpliwości, to fakt, że po drugiej stronie czytelnika stoi Dziecko. Ale jeśli pojawiłyby się podejrzenia, że podmiot/ narrator owych proz – rzeczone Dziecko to zaiste porte parole Bronki, to wówczas zupełnie inaczej odczytuje się sensy… Wówczas czytelnik skupia się nie na uniwersaliach, ale wędruje do udręczonego dziecka, które b y ł o de facto.
Jednak w jakimś stopniu jestem spokojna, bowiem w rozmowie z Korwin – Piotrowską Bronka odżegnywała się od takich asocjacji. Tym lepiej dla mnie. Bo w innym razie mogłabym obawiać się demaskacji przez samą Autorkę, która mogłaby się zżymać, że raz następny ktoś wie lepiej „co autor miał na myśli”, a tymczasem mam nieograniczone pole do własnej interpretacji, co niniejszym sobie czynię

Moje próby rozstrzygnięcia

Jakie relacje można ustalić?
Jaki jest świat u Bronki Nowickiej?
Jaka jest Bronka Nowicka?

 Relacja: Dziecko – Człowiek – Przedmiot

Świat zaproponowany przez Bronkę poznajemy z perspektywy dziecka, jego na pozór prostej, bezanalitycznej refleksji, opartej li tylko na impresji, zatrzymanej chwili, na zmysłach kodujących jednorazowy stan. Dziecko wydaje sądy jednoznaczne: dobre lub złe. Bez komentarza. Dziecko pozornie pozbawione jest doświadczeń, a przez to wydaje się być podatne na uproszczenia. Nie komplikuje, nie tworzy operacji przyczynowo- skutkowych. To co czuje, myśli, zdaje się być – na pierwszy rzut oka – bezwzględnie prymarne, ale tak nie jest. Bronka wchodzi w świat ludzi i rzeczy od zewnątrz. I wtórnie. To stan  doświadczeń i ich jakość każe podejrzewać, że była już w owym „wnętrzu”, wyszła z niego, a owo ponowne wchodzenie nie jest a priori, jak może się zdawać. Bronka ludzi i rzeczy traktuje jednakowo – żadna rzecz u niej nie należy do samej siebie, choć każda z osobna zachowuje osobliwą niezależność. „Jesteśmy” fraktalami, częścią wszystkiego – chciałoby się orzec po lekturze tomu.
Bronka sytuuje człowieka poza człowiekiem, pozornie pozbawiając go rangi człowieczeństwa ( to samo czyni z kamieniem pozbawiając go kamienistości – pogrywa tu z platońską ideą bytu, zgodnie z którą każda rzecz ma swoją ideę, która jest gwarantem jej istnienia),  ale owo odczłowieczenie jest paradoksalnie uczłowieczeniem w najwyższym stopniu. Wszystkiego; każdego członka, elementu, organu, które u Bronki zyskują własną autonomię.  ( ręka przypomniała sobie głowę i położyła się na niej – Furtka ). U Bronki Nowickiej rzeczy są inteligibilne, poznają  i same poddają się poznaniu. Ręce, włosy, język, stopy… próg, stół, lustro… smutek itd. u Bronki są eksterytorialne – wyłączone spod jurysdykcji czego/kogokolwiek, mają własne życie, intelekt, wolę.
W świecie Dziecka człowiek =  przedmiot/ przedmiot= człowiek. „Dziecko wie, skądś wie, że żadna rzecz nie należy do siebie”, ale jednocześnie takim stwierdzeniem przydaje owym rzeczom świadomość własnego bytu. Przedmioty podejmują świadome działania.„But, który się pręży gotowy do skoku. Skacze mi do twarzy. Depcze mnie mój but” Wszyscy(…) patrzyli na to coś nowo narodzone, czemu pościelowe guziki przez przypadek zrobiły oczy”( Poszewka).
To tu w świecie Dziecka nieustannie dokonuje się doświadczanie podmiotowo – przedmiotowe. To w podmiocie poznającym wzmaga napięcie. Owa relacja poznawcza odbywa się w ścisłym poczuciu rzeczywistości, mimo że czasem może sprawiać wrażenie relacji metafizycznej. To co dla każdego innego jest  niemożnością, jest transcendentne i wymyka się wszelkim możliwościom poznania, wejścia w głąb materii, w strukturę przedmiotu, dla Dziecka jest możliwe. Ono eksploruje przedmioty totalnie, na miarę swoich możliwości poznawczych.

Dziecko – Dziecko

Bronka Nowicka nieustannie mnoży hipostazy. Dziecko uprzedmiotawia siebie „Obok kładzie siebie” ( Poduszka do igieł), ojca, babki i wszystkie ich części anatomiczne, i rzeczy, które ich są, i którymi są otoczeni. Dokonując tego zabiegu, wyposaża owe części w świadomość, emancypuje je, daje im pełną autonomię „ moje nogi chodzą po pokoju, Ręce bronią dostępu do uszu. (…) Moje nogi nigdzie już nie pójdą(…)Moje usta krzyczą w jego rękę(…)” ( Próg). Podobnie zresztą ma się rzecz z przedmiotami, pojęciami, np. „chwila, która nie chce iść”, smutek ( tu już zupełnie mamy do czynienia z czymś absolutnie zaskakującym), który „leży obok. Nie topnieje. Nawet się nie poci.”

Dziecko – Matka/ Dziecko – Ojciec

Kiepski obraz tych relacji wyziera z poszczególnych tytułów tomu. Czasem strach pomyśleć, co się tam dzieje. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że niepokoi nas ten świat, w którym Dziecko „puka do uwagi matki. Otwarte – na moment wykrojony z siekanego mięsa”. Matka jest obiektem poznawczym jak wszystko inne dla dziecka, ale jednocześnie budzi w nim tęsknoty, pragnienia. („Łyżka”)„Matka się nie dziwi – zna rzeczy, które daje życie. Matka jest w ciągłym ruchu. „Matka myje garnek” (Zlew), „(…) ona ciężko pracuje na progu.” ( Próg)
„Nie wolno budzić matki, na której noc stawia odważnik” (Poduszka do igieł). „Dziecko (…) Chciałoby teraz zwołać „mamo”, ale boi się, że ona przyjdzie z miską pełną brudów i będzie pocierać o nie szarym mydłem. Przywlecze łyżki, noże i deski, żeby wystukać obiad dla dwóch osób. Będzie skrobać rybę, zdejmować śmietanę z mleka. Pocić się, ale nie płakać.” ( Ziemia).
I ojciec, którego ręce pewnego dnia znalazły dziecko i zaczęły bić. Ten sam, który „kiedy matka była w domu, czuł przymus ruszania się. Zostając ze mną, nie musiał” Dziecko myśli o nim: „Pierwszy raz widziałam kogoś, kto robił tak mało, że tylko był. (…) Nic nie powiedziałam, tylko zapukałam ojcu w czoło tak, jak się puka do drzwi. A ponieważ nikt ze środka nie zapytał „kto tam?” – wyszłam” ( Drzwi)

Relacja Dziecko Świat

Wielokrotnie udowadniana jest w prozach Bronki Nowickiej niemożność ogarnięcia uniwersum Dziecka. Może dlatego też tak wybiórczo świat zostaje ujmowany. Wyodrębnia ono z całości poszczególne jego elementy i poddaje je oglądowi, usiłuje wniknąć w istotę rzeczy, ustalić wzajemne relacje. Nic więc dziwnego, że świat wyłaniający się z owej swoistej, dziecięcej wiwisekcji jawi się światem odkształconym, pełnym dziecięcej konfabulacji, oparty wielokroć na na pozór tak bardzo nieprzystających do siebie asocjacjach, że w pewnych momentach mogą zdawać się być dla czytelnika zupełnie nieczytelne.
Dziecko czaruje świat, ma możliwość wpływania na bieg rzeczy: Niech będzie ruch. Niech mrówka ucieka po obrusie, taszcząc okruch ciasta. Trzeba nam osy nad stół. Niech coś brzęczy” ( Łyżeczka). „ (…pan głupek… ) wycelował patyczek w człowieka siedzącego na ławce: tamten powoli przechylił się   na bok i zasnął. Widziałam, chociaż nikt mi nie wierzył: pan głupek stał na skwerze i dyrygował światem”. ( Patyk).
Dziecko poznaje świat organoleptycznie, szukając istoty rzeczy „ – Smakuje ci chryzantema? – zapytało dziecko kamień i włożyło do ust płatki zbite w kulkę (…). Chrupała jak kapusta i smakowała cmentarzem. /- Gorące – dziecko wsadziło palec w szarą górę (…)/  – Mróz – powiedziało i polizało oszronioną furtkę. (…). Poczęstowało się ziemią… .
Dziecko odwraca porządek rzeczy, to nie czas przepływa przez życie, ale „upływają ptak, las, człowiek przy lesie, i liść. Wiatr przyszywa liść do beretu. Człowiek i beret sprawiają, że liść nie mija tak szybko jak wiatr. Pociąg staje. Teraz liść pielgrzymuje do czasu przeszłego (…). – Gdyby – myśli dziecko – biec szybciej niż pociąg, można by dogonić wszystko, co było” (Okno).
Relacja Dziecko – Kamień

Czym/ kim jest kamień Bronki Nowickiej?
Kamień Bronki Nowickiej nie ma nic wspólnego z bezduszną, nieożywioną materią, tą z frazeologizmów  serce z kamienia, twardy jak kamień, kamienny sen…
Jest wprawdzie amorficzny. Ale jest osobowy.  Jest jak wszystkie inne rzeczy u Nowickiej inteligibilny. Z jednej strony ma w sobie paradoksalnie pewną niecielesność, z drugiej zaś jest bytem, który istnieje naprawdę. Jest nie tyle personifikacją, co personą – funkcjonuje z człowiekiem na równych prawach. Z człowiekiem i rzeczami, którymi ten się otacza. Kamień myśli, czuje. Potrzebuje pożywienia, by żyć. „ Boi się, że on umrze, bo nic nie je”. ( Poduszka do igieł), „Tak dziecko karmiło kamień, żeby żył”. ( Popiół) Tworzy z podmiotem mówiącym świadomą relację. Jest też pewną tajemnicą, której strzeże, jest własnością dziecka, czymś absolutnie jego.
Czego więc chce Dziecko ( dla mnie wciąż podejrzanie porte parole Bronki)?
Dziecko niemal jak rzeźbiarz lub demiurg chce powołać kamień do życia, wyposażyć go wolę, a jednocześnie chce, by stał się posłuszny jego woli, warunkiem sine qua non osiągniecia tego stanu rzeczy jest nakarmienie kamienia, bo przecież, aby żyć trzeba się pożywiać. Dziecko martwi się, bo nie umie nakarmić kamienia. Nie dlatego, że nie znajduje w nim ust, „Wie – cały jest ustami. Nie wie do czego je przystawić, żeby chciały jeść” (Poduszka do igieł)” – oczywiście nie kamień tu ma problem z jedzeniem, ale usta, ( które mają intelekt i wolę)… Nie wiedzą gdzie się przystawić!
 „(…) przystawiało kamień do wielu rzeczy, ale żadnej nie ubywało” ( Bryła gliny)
„Kamień jadł ten widok razem z dzieckiem, które już wiedziało: wyżywi kamień czymkolwiek, co przejdzie przez zmysły. Nawet bryłą gliny, jeśli na nią popatrzy, zwykłą trawą- jeśli jej dotknie. Może nawet samym myśleniem o trawie” ( Bryła gliny).
Czego jeszcze chce dziecko?
Mnie wydaje się i tego się trzymam, „ jak drewnianej poręczy” „(…){dziecko}chciałoby znaleźć się w ciałach i zatrzasnąć drzwi, które da się otworzyć jedynie od strony świata. Matka i ojciec waliliby w nie pięściami, ale dziecko słyszałoby tylko ćmę uwijającą się między ciastem a workiem. Dziecko czesałoby włosy.”
Na koniec chciałoby odnaleźć swój kamień odebrany mu przez ojca, wyrwany z gniazda, pożarty przez studnię… (…) Zanim przetoczy się czas.

Jaka jest Bronka Nowicka? Jakie jest je „poetyckie uniwersum? Co sczytałam z książki „ Nakarmić kamień”?

Otóż:
- jest postturpistyczna – pociąga ją starość i brzydota,
-  podmioty sygnowane są w tytule, bez tytułów prozy Bronki Nowickiej byłyby zbliżonym do bełkotu ciągiem zdań.
-  za sprawą Bronki/Dziecka – ( tu może mamy do czynienia z porte parole Bronki)  dokonuje się komplementarne spełnienie relacji poznawczej na linii  przedmiot – podmiot.
-  Świat Bronki Nowickiej jest wielką metaforą? Pewnie. Jest jej wielką odmianą jest wielką personifikacją. Tu jedna ręka pracuje, druga podpiera głowę” ( „Pudełko”) , „ Po kilku dniach bycia na miejscu ręce jadły, piły i pstrykały palcami. Za jakiś czas zachciało im się bić. Wtedy ojciec pokazał im mnie.” ( „Kieszenie”).i czyni to rozmyślnie sama z siebie, bez potrzeby uruchamiania wszystkich operacji mózgowych.
- świat Bronki jest przeorganizowany, zburzona rekcja, pogmatwane relacje przedmiotów względem siebie, zupełnie inaczej zorganizowane przestrzeń….(„droga z wody”)
- uciekanie się do swoistych katachrez może męczyć czytelnika, jeśli intencja pozostanie nadawcy mimo prób wciąż pozostanie dla niego nieodczytana.
dziwna jest u Bronki relacja między „ja” podmiotowym a czymś, z czym się (dziecko) styka. Przy pierwszym czytaniu jest wydawać się może  nieistotna, dopiero przy ponownym odczytywaniu staje się niemal fundamentalna dla zrozumienia brończyńskiego świata i dopiero wówczas czytelnik przenosi tę lekturową refleksję do pozalekturowego świata. I tam – w czytelniku pozostaje i funkcjonuje na zewnątrz tekstów jako pewna prawda o świecie. I tu możemy mówić o zbiorze Bronki Nowickiej „Nakarmić kamień” jako o książce, która nie pozostawia Czytelnika obojętnym, nie daje mu nasycenia, nie jest skazana na jednorazowość.

I jeszcze smutek jest u Bronki…

Jak wszystko inne: ludzie, przedmioty, pojęcia jest potraktowany został prze Bronkę Nowicką ontycznie. Jest nie tylko – jak  wszystko inne u Bronki Nowickiej – inteligibilny, jest bodajże jedynym w tym tomie podmiotem, który niejako „z zewnątrz”, sam z siebie nawiązuje kontakt z Dzieckiem, staje się jego nauczycielem, mówi o pewnych zobowiązaniach wobec Dziecka, mam wrażenie, że jako jedyny uczestniczy  w owym świecie Dziecka na zasadzie dialogu. „- Jak to jest – zapytał (smutek), składając gazetę, że ty w ogóle nie potrafisz płakać? Nie jesteś przecież zwierzęciem, tylko małym człowiekiem, powinnaś mieć te sztukę w małym palcu. Zobaczymy, czy czasem nie płaczesz do środka. (…). Gdy dziecko wylało już wszystkie zaległe łzy, smutek powiedział: – Teraz    nauczę cię, jak się płacze. Jeśli tego nie pojmiesz, możesz utopić się w sobie. ” (Statek)
 I w rzeczy samej jest on – ten smutek przejmująco smutny. Smutny, bo nie tak chciałoby się  myśleć o Dziecku i jego świecie, bo nie tak miało być…  „To dobrze; żeby przełknąć smutek, nie wystarczy go umyć, trzeba go obrać ze skóry.
.
Smutnie Bronka, smutnie, ale pięknie Bronka, pięknie……….. ( i mądrze).  Nike dla Bronki!

Ps. A ten cytat na długo zapamiętam

„Dlatego dziecko umiera trochę. Umierać więcej, trzeba mieć dla kogo”… ( Ziemia)
A na koniec polecam rzeźby Hirotoshi Itoha. Jaka piękna ilustracja!