piątek, 24 sierpnia 2018

Moje pożegnanie Eli Kuczyńskiej…




       Elu, zostaniesz w moim sercu… Trochę mi zabrakło do Ciebie. Czasu. Wciąż wydawało mi się, że zdążę. I znów nie zdążyłam.
A teraz jesteś już na niebieskich polanach... . I Ona tam czeka na Ciebie – Roma. Na pewno macie sobie tyle do powiedzenia i tyle do  milczenia. Świat bez Ciebie, Elu, nie będzie już taki piękny. Bez Twojego śpiewu. Zakochałam się w Twoim śpiewie, gdy usłyszałam, jak śpiewasz Marka Tercza "Pająk po nitce". I zawsze, ilekroć śpiewałaś, Dziewczyno z Gitarą, tę pieśń była we mnie taka błogość, którą się ma, gdy przydarzy się człowiekowi coś pięknego. Mam, Elu, od Ciebie osobiście kilka płyt z Twoimi pieśniami... Pamiętasz, kiedy mi je podarowałaś? Dzisiaj wiem, że będą dla mnie bardzo ważne... Słucham Ciebie... Masz tyle do wyśpiewania... Miłości, lęków, radości, smutków, cierpienia ludzkiego, mądrości  i nadziei….Śpiewaj, Elu, śpiewaj tam w Górze! Okudżawę, Nohawicę, śpiewaj Wolną Grupę Bukowinę, wyśpiewuj Połoniny Niebieskie…
Odsłuchuję, Elu, płyty, którą mi podarowałaś ( to było wtedy, gdy rozmawiałyśmy o moim Świecie Ruty, byłaś poruszona tą powieścią). To nagranie z próby recitalu „Rzeka miłosierdzia” z 2016 roku. Poczułam dojmujący ból, kiedy usłyszałam Twój głos. Mówisz o pięknych, ważnych,  bardzo ludzkich rzeczach. Prosto. Tak prosto, że tylko zatwardziały głupiec lub ignorant mógłby zakwestionować to, co mówisz,  o czym śpiewasz…
„Wiele od nas zależy. Jakie będzie nasze życie. Lub reszta naszego życia, która nam została. Póki żyjemy wszystko jest możliwe Nie przestawajmy rozszerzać swoich horyzontów, próbować coś zmieniać służyć ludziom radą wsparciem,  sercem. Nigdy nie jest za późno. Za późno jest po śmierci…”
„Są ludzie których trudno kochać. Lubić chociażby. Sprawiają kłopoty Są nieprzyjemnie hałaśliwi natarczywi żądają zbyt wiele, manipulują, są niechlujni, agresywni. Ale czy jest wśród nas osoba, która nie dała pieniędzy komuś, kto o nie prosił albo czegoś nie kupiła do jedzenia? Nie byłoby na świecie miłości, gdyby obdarowywała sobą tylko tych, którzy na nią zasługują”
„Trudno jest przebaczyć komuś. Do momentu, gdy sami potrzebujemy przebaczenia. Bądźmy dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczaj na sobie nawzajem i... przebaczajmy sobie. Sztuka przebaczenia to przede wszystkim sztuka zrozumienia, a czasem zapomnienia. O wiele lepiej, gdy zapomnimy o urazach i uśmiechniemy się niż gdy będziemy pamiętać o nich skąpani we łzach zanurzeni w smutku. Mimo wszystko wybaczajmy...
Miałaś w sobie, Elu tyle piękna i mądrości… Fruń Jaskółko, wspinaj się do nieba, do nieba po nitce… śpiewaj nam, a dusza Twoja niby skrzypce…
Dla Ciebie, Elu….
Ja śpiewam wam, a ma dusza moja
Niby skrzypce...
Do nieba, do nieba się wspina
Jak pająk po nitce.

I niesie mą pieśń, wysoko, wysoko, wysoko...
Jak w mroku pochodnię.
I płonie, płonie, płonie, płonie...
Pieśń żywym ogniem.

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Otwórz mi, proszę...
Z wiecznych zim, chłodnych mgieł moją pieśń!
Do ciebie niosę...

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Przez tą mroźną zasłonę...
Wpuść mnie, wpuść! Bo pali mnie lód.
Wpuść mnie, nim spłonę...

O szczęściu śpiewam, choć jest, choć częściej...
To go tyle co pies napłakał.
Ledwie wyrwiesz się, ledwie stopy od ziemi oderwiesz...
A tu już trzeba wracać.

Więc niosę swą pieśń wysoko, wysoko, wysoko...
Jak w mroku pochodnię.
I płonie, płonie, płonę, płonę...
I po mnie, po mnie już, po mnie...

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Otwórz mi proszę...
Z wiecznych zim, chłodnych mgieł moją pieśń!
Do ciebie niosę...

Tak, to ja stukam do ciebie, stuk-puk!
Przez tą mroźną zasłonę...
Wpuść mnie, wpuść! Bo pali mnie lód.
Wpuść mnie, nim spłonę...

Ja śpiewam wam, a ma dusza moja
Niby skrzypce...
Do nieba, do nieba się wspina
Jak pająk po nitce.

Ja śpiewam wam, a ma dusza moja
Niby skrzypce...
Do nieba, do nieba! się wspina...
Ja śpiewam wam, a ma dusza moja
Niby skrzypce...

(Marek Tercz)

I jeszcze to - Dziewczyna z Gitarą



poniedziałek, 29 stycznia 2018

Czy istnieją  ( w nas) granice?

Może i jestem nie pierwszego kwiatu. Może nie urodziłam się w wielkiej metropolii. Nie mieszkam w centrum kultury i nauki. Może nie wykołysały mnie ręce włoskich bon, nie kształciły francuskie guwernantki. Ale przecież (mam takie mniemanie o sobie), nie wypadłam znów sroce spod ogona, nie urodziłam się w Dziebiurkowie, gdzie wrony zawracają. Ba! Zdarzyło mi się nawet jakoś tam wykształcić, ukończyć jakąś filologię, jakąś filozofię, jakiś IBL PAN. Ba!  Zdarzyło mi się nawet  gdzieś tam być i bywać. I czytać potrafię, i wybieram, co czytam, i całe życie palcami, sumiennie i wnikliwie oddzielam ziarna od plew.  Te moje zmagania czasem  się udają, a czasem, pożal się Boże! Ale cóż! Zaciskam dłonie w karby i dalej! Staram się prostować  ścieżki! Analizować, przemyśliwać, tam, gdzie się da – naprawiać, co sknociłam za sprawą zwykłej, ludzkiej ułomności.
Dlaczego zatem coraz mniej rozumiem świat? Dlaczego nie śmieszą mnie zdjęcia - postrzeganych przeze mnie jako nobliwe persony –  ludzi w toalecie, na sedesie, w wątpliwej estetyki anturażu? Dlaczego nie bawią mnie fotografie wnętrz, talerzy, szaf i nie daj Boże, wyprysków,  trądzików, ran,  chirurgicznych szwów, wenflonów wbitych w żyły? Dlaczego nie rozumiem Ludzi, którzy piszą, że – z przeproszeniem – mają obstrukcję, katar taki, czy siaki ( nie szczędząc przy tym szczegółowych opisów). Na litość. Ja przecież wiem, że mądrzejszy ode mnie wieki całe temu napisał, że nic, co ludzkie, nie jest obce. Ale może nie spodziewał się, że nadejdą czasy, w których przydałby się suplemencik:„Nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Ale też wszystko co ludzkie, nie jest piękne”. Zwyczajnie.  Przecież nie wszystko jest na pokaz, nie wszystko jest na sprzedaż.... A może się mylę...
  


czwartek, 25 stycznia 2018

Coś się porobiło!, czyli jak mogłaś, Roma!




Ano! Coś się porobiło! I nie mam bladego pojęcia jak to naprawić. A w czym problem? No właśnie, problem w stagnacji, w kompletnej inercji jaka zawładnęła mną i w żaden sposób nie mogę wydobyć się z tego marazmu. Kiedy tylko zdołam siąść przed ekranem komputera, nachodzi mnie totalne otępienie. Zamiast pisać, bo dni mijają, czas zaciera pamięć i Ta, o której chcę pisać coraz bardziej rozmywa mi się w głowie (mam wprawdzie notatki, ale te – zdawkowe, lakoniczne- niewiele wnoszą. A są i emocje, towarzyszyły podówczas mi, kiedy siedziałyśmy w Jej kuchni w miłym towarzystwie drewnianych ptaszków, aniołów, mosiężnych dzwonków, lecz i te zresztą też z dnia na dzień cokolwiek tracą na sile) siedzę więc przed ekranem komputera, przywołuję wspomnienia, gromadzę siły i co ? I guzik z pętelką! Figa z makiem! Tak więc siedzę jak, nie umniejszając schizofrenikom, schizofrenik katatoniczny lub bezmyślnie grzebię w Internecie. Znam już na pamięć wszystkie najnowsze fasony butów, obstukane mam wyprzedaże, znam wszelkie rankingi, wiem, co się czyta, o kim się pisze ( ostatnio nawet zyskałam niepoślednią widzę o tym, kto zacz siostry G.)Mój Ty Pani Złoty na niebie! Tyle tematów! Śmiesznych, dziwnych, frapujących, żenujących, strasznych, emocjonujących, angażujących społecznie, a ja zawzięłam się, by pisać o Niej. Rzucić to i przystąpić do czegoś innego, póki umysł w miarę sprawny! Zacząć pisać coś lekkiego: o miłości, zdradzie, tym jedynym, poszukiwanym przez lata, a trafionym nagle podczas w wyprowadzki w leśnie ostępy. Albo trochę poważniej o poszukiwaniu siebie, długim, mozolnym, ale wreszcie zwieńczonym sukcesem. Albo o jakichś innych „lejdis”, z których każda coś tam ma ciekawego do zaoferowania. Albo jeszcze może pokusiłabym się o jakieś twarze, np. Sto twarzy Filipa. Mogłabym też pofilozofować sobie albo wyciągnąć Czytelnika gdzieś poza jego miasto, kraj, poczarować go egzotyką ( wprawdzie sama nie bardzo jestem w tej materii obeznana, ale cóż – nie na darmo zostałam wyposażona w fantazjowanie, wymyślanie obcych światów). Albo… Wiele bym mogła. Ale ja nie! Siedzę drugi rok z okładem i piszę. Czasem jedną stronę, czasem jedno zdanie, a czasem – nic. Pustka na kartce, a w głowie katarakty i dzikie nurty. W głowie słyszę podszepty: „Zostaw to! Nie męcz się!”. Ale nie mogę! Nie, nie i koniec!
Wciąż pamiętam ten Jej entuzjazm, kiedy jakoś ad hoc pojawiała się propozycja, by o Niej napisać. Już wówczas była słaba, nieco przygaszona i wydawało się, że uszła z Niej owa niesamowita energia, którą miała w sobie, którą zarażała innych. Ale oto nagle w jej głosie pojawił się entuzjazm, radość, duma. I tak się zaczęło. Biały notes. Codzienne spotkania w Jej kuchni ( nie tak z samego rana, bo potrzebowała czasu, by po ciężkiej nocy dojść do siebie – tak sama mówiła).  
Nieraz był moment, kiedy zdawałam sobie sprawę, że może tak być, że nagle spotkania się skończą, że nagle zostanę sama w jakimś punkcie dziwnej opowieści, że nagle Jej może się przestać chcieć, bo zda sobie sprawę, że nie wszystko, może należeć  do tej opowieści. Ba! z czasem coraz mniej! Niemniej zarzucałam na siebie cokolwiek, pod pachę biały notes i szłam. Do Jej domu, potem do szpitala – jednego, drugiego…
A któregoś „potem”, gdy przychodziłam, była ona, ja i cisza…, a miedzy nami niedokończona opowieść. Gładziłam jej umęczoną bólem twarz, trzymałam ją za poranione ręce i błagałam, by zwolniła mnie z obowiązku pisania. Milczała. Ja też milczałam. Między nami nie padły już żadne słowa.
Ps. Wiesz, Droga moja! Gdybyś tak trochę mi pomogła, może by nam się udało. W tej chwili mam  niespełna 200 stron maszynopisu… I co mam z tym zrobić? No co? Jak mogłaś, Roma!
Poniżej „Prolog”
„- Chcę napisać o tobie, Roma – powiedziałam. Zwyczajnie. Tak, jakbym zamierzała oznajmić: chcę cię zaprosić na kawę. A nie tak, jakbym informowała kogoś o tym, że właśnie oczekuję od niego sprania się ze swojego życia. Że liczę na odsłonięcie zasłoniętego, na rozdrapanie zabliźnionych ran, na akty ekshibicjonizmu, do których ciężko  się będzie przyznać. – Nosisz w sobie tyle historii. Szkoda, by przepadły – dodałam.
Przez chwilę w telefonie zapadła cisza. Pomyślałam sobie, że straszna idiotka ze mnie. Nagle ni z gruszki, ni z pietruszki dzwonię do niej i proponuję, by stała się moją opowieścią. Chciałam przeprosić i rozłączyć się. Zrzucić ten nietakt na karb roztargnienia, głupiego podszeptu. Ale nagle po drugiej stronie odezwał się głos Romy. Słychać było równy, ale dziwnie ciężki oddech. Milczałam, spodziewając się gorzkich słów. Byłam na nie gotowa. Zaczęła mówić z ociąganiem jakby wciąż ważyła słowa. Jakby chciała być pewna, że chce powiedzieć to, co mówi.
- To fantastycznie! – powiedziała.
- Ja ci opowiem wszystko! Co tylko będziesz chciała! – oznajmiła jednym tchem. – Możesz pytać. Odpowiem na każde twoje pytanie.
Jej głos drżał. Nie wiedziałam, czy ze wzruszenia, czy z innych przyczyn. A może drżał najzwyczajniej dlatego, że była słaba. Słuchałam jej i usiłowałam ją sobie wyobrazić. Widziałam  drobną postać, na wskroś skromną i nierzucającą się w oczy. Ubraną w długą zwiewną spódnicę o niemodnej długości – ani midi, ani maxi. Taką do pół łydki. Sweter. Jakby za duży, w kolorze magenta ( gdyby nie ona, zapewne nigdy w życiu nie poznałabym tej nazwy. Pewnie nazwałabym go buraczkowym albo wiśniowym, ale ona powiedziała kiedyś „lubię kolor magenta” a potem jak dziecku wyszukiwała przedmioty, wskazywała na nie palcem i oznajmiała: „to jest magenta, trochę jak amarant, a trochę jak rubin”). Krótko ostrzyżone włosy, które, mimo że ledwie odrastały od głowy, wciąż odgarniała. Nie lubiła jak przylegały do czoła, bo wyglądały wówczas nienaturalnie jak dorysowane niedbałą kreską.
- Wiesz, ja teraz prawie cały czas jestem w domu. Nie wychodzę nigdzie. Jeszcze jestem za słaba. Ale – nagle pospieszyła z zapewnieniem – już lepiej. O! Dużo lepiej! Piotr mi załatwił ten szpital. To świetny szpital i wspaniali lekarze. I wszyscy się tak mną zajmowali jakbym była nie wiadomo kim. Aż mi było głupio, bo przecież nikt mnie tam nie znał. Ale byli dla mnie tacy mili, tacy mili…–wciąż mówiła  szybko i słychać było, że wkłada w to niemały wysiłek, Miałam nieodparte wrażenie, że bardzo zależało jej, by mnie przekonać, że jest z nią całkiem dobrze. Jest w świetnej formie i doprawdy nie ma w tej chwili nic ważnego na głowie i będzie cudownie jak o niej napiszę. I zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, ona już zaczęła swą opowieść.
 Nie miałam śmiałości jej przerywać, ale też nie chciałam. Bo gdy zaczynała mówić, wszystko inne przestawało być ważne. Nikt tak jak ona nie potrafił opowiadać. Umilkła na chwilę. Słyszałam, jak łapie oddech. Kaszlała.
- Trochę się przeziębiłam – tłumaczyła się skwapliwie. – To przez te otwarte okna. Tam w szpitalu wciąż wietrzyli. W salach i na korytarzach okna otwarte na przestrzał. Przeciągi na każdym kroku.  Ale rozumiem… Przecież muszą tak robić…Wszelkie choróbska…
Wszystko potrafiła usprawiedliwić.”[i]
 „




[i]       Prolog do pisanej przeze mnie powieści. 

środa, 6 grudnia 2017

Zapiski czynione z doskoku: Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaj...

Zapiski czynione z doskoku: Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaj...: Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaja - A jak tam u pani Mikołaj? – zapytała mnie znajoma kasjerka z marketu, który odwi...

Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaja

Trudno się pogodzić ze zniknięciem Świętego Mikołaja


- A jak tam u pani Mikołaj? – zapytała mnie znajoma kasjerka z marketu, który odwiedzam  niemal codziennie. Raz dlatego, że tu najbliżej. Dwa dlatego, że najtaniej.Jakiś czas temu nauczyłam się kupować tam gdzie taniej.Policzyłam, ile tracę na zakupy produktów w ekskluzywnym sklepie, które w nieco mniej ekskluzywnych dyskontach  kosztują o niebo mniej. A kiedy okazało się, że ów „naddatek”po kilku wycieczkach jest na tyle znaczny, że mogę sobie pozwolić na „extra” waciki, chętniej korzystam z oferty rzeczonego pobliskiego marketu. (Mniejsza jednak o owe poślednie dywagacje. Rzecz ma się rozbijać o Świętego Mikołaja i pytanie pani kasjerki z pobliskiego marketu).
- Był już? Czy dopiero będzie? – spytała  pani, sprawnie skanując i przerzucając na taśmie mąki, sery, tabletki do zmywarki, pęczki zielonego i zgrzewki niegazowanej wody mineralnej. Od czasu do czasu zatrzymywała się, burcząc pod nosem, bo cholerny kod nie wchodził w skaner. Ale to tylko na moment, bo zaraz uśmiechała się, łypiąc na mnie ciekawskim wzrokiem i czekając na odpowiedź, co z tym Mikołajem.
- A Mikołaj! Rzeczywiście! Dzisiaj Mikołaj! Szósty grudnia! – zmitygowałam się. I, pakując sprawunki do reklamówki, nie odrywając przy tym wzroku od tej prostej czynności, usiłowałam ułożyć jakąś zgrabną odpowiedź. Raz – na tyle zgrabną, by nie zdemaskować się że c h o l e r a  j a s n a ! Ż a d e n   p i e p r z o n y  M i k o ł a j   u  m n i e   n i e   b y ł!. Dwa, by w oczach pani wciąż zachować twarz, bo pani, ilekroć widzi mnie  między półkami, wzdycha i mówi: „pani to na pewno jest bardzo szczęśliwa i ma pani wszystko, co dusza zapragnie. A ja? Tylko kasa, kasa, kasa…” Nigdy nie zapytałam, czy owa „kasa”, to de facto kasa, czy owa „kasa” to po prostu „cash” – takie polskie złotówki (byle dużo). Więc jąkając się nieco, mówię tonem silącym się na intrygujący:
- Hmm… – poprawiam  przy tym niesforne kosmyki włosów błąkające się przed oczami. W myślach ćwiczę teatralną kwestię pod tytułem, jak odegrać rolę kobiety spełnionej, pełnej seksapilu, pewności i, nachylając się całkiem nieznacznie w stronę pani w czarnej koszuli z wyszytym na kieszonce logo firmy, odpowiadam na to c h o l e r n e pytanie związane ze Świętym Mikołajem. Skanduję przy tym każdą głoskę:
- B ę d z i e   w i e c z o r e m,  p a n i  B e a t k o!  Wieczorem! – dodaję z naciskiem. Zaraz też szybko pakuję zakupy gdzie bądź, żeby tylko pani Beatce nie przyszło do głowy zapytać, co dostanę, od kogo, czego się spodziewam, jak ja się „wczułam” w rolę Mikołaja…I tak dalej i tym podobne duparele. Bo tak być mogło.
Summa summarum udało mi się bez większych, mniejszych usterek wyjść ze sklepu. Dopiero, gdy wpakowałam torby do bagażnika, pomyślałam sobie: „Cholera jasna ( to już była któraś „cholera”), zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, kiedy z mojego życia zniknął Mikołaj.            Może, gdy przestało się chcieć.
Może, gdy dzieci dorosły.
Może, gdy wyjechały.
Może, gdy się wyprowadziły.
Może, gdy zniknęła magia dzieciństwa.
Może, gdy inni pomarli.
Może, gdy grudzień przestał być biały.
Może, gdy w zasięgu ręki znalazło się zbyt wiele rzeczy.
Może, gdy z zasięgu wzroku zniknęło wiele prostych rzeczy.
Może, gdy wszystko spowszedniało.
Może, gdy wciąż się gdzieś gna i gna, choć nie wiadomo gdzie i dokąd.
Może, gdy stałam się tak bardzo dorosła.
Może, gdy stałam się tak bardzo dojrzała.
Może, gdy na zawsze umarło we mnie dziecko.
Może, gdy…. jestem stara…
Sama nie wiem….
Myślę sobie tylko, parafrazując słowa znanej piosenki: dziś prawdziwych Mikołajów już nie ma. I nie ma zimy. I nie ma magii świąt. Wszystko spowszedniało ..


A wy? Co na to?

http://www.tekstowo.pl/piosenka,kayah,nie_ma_nie_ma_ciebie.html