niedziela, 27 maja 2012

O książce Jolanty Kwiatkowskiej „Przewrotność dobra”




O książce Jolanty Kwiatkowskiej „Przewrotność dobra”



„Zdarza się, że czasem ktoś mówi, iż „ucierpiał wskutek kary za wyrządzone Dobro”. Jak to jest możliwe? Kto zesłał tę karę? Z pewnością nie Bóg! Czy zatem świat – czy zatem świat zbłądziwszy w swej mądrości nagradza zło, a Dobro karze?  A jednak nie, słowo „świat” nie znaczy tego. Nie znaczy tego, co mówi. Jest niewłaściwie użyte. Albowiem, mimo że słowo „świat” zdaje się wielkie i straszne, to jednak musi być posłuszne temu samemu prawu, któremu podlega najnędzniejszy i najmniej znaczący człowiek. Ale nawet gdyby świat zebrał wszystkie swoje siły, to i tak jednej rzeczy nie jest w stanie dokonać: nie potrafi ukarać niewinnego(…). To cudowne, tu jest granica, granica niewidoczna jak nitka, którą łatwo mogą przeoczyć nasze zmysły, ale mocna jak wieczność w oporze przed jakimkolwiek jej naruszeniem”[i][1]

            W zasadzie nigdy nie zajmowałam ] się recenzowaniem książek i nawet wówczas, gdy mam napisać o swoich własnych, przychodzi mi to z trudem. Nie czuję się w żaden sposób uprawniona. Boję się też, że nie wydobędę owej esencji książki. Że nie dopatrzę, nie doszukam odniesień i  w ogóle. Ponadto czytam bardzo dużo, a nawet bardzo bardzo i najzwyklej szkoda mi czasu, by potem jeszcze zajmować się lekturą, biorąc pod uwagę fakt, że zazwyczaj, jeśli książka jest frapująca, czytam notując. Stąd całe kalendarze mam popisane moimi zapiskami, skojarzeniami, refleksjami, pytaniami…. Oczywiście, nie każda czytana rzecz zajmuje mnie tak, by się nad nią roztrząsać i choć wszystkie kończę, co niektóre odkładam na półkę bez żadnego komentarza. Pozostają li tylko kolejną pozycją na regale i nie mam potrzeby wracać do niej w jakikolwiek sposób.

            Inaczej przydarzyło mi się z książką Jolanty Kwiatkowskiej „Przewrotność dobra”. Uderzyła z całym impetem w mój świat  skrystalizowanych co do pochodzenia, znaczenia, norm etycznych, tej całej sfery mojego definiowania oraz rozróżniania dobra i zła.

            Fabuła jest dość prosta i niechaj się pisarka nie obrusza, dość banalna. Mało! Trudno wyobrażalna, bowiem taka kondensacja zła spotykająca jedną osobę jest wręcz nieprawdopodobna, choć skądinąd wiadomo, że istotnie życie może napisać najbardziej niewiarygodny scenariusz.

Oto mamy do czynienia z bohaterką, która wzrasta w ohydnym domu: z okropną matką, obrzydliwym ojcem i nade wszystko z nikczemnym bratem, który zdaje się być pierwszą przyczyną jej udręczonego dzieciństwa. Jakby tego było mało to i inni: nauczycielka, ksiądz również wpisują się w ów ohydny świat. Nie dziwi więc fakt, że dziewczynka dość szybko wyrabia w sobie pewien mechanizm konfabulacji, podporządkowany naczelnej idei – Dobru, co też pozwala jej funkcjonować dość sprawnie poza domem.  Dorotka jest dobra i się stara. Dzielnie znosi wszystkie niegodziwości ojca, matki, brata, księdza… Pomaga jej w tym kąt w szafie, który stanowi jej azyl i choć drętwieją nogi i przygniata ciężar odkurzacza, nauczyła się niczym tybetańscy jogini wytrzymywać ból, znosić drętwienia kończyn. W imię Dobra!!! I tu jeszcze jestem pełna współczucia dla Dorotki – Idiotki  i w duchu myślę o tym, że wprawdzie nie jest to jedyny głos pisarki, ale na pewno bardzo donośny w sprawie przemocy, mobbingu, tudzież innych podłości, jakie dorośli mogą zgotować dzieciom.

            I dalej powieść toczy fabułę…  w oryginalnej formie, a mianowicie wszystko, co ma miejsce w świecie przedstawionym jest transpozycją baśni o Calineczce, rozwiniętą w e-maile do Jaskłółczaka (nazwanie adresata też nieprzypadkowe). Gdzieś około tego miejsca – jeszcze powoli, jeszcze tak na granicy uczciwości, dziecięcej niewinności i perfidii – Dorotka ewoluuje. Zaczyna się owa transformacja, która powołuje do życia Dorotę – perfekcjonistkę, manipulatorkę, na tym etapie absolutnie świadomą celu – chce koronacji! Chce być królową! Chce luksusu godnego królowej! Nie zadowoli się byle czym, żadnym półśrodkiem, substytutem… Dorota (chyba już Dorota) zaczyna działać ( a często nie działać) w imię naczelnej idei Dobra. Wydaje się, że jej plan jest misterny i do końca przemyślany.  Pozwoliła na śmierć brata, ojca z matką… W imię Dobra i pod jego sztandarem.  Pozwala na uwielbianie siebie, pozwala na obdarowywanie siebie niepoślednimi podarunkami: mieszkanie, ubrania, wycieczki… Pozwala Adamowi pozostać w Tokio i zjeść fugu ( choć wiedziała, że umierająca żona Adama jako warunek ich wspólnego życia zakazała mu tego… Mam wrażenie że Dorota wiedziała, iż Adam podejmie ryzyko i nie umiem odeprzeć od siebie myśli, że Dorota liczyła na  to, że trafi się jemu kawałek, z taką zawartością tetrodotoksyny, która pozbawi go życia i udręki po śmierci ukochanej żony – Ewy, jej zaś „doda” rekwizytów, by koronacja była jeszcze świetniejsza. Dorota żyje. Żyje zgodnie z zasadami „wpojonymi” przez „najbliższych”. Czyni Dobro gdzie się da i nie da. Dorota Dobroczyńczyni. Dorota Święta. Dorota, dla której nie ma żadnych przeszkód, by dopiąć celu. Oczywiście, wszystko dzieje się w imię Dobra! Niezmiennie!

            I… nagle nie wiem… Czytam. Wracam i doczytuję od nowa… Tracę z oczu bohaterkę…. Mętni mi się jej obraz i już nie wiem, czy mam do czynienia z naznaczonym wszelkimi niegodziwościami biednym dzieckiem, czy rodzącą się femme fatale, kobietą – modliszką,  współczesną Lilith, aniołem … czy diabłem…

Pisarka rozpoczyna świetną grę z nami…. Grę intelektualną i przemyślną. Manipuluje naszymi emocjami, wodzi nas po etycznych meandrach… Miota naszymi emocjami jak jej się żywnie podoba. Motamy się w ocenach, zmieniamy nasz stosunek do Doroty –naprzemian wielbimy, współczujemy i … wątpimy… ale wątpimy na krótko, bo Dorota nadal roztacza wokół siebie Dobro… Ludzie ją uwielbiają, ufają jej bezgranicznie, oddajają swój los w jej ręce z przeświadczeniem, że oto dostąpili bram nieba – ich sytuacja się zmienia- zawsze na korzyść…

 I tu właśnie zaczęła się dla mnie przestrzeń dla moich refleksji, wszelkich spekulacji pseudoetycznych,  które spędzały mi sen z powiek, ruszyły z posad moje zastałe definicje, moje ustalone progi między tym, co dobre, a co złe… W głowie pojawiły się pytania, dla których usiłowałam znaleźć odpowiedź. I znajdowałam! I oto Dorota Cichocka objawia mi się jako perfekcjonistka daleka od owego altruizmu, od owej bezinteresownej postawy czynienia Dobra ot! tak. Dorota nie jest już Dorotką – idiotką,  pokrzywdzoną przez spatologizowaną rodzinę. O nie! Ona uknuła oto ów misterny plan. Dorota działa i chce! Coraz więcej! Na swoją koronację! I to chcenie nie jest li tylko życzeniem, lecz konkretnym działaniem, skrupulatnie zaplanowanym i pozbawionym spontaniczności. I tu już mamy do czynienia z myśleniem osoby całkiem świadomej, mało! – niezwykle inteligentnej. Czy dalej można ją usprawiedliwiać podłym dzieciństwem? Czy można pozwolić jej pozostać poza wyborami moralnymi? Pozwolić na brak odpowiedzialności? W imię czego? W imię ohydnych, bo ohydnych, ale zadawnionych ran, nawet jeśli jątrzące i dotkliwie bolesne? Dorota pragnie dla siebie rekompensaty za przeszłość i to jest bardzo wygórowane powetowanie krzywd. Chce koronacji! I owo usiłowanie bycia królową jest tym, co dokonuje się de facto i jest przyczyną pewnych ruchów, za które ponosi odpowiedzialność. Czy dalej współczujemy? Nie wiem. Dorota i Dorotka – idiotka coraz bardziej rozmywają się, tracą moją sympatię, moje zaufanie…. I choć w głowie wciąż szamoce się obraz pokrzywdzonego ze wszech miar dzieciństwa, jednak… Jakoś mi nie pasuje to wyrównywanie rachunków…. Dla mnie Dorota jest etycznie zupełnie nieodpowiedzialną osobą. Człowiek jako istota moralna jest aktywnym centrum świadomości. Świat musi być dla niego przedmiotem kontemplacji i czymś, na co może czasem oddziałać przyczynowo.

„Pragnąc dobra oznacza widzieć granicę, poza którą nie można wykroczyć. Istnieją czyny, których człowiek nie popełniłby, niezależnie, co za nimi przemawia. (…) Jedynie trzymanie się takiej granicy może nadać życiu człowieka jakiś  rodzaj spójności”(  Kierkegaard ).Natomiast rozmaite przypadki „dwulicowości”, które Kierkegaard przeciwstawia pragnieniu dobra, umożliwiają co najwyżej pozorną lub przypadkową spójność, Gdy zmienia się okoliczność, to dwulicowy człowiek zmuszony jest do działań, których sens sprzeczny jest z sensem jego działań z okresu przed zmiana okoliczności.

Język powieści.

Z początku raziło mnie wszechobecne słowo Dobro - pojawiające się w różnych kontekstach, w różnych formach deklinacyjnych, to samo z przytaczanymi cytatami, które skądinąd ważne, mnie zakłócały tok czytania. Ale z pewnością pisarce nie można odmówić lekkiego szafowania językiem, swobodnych dywagacji odwołujących czytelnika do różnych dziedzin. Tam, gdzie należy nazywać rzeczy po imieniu, tam to czyni, ale  nie pozbawia czytelnika erudycyjnych wystąpień, co jeszcze bardziej podnosi wartości książki.

Można mówić, że „Przewrotność dobra” Jolanty Kwiatkowskiej to literatura społecznie zaangażowana – owszem, biorąc pod uwagę piekący, wstydliwy temat. Ale nade wszystko to dyskurs filozoficzny o Naturze Dobra.

Jolu! Dziękuję za tę powieść!

Ps. Dla tych, którzy nie znają powieści, tekst ten może stanowić słowny bełkot albo być zachętą do poznania materii mojego „wywodu”. Dla pozostałych- pretekst do dyskusji



[1] S. Kierkegaard, Purity of Heart, Fontana Books 1961,s85



[i]