środa, 6 czerwca 2012

Swoista forma ekshibicjonizmu, czyli ...oczyściłam się. Oczyściłam się i wróciłam do domu…


Swoista forma ekshibicjonizmu, czyli ...oczyściłam się. Oczyściłam się i wróciłam do domu…

                 Kiedy dopadają mnie różne frasunki, strapienia, udręki, kiedy nie radzę sobie z nadmiarem zdarzeń, zarówno tych będących moim udziałem jak i tych ode  mnie niezależnych, kiedy świat, który wokół przetacza się, zdaje się być za ciasny dla wszelkich moich oczekiwań, przytłacza wielością niespełnień, krzyczy goryczą, zabiera godziny snu, co to winien być ozdrowieńczy, a jest li tylko fatalną kontynuacją…. Kiedy to wszystko się dzieje, a ja ze swoją małością, brakiem sił, niezaradnością tkwię w tym ubabrana po ostatni czubek…. Musi się coś zdarzyć. Koniec świata albo jego początek… Całkowity reset albo transformacja… Bo inaczej się nie da! Brakuje tchu, zbyt krótki oddech, zbyt czarna noc, zbyt nikła przyszłość – bez nadziei…

                Nie mogę tańczyć boso na plaży Capo Verde, nasłuchiwać obco brzmiących, zupełnie niezrozumiałych, ale kojących niczym mantra  kreolskich, nostalgicznych pieśni, co to pozwoliłyby mi na powrót do świata harmonii, spokoju i  wewnętrznej radości. Nie mogę  tańczyć boso sirtaki z podkasanymi nogawkami niczym Zorba na plaży Stavros…. I w ogóle po cóż wymieniać inne ekscentryczne miejsca, skoro obwarowana ramami ( praca, dom, pieniądz) na niewiele mogę sobie pozwolić. A poza tym: po cóż szukać czegoś poza życiem… od poniedziałku do soboty! Jest jak jest! I basta!

                I właśnie wówczas, w takich chwilach totalnego zwątpienia  pojawiają się Bieszczady. Jako odtrutka, jako antidotum na wszystko, jako zapomnienie… Już jadąc autokarem za Sanokiem, serce mi rośnie na widok dzikich, porośniętych bukami zboczy. Na pozór łagodnymi i malowniczymi… Zewsząd otaczają nas kotliny, nad którymi rano przetaczają się ciężkie chmury i nigdy niewiadomo, czy zawisną mgłą, czy osiądą na zieloności, czy skroplą się w się w mżący, czy siekący deszcz.  Droga pnie się serpentynami w górę, w uszach zatyka… Setki kilometrów od problemów, od cywilizacyjnych rozterek.  Raz po raz pojawia się „miejscowy” lub zbłąkany turysta… Czas zwalnia… Nieważny poniedziałek czy środa… Może tylko niedziela. Wówczas to można trafić do urokliwego kościółka, co to kiedyś był cerkwią, gdzie zdarza się (jak choćby w Górzance w dawnej cerkwi, a obecnie kościele pod wezwaniem św. Paraskewii ksiądz erudyta, pasjonat i kolejny „bieszczadzki kaskader” Piotr Bartnik który to, nieświadom swego działania, aplikuje człowiekowi kolejną dawkę uzależniającego bieszczadzkiego bakcyla.

                A potem  góry… Żadnego ekstremum! Nie stać mnie na wyczyny! Mam dzieci, mam męża, przyjaciół i cel...  Idę w góry…  Pierwsze metry palą mi mięśnie i klnę w niebogłosy, zarzekając się na śmierć i życie, „że to ostatni już raz”. Pot ścieka po tyłku, makijaż poranny spływa z każdym metrem pokonanym z uporem.  Potem buki zawłaszczają mnie i jest żmudnie i nudnie… Nie myślę o niczym jak tylko o tym, by przestały mnie piec zbolałe nogi i bym doszła do miejsca, w którym owa wyprawa przestanie wydawać  się bezsensowna… Spod stóp wyślizgują się mokre kamienie… Pachnie żywica… Jakieś ptactwo hałasuje wśród zarośli i w gałęziach rozzieleniałych do granic zieloności….. Z metra na metr nogi przyzwyczają się do wysiłku. Iść. Iść w nieskończoność! Iść przed siebie! Brodzić w zieleni! Ciągnąć się w górę, by, ocierając pot z czoła, by wyrównując oddech, spojrzeć wokoło… Zatopić się w zieloności bieszczadzkich gór….

Łzy wymieszane z potem - soki życia ( jedne i drugie mają słony smak) spływają strugą po twarzy…  Czas staje w miejscu…  Nitki ścieżek wiją się w oddali…

                Na szlaku jeszcze pusto, choć już raz po raz widać sznureczki wędrowców… Samotników, romantyków… a może ignorantów… Jest cudnie i cudnie jest…. Wiatr osusza mokre od łez poliki… Można sobie popłakać… Z metra na metr zmienia się krajobraz. Nikną góry, pojawiają się kolejne…  Niezmienne pozostaje uczucie „brodzenia”, nurzania w „zieloności” niczym w sonetach akermańskich.

Niekiedy trzeba przystanąć. Trzeba, by nabrać sił… By nabrać dystansu… Spojrzeć wstecz… ogarnąć przestrzeń z boku, przypatrzeć się temu, co przed…. Niekiedy należy podjąć decyzję… Może nawet zejść z drogi, zboczyć, skręcić, zaniechać dalszego parcia na przód… albo nawet zawrócić… ale trzeba iść… Tak czy siak… bo tylko ruch jest gwarantem zmian….




Ps. Grażyna! Tobie...







Ps2. Bożena! Tobie....