czwartek, 21 czerwca 2012

Pożegnanie z Meduzami, czyli wszystko się musi kiedyś skończyć…

 Pożegnanie z Meduzami, czyli wszystko się musi kiedyś skończyć…

( dla niezorientowanych: jest to poniekąd kontynuwacja cyklu "Zapiski szkolne"  - o Meduzach  na tymże blogu... sic! )
            Wcale nie zamierzam napisać filozoficznej rozprawy, czy też rozwodzić się nad mądrością tego – skądinąd bardzo banalnego – stwierdzenia. Ale przecież skoro już przysiadłam do klawiatury, a myśl ta zaświtała mi w głowie, to teraz nijak rozstać się z nią nie mogę.  Szukam więc owych „końców”, które zmusiłyby mnie do głębszych refleksji…

            Tak więc kończy się wiosna. Ale jest ona tak naturalnie wpisana w cykl zmian wszelkich, że nie ma potrzeby skupiać się na tym, że się kończy. Bowiem począwszy od tych banalnych zmian, namacalnych dla wszystkich – porannego świegotu ptaków, pęczniejących pączków, z których wyrastają wszelkiego rodzaju kwiaty, kwiatuszki, kwiateczki roztaczające wszędy woń, omamiając, powalając, wodząc na pokuszenie, budząc wspomnienia, skojarzenia…, skończywszy zaś na bardzo przyjemnej konkluzji, że zaraz nastąpi lato, niosące woń pól, mięty i macierzanki, lato – pełne niezapomnianych wspomnień z młodości – tej wcześniejszej, kilkudziesięcioletniej, ale i tej mnie odległej – sprzed kilku lat- owe zmiany nijak się mają do innych, które człowiekowi się przydarzają. Zmian, które toczą refleksję, prowokują analizy, zapuszczają się gdzieś w odległe zakamarki naszego umysłu. I choć niby nastąpił koniec czegoś,  ale jednak coś tam zostaje w człowieku! Na zaś.

Nierzadko, coś co się skończyło powoduje w nas metamorfozę. I to chyba dobrze, że gdy coś co mija, kończy się w naturalny sposób  pozostawia w nas wspomnienia, ciepło pod sercem,  trochę tęsknoty, chęci powrotu, powody do wprowadzania zmian..

            Gorzej, jeśli coś mija bez echa. Gorzej, jeśli brak refleksji!  Gorzej, jest człowiek chce zapomnieć, że się zdarzyło! Gorzej… jeśli nie nastąpiła w człowieku żadna zmiana... , a już najgorzej – jeśli zmiana nastąpiła… ale taka, której nie chcemy, bo odebrała nam coś, obnażyła wstydliwe miejsce…

***

            Przypływy i odpływy… Morze było spokojne… tak bardzo, że horyzont zdawał się być absolutnie nieuchwytny. Jednakowy lazur. Idealne połączenie nieba i wody… Taki piękny świat!

Meduzy zwabione owym bezruchem, trwaniem w zastygłym czasie, niewymagającym od nich absolutnie niczego, wypełzły na brzeg. Te, które miały zaginąć w odmętnych głębinach, które miały zostać pożarte przez inne morskie stwory, wypadły z obiegu, pozostawiając więcej przestrzeni zdrowym osobnikom… Niektóre porozkładały na powierzchni morza swoje parasole i podryfowały tam, gdzie zawiódł je morski prąd – na inne morza i oceany, by tam czynić zło, bo jak to powiadał stary Santiago meduzy były złe  i poza rekinami, których Stary nienawidził z oczywistych względów, gardził meduzami ((…)opalizujące banieczki  były piękne. Ale były też najzdradliwszą rzeczą w morzu i stary lubił patrzeć, jak pożerają jej  duże żółwie morskie.(…) i lubił też deptać meduzy na plaży po sztormie, i słuchać, jak pękają (…)).

            Te, które niegdyś pływały się w błękitnych wodach morza  i któregoś dnia zostały  wyrzucone na brzeg, leżały skuszone słońcem, pławiąc się w jego cieple, nieświadome, że czeka na nie niechybna śmierć. Ej! nierozsądne Meduzy nieświadome swego losu! Żadnej  refleksji! Żadnej pokory! W twarzach niepokalanych inteligencją, w pustych spojrzeniach czaiły się złośliwe błyski. Coraz bardziej wyciągały swoje macki, coraz bardziej uruchamiały swoje parzydełka, pozostawiając bolesne, jątrzejące rany. Nawet wtedy, gdy człowiek chciał ratować je przed zgubą. Głupie Meduzy! Nie kąsa się reki, która karmi, nie odcina się sznura, który ktoś trzyma nad przepaścią!

 

            Chciałam być jako ów mędrzec, co to – ryzykując  własnym zdrowiem, życiem,  co nie zważając na toksyny zawarte w ich jadzie, które to powodują ogromne cierpienia, ból nie do przetrzymania a niekiedy do omdlenia – wytrwa  w swojej misji czynienia zmiany świata, czynienia dobra… Ale nie udało się. Okazałam się bezsilna wobec rozmiaru i liczebności tych stworzeń…wobec owego tajemniczego zjawiska Skazy, które bywa utrapieniem dla rybaków, dla turystów, dla spacerujących brzegiem, którzy to zamiast bursztynów, znajdowali Meduzy.

            Skończyło się!  I nie ma do czego wracać. Może czasem spojrzę w tamtym kierunku, pojadę kiedyś rowerem. Ale… bez sentymentów. Smutno mi, że tak muszę myśleć, że nie umiem inaczej, smutno mi, że nie znajduje w sobie zmiany, jakieś nauki… Kiedyś myślałam, że napiszę o tym książkę… Lecz, na miłość Boga, o czym miałabym pisać….