poniedziałek, 2 lipca 2012

Oj gna mnie, gna! W poszukiwaniu straconego czasu, czyli jadę weryfikować wspomnienia z rzeczywistością….

Oj gna mnie, gna! W poszukiwaniu straconego czasu, czyli jadę weryfikować wspomnienia z rzeczywistością….


Wakacje! Należą mi się w tym roku jak nic! Zasłużyłam sobie! Wprawdzie w głowie gdzieś kwiliły mrzonki o podróżach zamorskich, ale szybko zostały wyprostowane przez Krzysztofa:

- Absolutnie! – zaperzył się, kiedy tak z głupia frant oznajmiłam, że właśnie zarezerwowałam wczasy w Turcji od piątku, na tydzień, all inclusive- Francja – elegancja. Napoje, baseny full wypas! – Absolutnie! Ja mam zobowiązania, terminy! A poza tym pieniądze! Trzeba to, tamto, siamto…. Koniec kropka!

Tym to sposobem moje wczasy diabli wzięli! Mrzonki pierzchły gdzieś w dalsze zakamarki umysłu i tam sobie kwilą po cichutku, po kryjomu! Zdzwoniłam do Miłej Pani z Biura, przeprosiłam, pokłamałam, pozmyślałam, pośmiałam się z sobie danym wdziękiem i humorem… Siadłam  nieruchomo, napawałam się swoim nieszczęściem. Coś ze dwie godziny lizałam rany. A potem pomyślałam sobie, że cóż: nie Turcja, nie Majorka, nie Grecja, ale przecież  mogę i w Polsce. Wszak  „piękna nasza ziemia cała”. I padło na Toruń! Jadę więc do Torunia. A stamtąd… gdzie oczy poniosą…. I na pewno pojadę do Orzechowa, bo przecież będę miała okazję skonfrontować  to, co napisałam w powieści „Całkiem dobre życie”, zweryfikować wspomnienia z czasów, kiedy byłam (jak ja nie lubię czasu przeszłego w tym kontekście!). Zapaliłam się do tego pomysłu!  Tak więc hotel zarezerwowany, bilet zakupiony. Pakuję siebie, dzieciaka i w drogę!!!

Poniżej fragment powieści „Całkiem dobre życie”

                „Kiedy wysiadła z autobusu, była skonana. Cały dzień w drodze dawał znać o sobie. W żołądku ściskało ją, choć nie była głodna. Czekając w Toruniu na autobus do Wąbrzeźna, zjadła w pobliskim barze pierogi. Kobieta w białym stilonowym fartuchu polała leniwe grubą warstwą margaryny z cukrem. Wszystko było mdłe i słodkie, ale Róża jadła. Wprawdzie już odzwyczajała małego od piersi, ale jeszcze karmiła. Lęk o przyszłość, niepewność nakazywały jej nie przestawać. Gdyby cokolwiek złego, to jemu choćby i jej pokarm zostanie. Była zmęczona i wmawiała sobie, że potrzebnych jest jej kilka godzin odpoczynku, by odegnać złe myśli.   Mały spał spokojnie zupełnie nie przejmując się tym, że jego życie się zmienia i jakby podświadomie nie chciał przysparzać matce rozterek. Po wyjściu z baru natknęła się na kolejkę. Stanęła, bo co by nie było zapewne będzie to coś, czego jej zabraknie. Nie miała nic. Nie wiedziała jak to będzie. Bała się tej swojej samodzielności. Podjęła bodaj najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. W głowie wciąż kręciły się te same obrazy. Wyjście z mieszkania. Ciche zamykanie drzwi jakby bała się, że ktoś zobaczy i zawiadomi Sławka. Nie chciała sobie wyobrażać jego powrotu do domu. Wypierała go z myśli, ale nie dawał się. Wracał wciąż w wyobraźni. Zrozpaczony, szalejący z wściekłości, z tym  gorzkim poczuciem rozczarowania.  Nakładała sobie inne obrazy, matki, domu, który miała zająć za półtora godziny, może dwie, ale nie! Jego obraz był wyraźniejszy, przebijał przez wszystkie inne, odciskał się jak mocno pociągnięta długopisem kreska, widoczna  jeszcze na iluś kolejnych kartkach. I nie dawał się nijak zamazać. Nie mogła po prostu wyrwać kartki z mózgu, zmiąć i wyrzucić.

- Dla pani? – rzuciła sklepowa. – To  samo?

Róża przytaknęła. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że stanęła w kolejce za nie wiadomo czym. Ludzie wychodzili z kolejki ze zwycięstwem na twarzach. Nieśli konserwy w torbach. Pomyślała, że dobrze się złożyło. Mogły poleżeć i smaczne są. Kiedy Sławek przynosił do domu prostokątne puszki, najbardziej lubiła ten moment, kiedy mały aluminiowy kluczyk zawijał wokół kawałek opakowania, a potem podnosiło się wierzch konserwy, której zapach wypełniał cały dom. Kroili sobie plaster za plastrem, popijając winem. „Rozpusta” – śmiał się wówczas Sławek.

- Turystyczną tylko? Czy pięć tych i pięć tych? – dopytywała beznamiętnie ekspedientka.

- Hmm – zawahała się chwilę.

- A co to za wybrzydzanie. Pani woła! Kolejka stoi! – odezwał się głos z kolejki.

- Pięć jednych i…  – zanim  dokończyła, puszki leżały na ladzie. Spakowała je do torby, w której szeleściły jeszcze woreczki z przygotowanymi kanapkami. Wyszła ze sklepu. Wózek stał przy witrynie, którą  widziała z wewnątrz. Położyła torbę na dole w koszu. Duża walizka była ciężka i niewygodna, ale tłumaczyła sobie, że jeszcze trochę i jej świat zmieni się. Na lepsze. Mimo wszystko.

Przy stanowisku siódmym, na który miał być podstawiony autobus do Wąbrzeźna przez Chełmżę, Węgorzewo, Orzechowo, stało kilka osób. Róża ucieszyła się, że może uda jej się w końcu pojechać bez tarmoszenia, przepychanek i nerwu. W informacji powiedziano jej, że kurs trwa około godziny. Ucieszyło ją to, bowiem,  miała szansę dotrzeć przed zmierzchem. Był początek sierpnia. Długie jeszcze noce… .

                Na przystanku przyglądano się jej z  nieposkromioną ciekawością. Pewnie trasa była na tyle objeżdżona przez stałych pasażerów, że widok obcej miał prawo budzić zdumienie. Nawet kierowca potraktował ją jak „nieswoją”. Wysiadł z pojazdu. Ulokował bagaż, wziął pod pachę wypięty ponownie kosz i wniósł do środka. Dopiero potem siadł za kierownicą, przeczesując grzywkę palcami, zerkając dyskretnie, zagaił:

- A dokąd to pani sobie życzy?

- Orzechowo. Jeden zwykły i … wózek? … To już nie wiem… jako bagaż… ?

- Damy radę! Ludzi  nie ma, nie ma się co wygłupiać – rzucił wpatrując się w nią, że poczuła, jak czerwieni się niczym jaka dzierlatka. I ułamek sekundy jakby zapomniała, że jest matką. Mężczyzna przyglądał jej się badawczo. Róża przymknęła oczy. Zmęczenie dawało się we znaki. Ręka dotykała synka. Kręcił się, ale wciąż spał.  Z czułością pomyślała o nim. To już ostatni etap drogi. Jeszcze paręnaście minut dzieliły ją od nowego życia.  Róża zdawała sobie, sprawę, że wszystko to inaczej by wyglądało, gdyby u jej boku był mężczyzna. Silna dłoń, jasna decyzja… . Sławek… . Może kiedyś. W innym świecie.

Mężczyzna za kierownicą co chwilę spoglądał w lusterko, uśmiechając się zalotnie.

                Przez chwilę  widocznie przysnęła, bo na którymś zakręcie przebudziła się i zobaczyła żółty, eternitowy dach przystanku. Przypomniała jej się pomalowana farbą ściana. Przecież była więcej jak miesiąc temu. Pewnie kibice rywalizujących drużyn wiejskich klubów piłkarskich w ten sposób okazywali wzajemne sympatie i antypatie. Żółta tabliczka przymocowana do przekrzywionego słupa oznajmiała: Orzechowo. Kierowca pomógł jej wysiąść. Młoda dziewczyna, niewiele młodsza od niej wyskoczyła na pobocze i w zasadzie nie mówiąc nic, przytrzymywała kosz, kiedy ona mocowała się z zatrzaskiem. Kierowca jeszcze zerkał, dopóki odbijała się w bocznym lusterku, a potem autobus ruszył, pozostawiając po sobie zapach spalin, który zaraz się rozszedł w powietrzu. Dziewczyna, upewniwszy się, że wszystko w porządku, poszła w drugą stronę, jeszcze z dwa razy oglądając się za przybyłą i zniknęła za porośniętym parkanem, ponad którym wyglądały ciekawskie łodygi malw z rozkloszowanymi kielichami czerwonych i różowych kwiatów.

Róża ruszyła do d o m u. Z pól ciągnących się zaraz za domostwami dochodziły zapachy, których nie umiała nazwać, ale których nigdzie indziej nie czuła. Pomieszanie zbóż, ziół i traw. Było cicho. Rozglądała się. Pustka, cisza i spokój, jakie panowały wokół, były czymś tak obcym, że zdawało jej się jakoby ten cały świat był tylko wytworem jej wyobraźni. Podświadomie czekała aż zza rogu usłyszy szum jadącego po szynach tramwaju, zobaczy kolor świateł albo ludzi przemierzających z jednego brzegu ulicy na drugi. A tu nic. Tylko odgłosy zwierząt, porykiwania, poszczekiwania  i podzwaniająca cisza. Tak dokuczliwa, że trudna do przyjęcia. Za parkanami przycupnęły domki, z otwartymi na oścież oknami. Na ławkach przed wejściem do domostw stały bańki na mleko po wieczornym udoju. Wieś umęczona dniem odpoczywała. Gdzieś za płotami widać było poruszające się sylwetki. Róża minęła grupę młodzieży z kocami, ręcznikami przewieszonymi przez ramię. Patrzyli za nią z ciekawością. Któryś z dzieciaków wykrzyknął:

- Dobry wieczór!

- Ty! Kto to ? – spytał chłopiec z grupy.

- Nie wiem – wzruszył ramionami tamten.

-To co ty  jakiś głupi jesteś! Nie znasz, a się kłaniasz – wyśmiewał inny z chłopców.

- Dajcie mu spokój – powiedziała ładna dziewczynka. Była najwyższa z nich. Cera smagła, długie zebrane w koński ogon włosy, miała może z siedemnaście lat. – Wypada przywitać, nawet jak ktoś obcy.

-A mnie się zdaje, że to może ta nowa nauczycielka. Mama mówiła, że pan Edek mówił, że jakoś teraz miała przyjechać. A widziałem Zaleskich jak kręcili się wkoło domu dla nauczycielki.- No! – dodał chłopak, który gdzieś już Róży mignął. – To chyba ona była z naszą dyrektorką.

- Tak, tak – przytakiwała mała blondyneczka. – Ja też ją widziałam już. To na pewno ona.

- Ty to Kowalowa jak zawsze wszystko wiesz! – sarkał ktoś z grupy.Dzieciaki zniknęły za zakrętem, przed którym  widniał drogowskaz: Ryńsk 4 km.

                Z daleka zobaczyła jakieś małżeństwo, oparte o płot. Mężczyzna zrobił z dłoni daszek, bo słońce świeciło mu prosto w oczy jakby kogoś wyglądał. Róży nie przyszło nawet do głowy, że to jej wyczekują. Mężczyzna przystępował krok, to znowu się zatrzymywał. Widział ją nie tak dawno przecież, ale mylił go ten wózek. No bo i jak to? Nikt o dziecku nie wspominał! To i skąd by się nagle miało wziąć? Ale, kiedy dzieliło ich kilkanaście metrów do niej, ruszyli obydwoje w jej stronę. Powoli niepewnie, przyglądając się z ciekawością.

Róża uśmiechnęła się. Domyśliła się, że to Zalescy, dyrektorka opowiadała o nich i, że mieszkają tuż obok szkoły i zarazem jej mieszkania.

- O matko jezusowa! – zwołała  Zaleska, trzymając jedną ręką wózek, drugą podtrzymując gotowy do porodu, obwisły brzuch – Toć to takie maleństwo! I to pani magistrowej?!

Kobieta  przyjęła dziecko Róży całkiem naturalnie, nie pytając o nic. Skoro było, to było! Róża  uśmiechnęła się na to „magistrowa”, bo w rzeczy samej nie przywykła do tego tytułu.

Kobieta witała ją jak znajomą  od wielu lat. Zrobiła taki gest jakby chciała odebrać z jej rąk wielką walizkę. Zaprotestowała. Walizkę wziął mężczyzna. One szły, prowadząc wózki. Róża była bardzo zmęczona, ale z każdym krokiem rósł w niej  spokój. Ta kobieta obok, o której nie  wiedziała nic, napawała ją owym spokojem. Nie wiedziała czy przez sam fakt posiadania małego dziecka, czy też przez łagodność, jaka malowała się w całej jej sylwetce mimo tej ciążowej deformacji.

- Zaledwie tydzień temu wyjechała nasza Maria kochana – zagadnęła Zaleska. Dziewczyna domyśliła się, że chodziło o Marię Rofe. Zastanawiała się, jaki związek łączył ją i dyrektora. A może to rodzeństwo? Pewnie nie dowie się tego i nie jest jej to potrzebne. Fakt, że tych dwoje wiedziało o swoim istnieniu i to, że ona – Róża dziwnym zbiegiem okoliczności zawieruszyła się w ich życiu zdawał się być absolutnie niepodważalny. I wiedziała też, że pewnie należą do tego samego zastępu aniołów, które sprawują nad nią pieczę. Oni i Sławek, i …babka ze swoich zaświatów i matka… i Danka… . Róża tknięta tą świadomością, że mimo wszystko nie jest sama na tym świecie, poczuła ściskanie w dołku, gotowa rozpłakać się jak dziecko.

Nie powiedziała nic. Zaleska dodała po chwili niby szeptem, choć było pusto, oprócz skrzypienia kół i pokaszliwania Zaleskiego nie słychać było żywego ducha.

- Pani Maria to tylko na wszystkie świętości zaklinała, byśmy na panią magistrową mieli baczenie. A ona … ona to dla nas… . Eee tam! Szkoda gadać! Powiedziała. Rzecz święta! – Następnie zniżyła jeszcze bardziej głos, jednocześnie rozglądając się nieufnie wokół siebie. – Tu  we wsi to zaraz wyszło, że ona za Żydem mężem wyjechała! Nasi to nic sobie z tego nie robili, ale tamci… .Teatry tu urządzali! Głupie te ludzie, że mówię pani! Przyjeżdżali czy to z Wąbrzeźna, czy z Torunia i głupot rozpowiadali. A niektórzy, to wiadomo.  Póki nie wiedzieli, to na rękach nosili, a potem… potem to jej kamieniami okna powybijali!  Ale to pani tylko te głupole, co to ich reszta zaraz rozumu nauczyła. I dalej spokój u nas!

Mieszkanie mieściło się tuż obok szkoły. Stanowiło część  małego domku, jakich kilka bliźniaczych było we wsi. Druga należała do Zaleskich. Mniej więcej w połowie jego długości stał niski płotek zrobiony z półmetrowych sztachetek, który dzielił niewielkie poletko tuż przed domem.  Róża patrzyła na budynek. Wyglądał niczym rysunek będący wyobrażeniem dziecka. Spadzisty dach, prostokątne otwory okienne z drewnianymi okiennicami, czerwona cegła. W oknach bieliły się firany. W trzech pierwszych jednakowe, w dwóch inne. Jakby owe firany zaznaczały innych lokatorów. I tak było w istocie.