wtorek, 24 lipca 2012

Tamtego lata w Santa Ponsa, czyli o tym, że nie można się do czegoś tak bardzo przyzwyczajać i o tym, że tak czy siak – wszystkiego mieć nie można.


Tamtego lata  w Santa Ponsa, czyli o tym, że nie można się do czegoś tak bardzo przyzwyczajać i o tym, że tak czy siak – wszystkiego mieć nie można.



            Wakacje trwają. Wypogodziło się i przyniosło te same tęsknoty i marzenia. Jak za dotknięciem owej czarodziejskiej różdżki, która to nigdy nie zechciała wpaść w moje ręce, wróciło wspomnienie gorących plaż, ciepłych mórz, wina na tarasie i zachodu słońca w różnych odcieniach. I nawet specyficzny zapach wyspy  ma zgoła inny wymiar. Nie jest już nieprzyjemnym smrodem, zatykającym nozdrza, ale wonią nieodłącznie związaną z tamtym latem. Patrzcie państwo jak to się człowiekowi w głowie przestawia! I nawet żar lejący się z nieba, przed którym trudno było się gdziekolwiek skryć, dzisiaj jest ciepłem kojącym i lubym! Nie mówiąc o plaży, na której można było legnąć z rozkoszą albo wczesnymi godzinami rannymi, albo też wieczorem ( najlepiej kiedy szarzało, plaża pustoszała oddając turystów pubom, barom, restauracyjkom tętniącym polifonicznym głosem). I nawet upalne noce, które nie pozwalały spać i, którym to towarzyszyło nieustanne regulowanie klimatyzacji dzisiaj zdają się być  nocami spełnień i  bóg wie, czym jeszcze! I w ogóle dzisiaj wydają się mi tamte lata jakąś bajką, w której dane mi było być.

            Na ekranie mojego notebooka migają zdjęcia; ja w morzu, ja przy morzu, ja na leżaku, ja z drinkiem, ja pod palmą, ja pod girlandą w Valldemossie,( bo akurat było jakieś wielkie święto jakiejś ichniej świętej), ja tu, ja tam… Piękna, opalona, wyzwolona ze sztywnych kostiumów belfrowskich. Eh! Życie! Fajnie było! Ale to już przeszłość!

            Któregoś lata na tej piaszczystej plaży pełnej ludzi z całego świata leżymy sobie. Ale leżymy sobie rodzinnie. Ja (no bo jakże!), mój mąż i moi wszyscy synowie, a jeszcze synowa, a jeszcze jej koleżanka i koleżanki koleżanka. Jest błogo! Obrazek włoskiej rodziny! Wiele słów i wiele śmiechu. Dumna jestem! Spoglądają na mnie oczy z sąsiednich ręczników. Moi synowie przy mnie!  I jeden z moich synów zapytał:

-Mamusiu! ( tak do mnie mówią). Czy dziesięć lat temu marzyłaś o tym, że będziemy całą rodziną leżeć na jednej piękniejszych plaż Majorki?

Otworzyłam oczy i odpowiedziałam:

- Ja dziesięć lat wstecz, nawet nie bardzo wiedziałam, gdzie się Majorka znajduje, bo nie miałam potrzeby zgłębiać takiej wiedzy, skoro wczasy na Majorce a b s o l u t n i e były poza sferą moich marzeń.

- No tak! – rzekł zdawkowo.

A ja sobie myślałam, jak mi jest dobrze.

            Potem zdarzyło mi się jeszcze kilka razy polecieć tu i ówdzie. I kolejne foldery ze zdjęciami, na których ja pod palmami, na plaży itd.

Wakacje nad ciepłymi morzami stawały się pewną normą, pozostawała kwestia miejsca, terminu… Normalka!

            A teraz guzik!

Od połowy roku kombinowałam, szukałam ofert ciułałam…Wieczorami  oglądałam filmy na Youtubie, nocami widziałam siebie na tych plażach, wracałam do  znajomych miejsc i żyłam nadzieją, że to już wkrótce…

Pewnej soboty  przysiadłam przy komputerze. Siedziałam, grzebałam, sprawdzałam oceny, ceny… Znalazłam! Super oferta! Już pływałam w ciepłym morzu, już rozkoszowałam się niegasnącym słońcem. Wybierałam sukienki, klapeczki, nawet włosy zamierzałam przefarbować, bo miałam określoną wizję siebie, która później świetnie byłaby oddana na tysiącach kolejnych zdjęć. Dzwonię więc do niego z wypiekami na twarzy, z podekscytowaniem:

- Zarezerwowałam wczasy – krzyczę w słuchawkę dumna z siebie za operatywność, cierpliwość, skrupulatność ( bo przecież musiałam przelecieć nie tylko oferty biur podróży, ale sprawdzić oceny na różnych portalach, przeczytać opinię, zobaczyć filmiki). – wyjeżdżamy  piątego! All inclusive, basen przy hotelu, plaża też! Wow!

Cisza. Sekunda, druga….

- Absolutnie! Absolutnie nie pojedziemy! Ja mam zobowiązania, terminy, muszę zakupić wózki…

- Ale…

- Porozmawiamy jak będę w domu! Tymczasem odkręć to!

            Zobaczyłam jak pierzchają moje marzenia. Szust! Poszło jedno (to o gorących wodach). Szust! – drugie! ( o plażach i promieniach słońca liżących moje ciało). Szust! Kolejne i kolejne….

Odkręciłam.

            A potem on wrócił do domu i długo cierpliwie tłumaczył mi, że tego lata jest inaczej. Że kryzys i ciężkie chwile. Że firma i trzeba pilnować. Że … wszystkiego mieć nie można…Tak po prostu.

 

            Upał! Parne powietrze wisi ciężko. Z rzeczki płynącej przy moim domu zawiewa prawie jak na wyspie… Siedzę sobie, sączę wino, na ekranie migają obrazki; ja na plaży, ja w morzu….

On siedzi w pokoju i ogląda wiadomości. Jest spokojny i wyluzowany. Firma pod okiem.  Ciepło jak na Majorce. Jest dobrze. Może tylko czasem rzuci okiem na ekran notebooka… ale przecież wie, że wszystkiego mieć nie można…