sobota, 28 kwietnia 2012

Poznałam wczoraj Człowieka

Poznałam wczoraj Człowieka




                W zasadzie napisałam taki tytuł, ponieważ wydał mi się w pewnym sensie prowokujący. Bo tak naprawdę to… dopiero zamierzam go poznać onego Człowieka. Zanim opowiem  o tym, nie mogę nie pozwolić sobie na pewną dygresję. Otóż niedawno na FB napisałam coś w stylu, że świat jest piękny nie tylko sam w sobie, ale również przez to albo i przede wszystkim poprzez ludzi, którzy są…  Nie zamierzam mędrkować, ale  to, z czym się zderzyłam wczoraj, to, co zaprzątało niemal każdą wolną myśl, dzisiaj musiało znaleźć swoje miejsce tutaj.

(opowieść zdaje się poddawać chronologii…)   

                Któregoś dnia bardzo już kwietniowego otrzymuję na maila zaproszenie od pani D. Z. z WiMBP w Gorzowie  na spotkanie promujące książkę Wincentego Zdzitowieckiego  „Pisane światłem”.  Moment zajmuje mi to, skąd adres i w ogóle pomysł, by mnie zapraszać. Nieważne! Czasy takie, że na wszelkie imprezy kulturalne trzeba poszukiwać uczestników, by sala nie świeciła pustką, odkrywając  beżowo- nijaką lamperię ścian. 

Coś mnie poniekąd metafizycznie pcha i muli w głowie, w trzewiach, nie daje spać, kusi i nęci, bym pojechała na to spotkanie.  Decyduję się. To pociąga za sobą cały szereg działań logistycznych – dziecko, jego zajęcia, moje zajęcia, Krzysztofa zajęcia. W tak zwanym międzyczasie wrzucam w Google nazwisko Zdzitowiecki. Wyskakują mi jacyś prawnicy, lekarze… tu i tam… W niskiej liczbie wyświetleń jest Wincenty. Nic konkretu! Pal licho! Wracam do mailowej poczty. Sprawdzam.  Coś mi się mgli… Żadne wielkie COŚ. Ot! takie nieznaczące. Może niewidomy! ( bo o świetle)…  I tym bardziej decyduję się, bo litość, bo solidarność, bo Bóg wie co..,

                Sala pięknej biblioteki w Gorzowie.

Ludzie nieznani mi zupełnie. No! Może poza dwoma osobami:  panem Krzysztofem SZ. ( szarmanckim i w rzeczy samej wyglądającym na Poetę) – samym Prezesem ZLP w Gorzowie Wlkp. oraz panią – pisarką  A.S, która jednakowoż traktuje mnie nieco protekcjonalnie, acz bardzo serdecznie. Cóż! Ja pozycji żadnej nie posiadam – jestem tu, bo poczułam owe dziwne metafizyczne fluidy. Jest jeszcze jedna rzecz. W drugim rzędzie siedzi kobieta. Obrazy przelatują niczym stado wron przegonionych skądkolwiek( ale poczyniły ruch). Basia! Tak … Basia jest matką i wdową…  Znamy się. Dziwne to życiowe meandry – niewiadomo gdzie zakręt i kogo za nim spotkamy.

                Zaczyna się… Krzysztof zakupił już ową książkę – podmiot tego spotkania.

Jest żona Onego! I pani Moderator A. M – absolutnie i perfekcyjnie przygotowana( bez żadnych dygresji i sarkazmów).

Powoli, powoli odkrywam, brodzę w zakupionym woluminie. Ostrożnie. Bez emocji tak jak wtedy, gdy przeglądałam przed wejściem jakąś gazetę z nieruchomościami

Co jakiś czas prawi żona Onego – pani E.( brak charyzmy wytłumaczalny nadmiarem wrażeń), niejaka pani A. czyta opowiadania, potem wiersze… Trochę bez wczucia i beznamiętnie. Na koniec gra kapela. Wschodnie nutki. Ckliwe. Zachodzące w major, co kilka taktów o pół tonu wyższe – zawodzące, nostalgiczne, rozpoznawalne tylko nielicznym. Prawa strona – ta  pokiereszowana fizycznie, z laskami, przygarbiona, zdeformowana chorobą – kolebie się w te i wewte. Lewa – na moje oko – intelektualna – siedzi  z nogą na nogę założoną.

Trafiam na przypadkowe słowa: „Wziął się na tym obłym świecie z równie kulistego wnętrza; z jednej z wielu dążących do celu główek zakończonych nićmi nerwów: z ruchu. To wybrzuszyły się i zderzyły dwa ciała niebieskie, dwa pewnie zakochane lub pewnie zauroczone sobą i tym zauroczeniem podniecone do działanie wszechświaty”[1]. Przerzucam wzrok dalej na przypadkowe wersy, zaglądam na drugą stronę. Wracam. Wtapiam się w „obłą” historię dojrzewania młodego Olka. Może to sam autor, a może i na pewno. Wiedzie nas po okresie swojego dzieciństwa i młodości, nieraz penetrując te sfery życia, które stanowią tabu. Zdradza swoje fascynacje – kobietami ich obłością, która dotąd nasuwała mi tylko pejoratywne skojarzenia. Dzięki niemu dostrzegłam w obłości urok. Nasz bohater pisze o sobie „(…)  ciąg dalszy (…) życia to jakby ocieranie się o różne elipsy i esy- floresy”[2]. A ja już powoli, acz jeszcze ostrożnie wchłaniam się.  Narracja się toczy, fascynacja moja potężnieje. Do finału, który ma się tak: „Tak opowiedziałem ja – jego alter ego, bliski przyjaciel i zastępca. A opowiedziałem nie okrągłymi słowami – raczej wskazywałem na macanie Ziemi pod sobą, przeczuwanie jej obłości i niedopukłości grobów. Krawiec naprzeciwko losu.”[3]

                Spotkanie się zakończyło. Zdążyłam wymienić kilka kurtuazyjnych zdań z tą „intelektualną” częścią publiki ( niechaj się nie obruszają ani jedni ani drudzy – nie jest to bowiem przytyk ani do jednych, ani do drugich).

Wracam do domu. Na zewnątrz zmierzcha się, droga prowadzi przez las. Nie sposób czytać. Trzymam książkę w ręku, gładzę ją dłonią z niecierpliwością kochanka, by dobrać się do niej.

Spędzam noc na czytaniu. Wniebowstąpienie! Takich afektów nie doświadczałam od bardzo dawna…

Oto był Człowiek! W moim zasięgu. Być może otarliśmy się o siebie, bowiem on - jak pisał- był bywalcem Empiku „(…) „Stolik numer jeden” w gorzowskim empiku stał przy oknie jako pierwszy od bufetu (…). Przeistaczał się on, w zależności od potrzeb w ławę szyderców albo gawędziarstwa o wszystkim, czyli o kulturze, sztuce, literaturze i polityce(…)”[4]. Ja też tam bywałam jako licealistka. Siadałam z Magdą, Basią albo inną koleżanką przy niskim stoliku, kreując się na intelektualistki brałyśmy długie, ciężkie wieszaki z przypiętymi nań metalowymi klamrami czasopismami, (chciało się Filipinki, czy Na przełaj, ale brało się Perspektywy, Szpilki czy Przekrój, a niekiedy, jak fantazja poniosła niemieckojęzyczne, choćby Fur dich. Wszak to nie była jakaś podrzędna knajpa, ale EMPIK- enklawa artystycznej bohemy, elity intelektualnej miasta. Musiał i on tam być. Nieraz spoglądałyśmy zazdrośnie w stronę tamtego stolika, przy którym w oparach dymu toczyły się dyskusje…

                Czytałam. Zaintrygował mnie. Teraz i natychmiast chciałam wiedzieć o nim wszystko! Trzymając w rękach książkę zasiadam ponownie, by za pomocą wszechmogącego Internetu inwigilować Człowieka. Lecz Internet milczał jakby sprzysiężony ze światem, migający się od odpowiedzialności, tłumaczący się: „A któż to taki? Cóż to za persona, którą trzeba by było zajmować cybernetyczną przestrzeń?!”

Wróciłam do książki. Ileś zdań, ileś słów i tropy wiodące do wciąż i wciąż mikrej wiedzy o Człowieku. Między wierszami…

                Czytam „Szklane oko opatrzności” … Ona i on – jak w zwykłym życiu. Jest para- jest opowieść! „Poznali się w klubie słabizn mięśniowych. Ich  ciała i umysły dostrzegły się, dowąchały  (feromony!)  i porozumiały ponad zbiorowiskiem innych wózków, wypełnionych, jak oni, niemocą i spolegliwością. Oprócz gorących spojrzeń zaczęli słać do siebie e- maile i wyobrażenia. Komputerom było wszystko jedno, kto je obsługuje, dotyka, błogosławi. Świat stał się wirtualny na przestrzał. Objął ich swoim wiotkim ramieniem kabli i fal radiowych, rozkołysał marzeniami, wchłonął realnością zdarzeń”[5] . Rewelacja. Opowiadanie  wchodzi w mój krwiobieg, nie daje zasnąć. Czytam jeszcze raz i jeszcze! „Kimże ty jesteś Wincencie Zdzitowiecki!” – wołam w kosmoprzestrzeń. Ale chyba bardziej pytam siebie: Kimże ja jestem! W kontekście jego i innych? Kimże jestem ja, która ośmielą się pisać? I jakież szanse mam, jeśli są tacy jak ten ?



***

życie jest ciągłym umieraniem

z ziarna dojrzałości

odradza się w każdym pączku

-jest przyjemność siania

- ból wyłaniania z niebytu

-młodość i radość istnienia

- wszystko



świat przez pewien czas to łaskawca

- to atomy rozbłysków ze zderzeń

świty i zmierzchy-południa i północe

całe noce z gwiazdą na czole

oczko w rosole i orgazm zachodzenia



życie jest ciągłym umieraniem

narodzinami duszy

drganiem[6]

                A na koniec jeszcze przed  Wspomnieniami o Witku są jeszcze fantastyczne jesiennice, dystrofii, amorałki i chwilozofijki oraz sanatoryjni i powiedzonka….

Kurczę! Myslę sobie! Jak wypracować w sobie taki dystans? Do siebie, do świata? Jak nauczyć się takiej akceptacji? Przyjąć predestynację Boską lub jakąś inną, czy chwytać życie w swoje ręce… Czy pozostać, jak napisał: „ (…) Niedojrzałymi (mężczyznami lub kobietami[7]),kłębiącymi się w marzeniach. Ograniczającymi się do obmacywania świata, a nie brania go za rogi i o ziemię bęc, prast, szast!”



Skąd się biorą jesienne dzieci? – (jesiennica) – rubaszna poniekąd



Odlatują bociany- w polu ścięto kapustę

zające sobie kicają na zajęczyce tłuste



 Z cyklu dystrofiki



Im głębiej w nas

Tym mniej nas



Z cyklu amorałki

Etyka i etykieta



Napomykam jej o ślubie ,

by z nią robić to co lubię.



I na koniec – moja ulubiona. Prowokująca do samo refleksji i Chwiozofijka

O poezji

Poezjo! Twórczość – to czasem taka męka,

że nawet czytelnik stęka





Namiastka! Zawarłam wstydliwie małą namiastkę!































[1] Wincenty Zdzitowiecki: Fastrygowane na obło. W: Pisane światłem, WiMBP, Gorzów Wlkp.2012, str.72

[2] tamże. str.75
[3] tamże. str.76
[4] tamże. Wokół Gordona i Kowalaskiego, str.80
[5] tamże  Szklane oko oparzności, str. 67
[6] Tamże,  ***życie jest ciągłym umieraniem… str. 123
[7] Przypis autorki