poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Są co najmniej trzy powody


            Są co najmniej trzy powody, dla których dzisiejszy dzień jest dla mnie wyjątkowy. Osiem lat temu urodziłam Marcela. Pojawienie się jego było bodaj największym zaskoczeniem w  moim życiu. W którejś mojej powieści napisałam, że dziecko wywraca świat do góry nogami, mój długo nie mógł odzyskać przysłowiowego pionu.  Nie chodzi mi tu o jakiekolwiek zwierzenia dotyczące całego okresu oczekiwania nota bene – pełnego lęku,  wątpliwości.

***

Rośniesz we mnie

wbrew mnie

choć za moją przyczyną

na swoje szczęście

lub

nieszczęście



i nawet ów kat

z trzęsącymi rękoma

nie zdołał mi ciebie wydrzeć



Rośniesz we mnie

dziwną siłą  chęci istnienia

porażone



i nie mogę

nie chcę

uciec od ciebie



Mówią mi,

że  będziesz wyjątkowe

a ja boję się ewenementów



chciałam mieć proste życie



Kiedy tam-

wśród znaków i symboli

Maryj i Jezusów Frasobliwych

wyznałam ciebie

poczułam

że życie nie stoi mi okoniem

że mimo wszystko ma sens

i muszę zbierać po drodze

co moje

poczułam-

Jesteś

Jesteś

Jesteś



Rośniesz we mnie

wbrew mnie

ale za moja przyczyną



Rośniesz we mnie

wiem ,że

dla mnie jesteś



I nie umiałam ciebie wyrwać

za  ileś tam złotych

I nie  umiałam cię wyrwać

choć ponoć

zapomniałabym



więc rośniesz we mnie





i takie dwie biedy będą

 – ja

i ty- niczemu niewinne.





            Bardziej jednak zajmuje mnie owa swoista wymiana, jaka zdarzyła  się w moim życiu. Odszedł mój ojciec ( dopiero teraz czuję, jak piękne to słowo, kiedyś myślałam i mówiłam: „tatuś”), nie pora tu, wzruszać, czy w jakikolwiek inny sposób pobudzać emocje, ale  do dzisiaj jego odejście jest dla mnie nie mniejszym zaskoczeniem jak Marcel. Owa swoista wymiana spowodowała jednak, że zwolna zaczęła do mnie docierać owa konieczność, jaką jest śmierć. Wytłumaczyłam sobie, że bez względu na to, w co wierzymy, człowiek odchodzi w najbardziej odpowiednim momencie… ( nie dla nas zapewne, bo my nie umielibyśmy wyznaczyć owej granicy i nigdy nie będzie to Ten Czas.) Tak więc Marcel pojawił się jako ekwiwalent ( brzydko nazwane!) i to nie studia filozoficzne, ale on pozwolił mi zrozumieć ten ruch, który dzięki któremu świat idzie do przodu…

***

drzewa są po to, by dawały cień

słońce po to, by świecić

wiatr musi wiać

morze szumieć



motyl ulotność

ma wpisaną w swoje bycie



jakże jasny jest determinizm



nie warto 

zawracać rzek

wyznaczać szlaków ptakom

zamykać noc przed świtaniem



umieć żyć

pamiętać wczoraj

nie czekać jutra

-może nie nadejść



kochać

bez względu na wszystko

szybko

-bo można nie zdążyć



czekać

cierpliwie

na mannę z nieba

albo głosy trąb Jerycha



przyjąć

z uniesioną głową

zrządzenia Opatrzności



jakże prosty jest determinizm



            Marcel urodził się 3 kwietnia w jego imieniny… Stanowił prezent dla mnie i dla Ryśka ( tak o nim mówię i do niego…)



Ojciec



Ojciec nie nosił

czarnej teczki

nie potrząsał garścią kluczy



Nie marszczył złowrogo czoła

nie unosił zdumionych powiek

kiedy mu oznajmiłam

że zostanie dziadkiem.



Wieczorami nie snuł opowieści

o honorze, bitwie, poświęceniu

ale

śpiewał rosyjskie ballady

zapomniane przez system i ludzi



nikt ich nie słuchał

czasami z kieliszkiem wódki

kłócił się o miejsce w życiu

albo płakał,

bo serce miał za małe na świat

był mimozowy



ze spojrzeniem filmowego amanta

i sylwetką młokosa

w wieku pokwitania

wyglądał cudownie tandetnie

wstawał ze słońcem

kładł się z kurami

zasypiając wszelkie niepokoje dnia

i zawsze miał czas powiedzieć:

„życie jest piękne”



Któregoś dnia posmutniał

spotkał swój czas

zrozumiał,

że tylko świat wieczny jest.



Płakał parkowi i słońcu i ptakom

A życie było takie piękne…

Zostały dźwięki Batumi

i harmonista mi gra

w wiśniowym sadzie

kiedy spotykam się z ojcem

po kryjomu

czasami przelatuje mi ptakiem

zapachnie bryzą

albo wyrywa z nocy uśpionej

krzyczy z fotografii:

„życie jest piękne”



A potem równo rok, odszedł On Jan Paweł… i mimo wielu łez (też pominę opis przeżyć), zrozumiałam, że  w rzeczy samej śmierć jest czymś naturalnym, biologicznie nieuniknionym , historycznie nieodzownym…

***

Pierwsza śmierć była

jak spełniona apokalipsa

rozrywała żyły

pulsowała w każdym milimetrze

zmęczonego ciała

nie dała żyć



była dniem i nocą

świtem, zmierzchem

snem i śnieniem.



Druga śmierć przyszła spokojnie

nie darła szat

nie toczyła łez



oglądana drugi raz

czasem budziła zdziwienie

że tak wcześnie

ze tak cicho

że mogła zaczekać



Trzecia śmierć

była faktem

nie może więc być

tematem oryginalnej poezji



             A potem zaczęli umierać inni…. I tylko świat wydaje się być wciąż taki sam…

Synku! Obyś był szczęśliwy

                                                                                              Mama