sobota, 21 kwietnia 2012

Sobotnia playlista pod hasłem Wielcy nieobecni! (oczywiście z komentarzem, bo jakże to tak)


Sobotnia playlista  pod hasłem Wielcy nieobecni! (oczywiście z komentarzem, bo jakże to tak)

                Im człowiek starszy, tym częściej sięga pamięcią wstecz. Bo to tak jest, że do refleksji potrzeba pewnych doświadczeń, tedy snują się lepiej. Mnie od kilku dni nachodzą bardzo intensywne. Część z nich w oczywisty sposób jest powodowana  minionymi świętami, wiosennym przesileniem, a część… a co tam! Przecież zapewne nikt ode mnie nie wymaga tłumaczenia się z tego dlaczego czuję to, co czuję.  I może też dlatego dzisiejsza playlista poświęcona będzie wielkim nieobecnym. Tworzyłam sobie w myślach tę listę. Usiłowałam znaleźć jakiś klucz, ale  nie udało mi się. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to taki podział na wykonawców polskich i obcych. Ale i to wydało mi się bez sensu. Natomiast przeraziła mnie myśl, że jest ich tak wielu… tych , którzy odeszli, a którzy w jakimś momencie mojego życia byli mi szczególnie bliscy…. Muzyka towarzyszy mi całe moje życie. Kiedyś lubiłam śpiewać i nawet nieźle mi szło, ale najpierw papierosy, a wciąż praca w szkole, spowodowały, że nie śpiewam. Nawet w kościele ( z szacunku do ludzi i do samej muzyki). Za to gram! Gram uparcie na moim pianinie. I robię to często. Lecą wówczas wszelkie szlagiery dancingowe, amerykańskie standardy, rosyjskie ballady – Wysocki i Biczewska…  i francuskie piosenki Dassina, Piaff…

Oj! Poniosło mnie! Wracam zatem do playlisty. Zadecydowałam nie będzie żadnego kryterium. Przypadek, impresja… I na pewno temat nie zostanie zakończony. Nie da się!

A swoją drogą, czekam i na sugestię Was – Moi Drodzy!

A teraz rozpoczynam!

Na początek

1.Israel iz Kamakawiwio'ole  Somerwhere, over the Rainbow. Jesli ktoś wątpi w urodę swiata… Mnie ujął subtelnością śpiewu. Kiedy umarł flagę w Honolulu opuszczono do połowu masztu…


2. Bob Marley – One love – żył mocno, krótko I (niektórzy nazwali to barwnie…)


3. w podobnym brzmieniu blues i reggae Robert Palmer i UB40 – Baby Tonight










4.Nat King Cole – Smile –  czy można przezyć życie, nie znając tego? Mała restauracyjka, jakiś zachód słońca i niechby jeszcze morze poszumiało….  i on obok….







5. Albo ona - Dama! Wielka atretyczna Dama… Edith Piaff. Śpiewała o miłości, której życie jej skąpiło



6. Dokładnie pamiętam dzień, kiedy usłyszałam  o jego śmierci.  To było lato, sierpień 1980. Joe Dassin… Wydawało mi się, że dość szybko pamięć po nim ucichła. Miałam wyklejone nim zeszyty I słomiankę nad tapczanem (teraz widzę, że nawet nie był przystojny i w ogóle jakis taki)









7. A kiedy on zmarł. Wielu było takich, którzy chcieli wówczas też umrzeć… Ja też płakałam. Choć wówczas bardziej dlatego, żeby nie być odosobnioną. Płakały moje młode ciotki, ich koleżanki… - Wielki Elvis… Dzisiaj jestem pewna, że umarł Król


8. Jego natomiast śmierci nikt nie chciał przyjąć jako fakt… Wielki Freddi! Umierał na oczach ludzi, niemal na scenie


Banalne to, ale rzeczywiście po nim już świat został inny…








9. Bee Gees!!! Uwielbiałam ich, a potem i do dzisiaj film Gorączka sobotniej nocy) Przestali grac w 2003 roku po śmierci Maurice'a  Gibba. Braterska miłość, solidarność – zew krwi!








10. I na koniec nie może zabraknąć jego – Lennona… To o nim mówi się, że jak nikt chciał świata żyjącego w pokoju




                Cóż można na koniec? Nic! Cieszyć się, że mimo wszelkich trudnych, ciężkich do przeżycia spraw, mimo tego, że czasem wszystko traci sens, że chciałoby się uciec daleko, daleko, że mimo iż czas wciąż nieubłaganie prze  naprzód, nie pozostawiając nam wyboru… nosimy w sobie pamięć dobrych chwil, wspaniałych ludzi, cudownych miejsc… Że dane nam są wspomnienia….



A ja nieustannie czekam na sugestie…

A teraz idę sobie zobaczyć film o Edith Piaf „Niczego nie żałuję”.