poniedziałek, 16 kwietnia 2012


            Właściwie od wczoraj zamierzałam sobie pofolgować na blogu o rodzinie, o relacjach, o weselach i zewie krwi… I nawet coś tam zaczęłam sobie pisać, ale mnie wzięło na poezję, więc co mam na to poradzić… ? Pewnie jestem zmęczona nieco potokiem słów, który wylewa się ze mnie, wylewa się zewsząd albo najzwyczajniej w świecie tracę sens moich „prozatorskich” zapędów, a może potrzebna mi cisza… Ta  we mnie… Proza jest fantastyczna, daje możliwość wygadania, daje możliwość odtrucia… Zdaje się człowiekowi, że słowa puszczone w przestrzeń, rozmywają problemy, które nazywają… Wypowiedziane – traci ciężar właściwy, traci rangę, może nawet staje się… banalne i błahe… Poezja jest inna… Poezja pozwala  mówić o nienazwanym, dywagować, pozwala mniemać, podejrzewać, sugerować, dotykać albo tylko mówić, ze się dotyka. Jest prawdą i nieprawdą…

Niektóre z wierszy są już tu, ale to co! Zamieściłam je, bo… nie wiem… bo są

Na mojej komodzie stoi zastęp aniołów

Na mojej komodzie stoi

zastęp aniołów

Jedne z połamanymi przez Marcela skrzydłami

-bo czynił ruch

nie zważając na ich świętość

Inne wyblakłe

od nasączonej związkami powierzchniowo czynnymi

szmatki

którą ich smagam

wprawną ręką

wyuczonym od dawna gestem

gospodyni domowej

bez żadnej głębszej myśli

czy atencji

albo jeszcze innej formy

oddania im czci

choćby w postaci


wody czystej

bez octu

dla oczyszczenia

Jeden

spowity celofanową

peleryną

uśmiecha się
tajemniczo

a może to

ironia

ukryta w błysku

folii


A niektóre unoszą

wymalowane na odczepnego brwi

jakby chciały mnie zapytać

co tu robię


Chciałam zignorować ich obecność
bo twarze miały bez życia
i nie były wiarygodne

a w zagłębieniach rys

niedających się wypełnić

niczym

osiadł kurz

To po co miałabym się

wygłupiać

składając przed nimi ręce na „amen”?

lecz zdjął mnie strach

gdy zatrzepotały połamanymi skrzydłami

a oczy były pełne wyrazu

Strzepując zakurzoną szmatkę
by przepędzić związki powierzchniowo czynne

szeptałam

na wszelki wypadek

Ty zawsze przy mnie stój

teraz
i na wieki
wieków
amen

Erotyk o bardzo niejasnej retoryce

uciekł mi sen

spod powiek!

choć zaciskałam je mocno

aż mroczki tańczyły pod nimi

niczym złośliwe chochliki

chciałam go zatrzymać

wewnątrz siebie

końcówki obrazów

wymykały się

spłoszone muzyką mistrzów

ograną w tandetnych dzwonkach

monofonii

dalekiej od gregoriańskich chorałów

szukając rąbka śliskiej kołdry
walczyłam, by zatrzymać
ciepło twoich rąk

wyślizgnąłeś się
ukradkiem

zapach nocy rozcieńczył się
w filiżance kawy

w fusach zakręcił się
twój obraz
porwany przez spijanego przeze mnie
ślimaka

cały dzień czułam na ustach
smak nocy



Na tyłach kościoła 



Objuczony troskami

nie wiem czy śpisz

czy tylko myślisz

z zamkniętymi na amen oczami

na tyłach kościoła

schowany przed ludźmi i ich

pokręconymi losami


skulony i mały

wobec

wszystkich trosk świata


oparłeś głowę na rękach

i udajesz, że zbyt jesteśzmęczony

by przerywać sobie drzemkę

na okoliczność mojej wizyty


a może

ta ludzka część Ciebie

poddała się

przecząc dogmatom o

Twojej równości z Najwyższym


W narożniku ogrodu

niemal oliwnego

biała Matka Boska
rozkłada swoje ramiona


ale ja ufam mężczyznom


Ogrzewa Cię

rozbuchany przeze mnie ogarek

który stał się
wielkim płomieniem

Drga brązowa powieka
prawego oka

Cisza


Tylko stuk startych obcasów
wte i wewte
drepczący po betonowej ścieżce
podrywa Ciebie z zamyślenia

Unosisz wyrzeźbione brwi

Jakbyś igrał ze mną

Ścieram kurz z korony cierniowej

jeden cierń zostaje mi w dłoni

rzucam go w trawę

na której w grudniu kwitną białe stokrotki

bo staje się

cud
Zdumiona Matka Boska
wzrusza białymi ramionami


Wracam do swojego świata
lekkim krokiem

oderwany z twojej korony cierń
zmieszał się z przypalonymi główkami zapałek
wtórując moim krokom
niczym portorykańskie marakasy

szelesty obudziły we mnie sens


Zostałeś za plecami
zdmuchując płomień
który rozpaliłam Tobie

na tyłach kościoła



***



Mogłeś mnie Panie

Uczynić ślepą

Nie widziałabym wtenczas

Psich odchodów  na białej płaszczyźnie zimy

Mogłeś

Mogłeś mnie

zrobić i głuchą

Byłaby spokojniejsza,

Kiedy za drzwiami

Huczy świat

Polifonią


Mogłeś

Mogłeś pozbawić  mnie

mowy
I tyle słów zostałoby niewybrzmiałych
Darując wielu ludziom

Na ten przykład

przykrości,
prawdy

lub …

złości

Mogłeś

Mogłeś dać serce

kalekie

któremu zbędna
miłość

i nienawiść

Mogłeś


I rozumu mogłeś pozbawić
bo często w życiu zawadza

ale Ty

dałeś mi wszystko


Prócz sił

Co to udźwignąć pozwolą

I oczy zamknąć spokojnie,

Gdy noc dopomina się snu

I ustom zamilknąć nakażą

Gdy gniew dopomina się słów

I sercu – by bić zaprzestało,

Gdy  rytmu ucichnie ton


femme fatale     



kim jest tak kobieta co stoi przy lustrze

z bezczelnie wydętymi ustami siekącymi

niemym krzykiem przestrzeń bystrym okiem

spowitym mgłą obojętności naznaczonej na piersi

przyczepionym agrafką czerwonym sercem



kim jest ta kobieta w chuście okrywającej niczym

turyński całun z odbitym na nim wizerunkiem

pięknej Salome  budzącej zachwyt lubieżnych mężów

bawiąc się żądzą ich spojrzeń odwróconych od oczu Jana

zdumionego obrazem  fantazmatu wyłamującego się z wszelkich reguł



Kim ona jest? nierzeczywistym bytem tkwiąc w kamiennym bezruchu

pozostaje zespoleniem mistyczno- religijnym  pląsa wśród męskich obaw i lęków

dając im rozkosz i okrucieństwo wieczną tęsknotę i radość opłacając

obłędem aż po horyzont życia…


***


zaplątałam się we własne myśli

szukając tej

która wczoraj nie dała mi żyć

tocząc mnie

milimetr

po milimetrze


 
zamotałam się we własnych słowach

z których żadne

nie przebiło powietrza

pozostając niewybrzmiałe


ością w gardle stanęło


przełknęłam

dławiąc się goryczą

z trudem  łapiąc oddech

wymsknęłam się z twoich rąk

kalekich chłodem

i sztywnością palców zaciśniętych na powierzchni

drugiej dłoń

swojej


świadomość końca ruszyła z posad

nasze życie

pukładane

niczym mozaika z Pafos

na której majestatyczny Aion

strzeże Wiecznego Czasu


obojętni

zasypiamy

zapominając topografie swoich ciał

oddaleni

ledwie na odległość

oddechu

sami sobie

tryb warunkowy niekonieczny

gdybym nie umiała mówić

tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu

niczym biały łabędź


pewnie mógłbyś mnie kochać


dumnie przyglądając się

jak sunę dostojnie przez życie

przebijam przestrzenie

bez cienia protestu

w niemym zachwycie

nad światem

który dałeś


może nawet


mógłbyś mnie pokochać

po raz wtóry

gdyby udało ci się zaznać

samounicestwienia

na szczycie spełnień


gdybym nie umiała mówić

tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu

niczym kamień


pewnie mógłbyś mnie dotykać

bez obawy

że pokaleczysz dłonie

o kanty mojego ciała

opornego na dotyk


może nawet mógłbyś mnie pieścić

gdyby udało ci się zaznać

spełnienia na jego

obojętnej  na  dotyk

strukturze


gdybym nie umiała mówić

tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu

niczym ryba


mógłbyś mnie omotać siecią

żądając trzech życzeń

młodości

bogactwa

wieczności

i otrzymałbyś


lecz zaiste

powiadam ci


gdybym nie umiała mówić

tkwiąc nadal w owej niemocie


 
nie wiedziałbyś

jak zapalić słońca

jak przetrwać do jutra

jak żyć