poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Tonia - spotkania, wywiad, fragment


Tonia






Tonia! To moje ukochane dziecko, które wiele czasu spędziło gdzieś tam. Gdyby nie absolutny autorytet i determinacja mojego męża, pewnie pozostałaby tak jeszcze długo.

W styczniu ubiegłego roku wydawnictwo Novae Res podpisało ze mną umowę ( albo ja z nim).

W maju książka ukazała się w zapowiedziach.


I przede mną pojawiły się spotkania....

Szalenie przyjemne i tak samo stresujące

Sierpień 2011 BOK Panorama


Zaraz wrzesień KMT Lamus- tu spotkanie i wywiad z TV Teletop


A tu można posłuchać nie tylko mnie, ale fragmentu książki


14 października uczestniczyłam w spotkaniu promocyjnym w WiMBP im. Zbigniewa Herberta, na którym promowałam również swoją książkę. Poniżej można się zapoznać z recenzją, jaka znalazła się w owym periodyku (str 16)



15 listopada w Sali Stefana Flukowskiego Książnicy Pomorskiej w Szczecinie miało miejsce spotkanie autorskie. Było troche stresu, ale sutuacja dała się dość szybko opanować


Niejako rzutem na taśmę 22 listopada w Galerii u wspaniałej Halinki Fijałkowskiej spotkałam się z młodzieżą Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Barlinku


Na stronie Szczecin czyta można przeczytać dłuuugi wywiad ze mną


I miło również, bowiem moja książka trafiła za ocean i tam w Tygodniku Plus na str. 29 jest ciekawa recenzja




15 marca w Sali BOK Panorama kolejne spotkanie z czytelnikami z  Barlinka.


 Ukazało się też wiele pochlebnych opinii i recenzji…



Teraz czekam na kolejną książkę „Spotkania przy lustrze ”



Fragment Toni

                „Jakoś przed którymiś świętami dopadła mnie angina. Taka wredna, z gorączką i ogólną niemocą. Leżałam w łóżku, spocona, chora, bezwolna. Złorzeczyłam wszystkiemu. Nie mogłam pojąć, jak to jest, że moje ciało wymyka się  spod kontroli, jest krnąbrne i nieposłuszne. Nie chce się ruszać, funkcjonować według ustalonych przeze mnie reguł.  Ty wyjechałeś na ważne szkolenie. Takie czasy – rodzina- jak najbardziej, ale praca, praca, wyniki… . Wściekałam się, bo zawsze jak coś się działo, to ciebie nie było. No i właśnie teraz. Byłam jak kloc. Bez świadomości. Zapadałam się gdzieś i wracałam. Było mi wszystko jedno, czy jest czysto czy brudno, dzień, czy noc. Praca, pisanie, wykłady- absolutna abstrakcja, poza mną- obca mi i obojętna… . Marginalna część życia. Tyle lat  poświęconych… nie wiedzieć czemu… . I oto cudowne odkrycie bezsensu. Ogłoszenie wyniku! Przegrana walka! I tylko jedno oczekiwanie. Nie! Nie marzenie. Marzenia- to wielkie słowo. Oczekiwanie! Żeby czuć się dobrze, by nie piekło, nie bolało, nie grzało i nie mierziło. By pozwoliło żyć! Ileż pokory i skromności!

                Dzieci były na wycieczce. I dobrze, bo nie musiałam wstawać. Pokój tańczył rozszalały. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego jest tyle ruchu, dlaczego wszystko straciło swoją stabilność, płaszczyzny straciły poziom i pion. Jakiś zwariowany świat! Nie mój! Bo mój - to świat reguł, zasad, wytyczonych ścieżek, określonych kierunków. Świat nieprzypadkowy! Otwierałam oczy, aby przegonić te absurdalne obrazy, ale powieki tak ciążyły, że nie dawałam rady. Zawiasy trzymające popsuły się.       Tonia wleciała.

- Jeny! Kobito! A co ty wprawiasz? Najpierw nie otwierasz, a teraz drzwi na oścież- Tonia krzyczała, biegała po mieszkaniu wirowała jak wszystko w mieszkaniu. Tańczyła z meblami. Klapały szafki, stukały szuflady.

- Gdzie jest termometr? Przecież ty się gotujesz! – wykrzykiwała i wcale nie zatrzymywała się.

Poczułam chłód szklanego termometru tępo wsuwającego się pod pachę. Chciało mi się śmiać. Tonia miała taką głupią minę.

- Ja pierdolę! Dziewczyno! ty masz ponad czterdzieści stopni! – chwyciła mnie za przeguby dłoni. Uciskała mi żyły, a ja się zapadałam głęboko, kurczyłam się i znikałam, a ona oddalała się i przestawałam ją słyszeć.

-Gdzie masz pościel? Pomóż mi! Trzeba cię umyć!- Tonia rzucała jakieś zdania, klęła przy tym niemiłosiernie, ale mnie było wszystko jedno. Bolał mnie każdy milimetr ciała, nie mogłam przełknąć śliny. Jęczałam sobie. Chciało mi się jęczeć, a właściwie, nie tyle chciało, co, nie wiedzieć, czemu musiałam jęczeć.  Nie miałam  siły bronić się przed jej działaniem, może bardziej nie chciałam niż nie mogłam. Byłam taka bezradna, a jednocześnie czułam się przy Toni bezpieczna. Tonia w tym czasie powycierała kurze, ogarnęła mój pokój. Zmieniła pościel. Umyła mnie, a potem zadzwoniła po karetkę. Poduszka pod głową przeszkadzała mi, zsunęłam się na prześcieradło. Sufit. To najnudniejszy kawałek mieszkania. Nic tu nie ma oprócz żyrandola. Żadnej rysy, pęknięcia, nierówności. Ale teraz był naprzeciw mnie, z wolna opadał, przytłaczał mnie swoją jednorodnością. Równa płaszczyzna napierała  na mnie. Wyciągnęłam ręce, by go odepchnąć. Nie dawałam rady. Ugięłam ręce w łokciach.

- Nieee!- zaczęłam krzyczeć. Nade mną stała Tonia. Spokojna. Uśmiechnięta.

- Aleś się załatwiła! – powiedziała łagodnie. Przyłożyła dłoń do mojego czoła.- Już jedzie karetka. Cholera! temperatura w ogóle nie spada.

Patrzyłam w jej oczy. Byłam jej tak bardzo wdzięczna, że jest. Nagle poczułam się jak dziecko- chora, bezbronna, wymagająca opieki. Tonia głaskała mnie po twarzy. Dobra Tonia. Matka Teresa. Samarytanka. Było mi zwyczajnie dobrze. Zapomniałam już, jak to być pod czyjąś opieką. Nawet podobało mi się to, że ktoś za mnie coś robi, że nie muszę być silna i niezależna.

                Przyjechał lekarz. Był młody i przystojny.  Rzucił okiem w moim kierunku.

- Możecie iść – zwrócił się do jednego z sanitariuszy. – Nosze nie będą potrzebne. Niech tylko Andrzej weźmie z karetki zestaw.

Zdjął z szyi stetoskop.

- No i co to się takiego dzieje – spytał. Ujął mój nadgarstek. Przystąpił do badania.

- Może pani podniesie się troszkę i zdejmie tę koszulkę. Muszę zbadać- poprosił. Był onieśmielony. Odwrócił się do Toni. Wzrokiem dał jej do zrozumienia, żeby opuściła pokój Ale gdzież tam! Tonia udała, że nie rozumie. A ja z jej miny wnioskowałam, że na pewno nie wyjdzie. Usadowiła się  na meblach. I nawet wykonała taki ruch, jakby chciała zapalić papierosa, ale się powstrzymała. Obok stały jej psy- Klara i Aurela i cierpliwie czekały na rozwój wydarzeń. Pewnie do głowy nawet nie przyszło ani jej, ani im, by wyjść.

- Ja to się kurwa mam! Jak nie psy, to ona – byłam chora, ale prychnęłam śmiechem. Cała Tonia. Ten jej niewyparzony język! I miałam to gdzieś. Sytuacja była zabawna. Skonsternowany lekarz i całkiem swobodna Tonia.

- Hmm, hmm -  mruczał coś pod nosem coraz bardziej spłoszony. – Musimy przede wszystkim zbić tę temperaturę.

                Pielęgniarz przygotował strzykawkę. Napełnił ją roztworem leku i podał lekarzowi.- Musi pani odkryć pośladek. Zanim przewróciłam się na brzuch, zobaczyłam jeszcze rumieniec na twarzy mężczyzny i głupi uśmiech Toni, która też to zauważyła. Lekarzowi trzęsły się ręce. Nie mogłam pohamować śmiechu. To pewnie przez tę chorobę, bo nagle – jak nie parsknę. Paroksyzm śmiechu niemal wytrącił strzykawkę.

- No proszę pani! – żachnął się lekarz. – To bardzo niepoważne. Tak można złamać igłę! Widzę, że chyba zbyt  pochopnie koleżanka wzywała nas. Bo choroba ustępuje w szalonym tempie. Jakieś cudowne ozdrowienie. Był zły. Wyczułam sarkazm i zrobiło mi się nieswojo. Niczym sztubak przyłapany na durnym żarcie.

- O nie, nie! Ona była nieprzytomna! – próbowała bronić sytuacji Tonia. – O… proszę… - wzięła z półki termometr. – Jeszcze niestrząśnięty. Proszę zobaczyć.  Podkładała lekarzowi termometr pod nos. - Czterdzieści i osiem kresek! Proszę,  proszę – za wszelką ceną próbowała uwiarygodnić słowa. Psy poruszyły się. Klara kiwnęła łbem jakby i ona zamierzała przytaknąć. Zbierałam się w sobie, próbowałam opanować się, ale im bardziej pragnęłam zdławić w sobie rozbawienie, tym bardziej wylatywało ze mnie. Zupełnie pozbawione kontroli. Wewnętrzny śmiech wstrząsał mną. Choroba. Złośliwy chochlik.

                Lekarz dał mi zastrzyk, wypisał receptę, a potem dokładnie wyjaśnił Toni, co i jak ma podać. Kiedy drzwi się za nim zatrzasnęły, wybuchłyśmy z Tonią niepohamowanym śmiechem. Tonia tarzała się po dywanie, ja wiłam się w pościeli. Upocona, obolała, pozbawiona gorsetu sztywniactwa i norm. Tylko psy patrzyły się na nas z głupim wyrazem pyska, nieświadome absurdalności naszego zachowania. Zaśmiewałyśmy się do łez. Niczym nastolatki.

- A widziałaś, jaką miał minę? - Tonia przedrzeźniała lekarza z pogotowia. Wydymała śmiesznie usta, mrużyła oczy, symulowała głos.  Zawiesiła sobie na szyi twoje gumy od ćwiczeń. Zatknęła okulary na czoło. I leciały salwy śmiechu!

- Proszę podnieść koszulkę – trywializowała,  zadzierała swoją bluzkę, pokazując przy tym zapadnięty brzuch.

- Proszę pani! To bardzo niepoważne - i ja naśladowałam młodego lekarza… . I kuliłyśmy się ze śmiechu, przytrzymując brzuchy.

                I choć teraz widzę, że nie było w tym nic śmiesznego, wówczas stanowiło to dla nas jakąś głupią zabawę. Nie pamiętam, żebym kiedyś śmiała się tak, jak wówczas.

Gorączka nie ustępowała, a mnie chciało się palić. Tonia nie zakazywała, nie mędziła. Trzymała mi papierosa, żeby nie wypadł, ale z wyczuciem, bym się nie zakrztusiła dymem. Musiało to wyglądać komicznie i dobrze, że nie widziałeś tego, bo z pewnością zachwiałoby to twoim wyczuciem estetyki.

                Przez  te wszystkie dni Tonia czyniła dobro. Nie opuszczała mnie. Zostawiała mi tylko noce- uśpione z pomocą leków, spokojne. Noce bezmyślne- z początkiem o określonej porze i końcem wytyczonym poranną kawą. Chorowałam i odpoczywałam.  Odkrywałam nieznaną mi prawdę: życie mimo wszystko może być nieskomplikowane.  Ja chorowałam, chyba pierwszy raz tak szczerze i bezkarnie. I byłyśmy tylko my- ja i Tonia. Całe dnie razem! Kiedy zdrowiałam, też przylatywała. Gotowa do służby- sprzątania, gotowania, towarzyszenia. 

To była taka fajna angina. I nie powtórzyła się  nigdy więcej. Tonia …?  Dla niej był to tylko epizod- bez cdn., bez konsekwencji. Dla mnie? Jakiś punkt, powód, pretekst do zmiany, przewartościowań.   A może to tylko szukanie dziury w całym…”