środa, 18 kwietnia 2012

Rodzina, rodzina, rodzina, ach! rodzina...


Rodzina, rodzina, rodzina, ach! rodzina...

            Gdzieś około lutego zapukała do mnie Magda. Otrzepałam ręce, otarłam je o sweter. Miałam wolne i postanowiłam spędzić ten dzień w domu ze szlachetnym zamierzeniem nadrobienia wszelkich zalęgłości … Od jakiegoś czasu nie mogę ogarnąć wszystkiego, wiele spraw przelewa mi się przez palce… Wpuściłam ich do domu. W lustrze mignęła mi moja podobizna. Wyglądałam fatalnie – wyciągnięty, domowy sweter, długie getry, bez makijażu. Obraz nędzy i rozpaczy! Za nią stał mężczyzna. Znaliśmy się tyle o ile. I z nią, i z nim…
     Od dawna bowiem zajęci swoimi sprawami, swoimi pracami, dziećmi, mnożeniem majątków, zdobywaniem wykształcenia niekoniecznie przywiązywaliśmy wagę do utrzymywania więzi rodzinnych.
Kiedyś. Tak kiedyś… Może… ale to było tak odległe, że czasem miałam wrażenie, że wszystko sobie wymyśliłam, że to taka konfabulacja, bo przecież człowiek musi mieć jakąś genealogię… Musi! Wszak sroce spod ogona nie wypadł! – Tak powiadała moja babcia… właśnie babcia… Czasami pojawia się we wspomnieniach, ale zaraz znika wypierana przez wszystkie aktualne i  a s b o l u t n i e  ważne sprawy, od których zależy wszelkie być i mieć.

            Tak więc kiedyś tam kiedyś były imieniny ciotki Kunegundy, rocznica ciotki Julii, wszelkie komunie, (bo chrzcin nie pamiętam… wszyscy byliśmy w podobnym wieku).
I wakacje u wuja Wiesia. Pachnące macierzanką i miętą, o smaku chłodnika z bławatków,  stojącego w słoju na oknie po północnej stronie domu, chłodnika – o niemal przezroczystej barwie, w którym gdzieniegdzie pływały drobne niebieskie poszarpane płatki  chabrów.  Niczym innym nie można było tak absolutnie ugasić pragnienia jak właśnie nim! Przez to okno co rano wdychałam zapach siana niesiony z pól rozciągających się tuż za  zabudowaniami gospodarskimi. Przez to okno- niziutko, tuż przy samej ziemi nieraz wychodziłam rankiem i brodząc po mokrej od rosy trawie, śpiewałam na całe gardło „Mołdawiankę”, zasłyszaną od innego wujka lub „Harmonistę”. I zaraz przyłączał się wuj Wiesio z akordeonem i ciotka wynurzała się z letniej kuchni, w której parowały się ziemniaki dla zwierząt. A potem wylatywało całe kuzynostwo – mała Anka i Grzesiek i starsi kuzynowie, którzy z zachwytem przysłuchiwali się naszemu porannemu koncertowi.
    Domy moich rodziców, domy dziadków, domy ciotek i wujów pękały w szwach, ale dla każdego znalazło się miejsce…, choćby i na rozłożonych, przytarganych ze strychów piernatach – pochowanych, zastąpionych przez wersalki i modne sofy, czy niechby i na samym sianie w stodole, dokąd wchodziło się po drewnianej drabinie i skąd roztaczał się widok niemal na całą wieś.
        A potem kuzynki porosły powychodziły za mąż, kuzynowie pożenili się często gdzieś daleko…, poosiadali w różnych miejscach, zajęci swoimi sprawami, swoimi pracami, dziećmi, mnożeniem majątków, zdobywaniem wykształcenia…
Jeszcze czasem spotykaliśmy. Czasem, czasem… Głównie na głównej alejce cmentarza w samo Wszystkich Świętych albo tuż około niego… Zdawkowe „co słychać.?”, „co u was?”, krótka prezentacja dzieci, których imion nikt już nie sili się spamiętać…I pytania dzieci:
- A kto to był?
- A jak się nazywa?
- A co robi?
      Niekiedy objawiałam im wszelkie koligacje rodzinne, tłumacząc, że to jest mój kuzyn, czyli mojego taty najstarszego brata syn albo jeszcze inne zawiłe powiązania. Tak czy siak po jakimś czasie moje dzieci i tak zupełnie straciły rachubę, kto jest kim, z czyjej strony, kto synem starszego siostry, czy córka młodszego brata, a kto jeszcze żoną czy mężem takowej.
    Wracamy do swych zamkniętych kręgów, hermetycznych, stroniących od świata, który pozostaje tuż za drzwiami.  
A tu nagle Magda!
- Ciociu! Chcieliśmy was zaprosić na nasz ślub. I wesele. Oczywiście!.
Z niekłamanym wzruszeniem przewracam czerwony kartonik ze złoconym nadrukiem, na nim dwie złocone obrączki, a w środku moje imię… Nie żadna tak Iwona, ale Małgorzata… - ta swojska, rodzinna, której nikt nie znał jako oficjalnej Iwony.
- Przyjdziemy! – śpieszę z odpowiedzią i zaraz też dodaję. – Nie  będę dzwonić z potwierdzeniem. Będziemy na pewno. Na pewno!- gorliwie zapewniam.
I ściskamy się, i całujemy… i żegnamy: „To do wesela!”
      Im bliżej wesela tym raz po raz nieoczekiwanie łapię się na tym, że  częściej myślę o nim, coraz też częściej opowiadam o niej - o Magdzie, jej matce, ciotce,  wracam myślami do jej babci – Kunegundy, a opowieść o poplątanych losach wujka,czyli Magdy dziadku – jego wojennej tułaczce, jego żołnierskiej wędrówce staje się tematem moich wieczornych rozmów z moją rodziną. I nagle wracają mi w pamięci wszystkie dzieci ciotki Kunegundy i historie z dzieciństwa, i miejsca, i zapachy domu, i kolory ścian, i widok za oknem na niewielki skwer, na którego miejscu potem wybudowano pawilon handlowy ZURiT.

            Młoda para, jak przystało na młodą parę wygląda pięknie i, patrząc na nich, przywołuję wspomnienia z mojego ślubu, odległe, ale wciąż żywe  i ważne. Pod kościołem tłum ludzi. Usiłuję namierzyć kogoś znajomego, kto zaświadczyłby niejako, że moja tu obecność to nie żaden przypadek, że ja tu jestem jako Rodzina. Dyskretnie przesuwam się do Młodych, by im pożyczyć, pozostawiając tym samym innych gdzieś w tyle. Witam się w międzyczasie z kuzynkami, ich dziećmi, wnukami, wymieniamy się imionami, całujemy, ściskamy – anonsom zdaje się nie mieć końca.

Wreszcie docieramy na salę weselną. Ekskluzywny hotel, winietki na stole. Znajduję nasze imiona i nazwisko. Siadamy. Naprzeciw nas Krysia z mężem, tuż obok Mira i Maciek, po drugiej stronie – Ania i jej mąż… i kolejna kuzynka z mężem, i dzieci, i wnuki. Tworzymy rodzinę.
Początkowo jest nieco sztywno i sztucznie,  rozmowy się nie kleją, padają krótkie zdania i brak pomysłu na następne. Nagle wpada mój synek i oznajmia mi, że poznał kuzyna, i jeszcze drugiego, i kuzynkę. Wesele się rozkręca. Wszyscy się bawią. Jest fantastycznie.
     Nagle poczułam taki silny zew krwi, przerwało wszelkie tamy, poczułam ową więź. Tańczymy, uśmiechając się do siebie, jedna woła drugą. Chwytamy się za ręce, pląsamy w rytm i poza rytmem, cmokamy się i ściskamy… W przerwie łatamy luki w naszych życiorysach. Opowiadamy o sobie, wspominamy babki, ciotki… Jest cudnie!
- Ależ ty jesteś podobna do ciotki! – rzuca nagle Krysia
- Ja? Nie. Ja jestem wypisz- wymaluj mama! - trochę się obruszam, bo ciotka była jakaś troche duża i wciąz się kiwała, z czego jako dziecki śmialiśmy się po kątach.
- A gdzież tam! – włącza się do rozmowy Mira. – Cała Jula! Jak Boga kocham! Ty jesteś nasza! Ciepłoszczanka!
A ja pękam z dumy. Bo oto poczułam się przynależna do rodziny, chociaż żadna z moich kuzynek (może poza Anką) nie nosi rysów Ciepłoszczanek.
     Zabawa trwa do rana. Nagle  wydaje mi się, że nie słyszę niczego poza: ciociu, ciociu, siostra, siostra…
Wracam do domu nad ranem. Jestem zmęczona. Staram się zasnąć, ale jeszcze po powiekami przelatuje mi weselny korowód moich krewnych.


„ Jak to dobrze, że nie jestem samotną wyspą! Że nie wypadłam sroce spod ogona!” – myślę sobie, spoglądając na zdjęcie Ryśka…