wtorek, 10 kwietnia 2012

Święta, święta i po świętach….


Święta, święta i po świętach….

           

            Nie było playlisty. Nie było pomysłu i też okoliczność tych świąt niekoniecznie pozwalała na to. Przesilenie wiosenne odebrało mi siły…

A może zwyczajnie nie umiałam w sobie znaleźć motywacji… Za oknem szaro- buro, wiatr hula po niewybudzonych po zimie gałęziach, ledwie pokrytych zieloną patyną.  I jak każde święta  nachodzi mnie refleksja…

            Gdzieś tam w umyśle kołaczą się wspomnienia. Te najwcześniejsze z dzieciństwa, gdy czekało się na Wielkanoc, bo to po pierwsze: wszystko nowe było: nowa sukienka i podkolanówki w ażurowy wzór i sandałki, (składałam w pobożnym życzeniu ręce, co by tylko nie padało i żebym mogła jej założyć). Raz po raz zaglądałam w szafy i niemal z pietyzmem głaskałam te spódniczki, sweterki, nie mogąc się doczekać Wielkiej Niedzieli,  by wdziać to wszystko. I choć nie bardzo wówczas wiedziałam, co to jest Triduum Paschalne ( teraz też wiem niewiele więcej mimo mądrości i wieku), choć nie bardzo zagłębiałam się w tajemnice Zmartwychwstania,  to jakoś zupełnie intuicyjnie czułam, że to wielka chwila i znajdowałam uzasadnienie dla tych nowych ciuszków, dla tego krzątania przedświątecznego, dla nerwów z powodu piętrzących się prac, obowiązków… Jakże cieszyć się z Jego Zmartwychwstania, jak pokazać ową radość, bez tych może powierzchownych, może nawet trywialnych znaków, to wszakże też wyróżnia zdarzenia nadzwyczajne.

Rano, zaraz po Rezurekcjach wyjazd do babci. Pociągiem a nierzadko taksówką. Paradnie!  W tych nowych podkolanówkach, w tej bluzce z żabotem i falbankami przy rękawach i tych sandałkach prześlicznych z przynitowanym srebrem kwiatkiem. Tam rwetes i zamieszanie. I wszystko pięknie i uroczyście. I jajek kopce, i święconki w koszyczkach strzeżone przez baranka z cukru. W stołowym pokoju na rok zamykanym na trzy spusty, na dywanie na co dzień przykrytym folią, by się nie brudził, wśród wiszących na ścianach Jezusów Frasobliwych, Matek Boskich i nade wszystko ze spoglądającym groźnie na nas Panem Bogiem zasiadaliśmy do śniadania wśród ogólnego rozbawienia, życzliwości, pokrzykiwań, wśród onego gwaru, bo wszyscy chcieli wiedzieć co u kogo, kto z kim i ogólnie, jak tam bywa. Dziadek rozpoczynał pojedynek na jajka, sobie tylko znanym sposobem łupiąc wszystkich. Pod wieczór wszyscy wylegali przed dom… ten, ów szedł na spacer, ten, ów odpoczywał na górze pod puchatymi zwałami pierzyn, obleczonych w sztywne od ługi powłoki, nasłuchując dochodzących z dworu głosów… Ojciec grał na weltmeistrze stodwudzietce rosyjskie ballady i dancingowe szlagiery… Muzyka szła  przez uliczki i… w niebo… Wszystko miało sens…Wszelkie tautologie miały racje bytu: wiosna była jak wiosna, święta były święte, rodzina – rodzinna. Czas Zmartwychwstania czasem radości.

            A potem wracało się do domu, pozwalając owym podkolanówkom, spódniczkom i sandałkom z przynitowanym srebrem kwiatkiem spowszednieć… W perspektywie, jeszcze odległej, mając kolejne święta…

            A w międzyczasie… ludzie zaczynali znikać z horyzontu: dziadkowie, babcie, wujkowie, a  i …rodzice (choć ich śmierć zdawała się być absolutną abstrakcją…). Pojawiały się kolejne dzieci, które już nigdy nie zobaczą uradowanych oczy Wszystkich Świętych na ścianie w stołowym…ani bordowego dywanu, ani w ogóle nie będą mieć pojęcia, jakie to szczęście było móc tam  świętować, tam, gdzie przez cały rok można było  tylko przez dziurkę od klucza…

Więc skąd mam mieć motywację? Czasy się zmieniły – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi…Nie ma już białych ażurowych podkolanówek ani sandałków z kwiatkiem… Spowszedniały. Coraz pojawiają się nowe w kartonach niemogących się pomieścić na półce. Na dworze szaro- buro… Wszyscy się rozpierzchli, do swoich domów, spraw… Nie wiem, co u kogo, kto z kim…

***

- Może ci pomóc? – zapytała mama, dzwoniąc w zupełnie innej sprawie, ale, gdy usłyszała mój pozbawiony entuzjazmu głos, pomyślała, że może zapyta, że może jestem przemęczona, że może niezdrowa…

- Nie! Nie – rzuciłam szybko,  bo nie tyle nie chciałam jej pomocy, co nie chciałam jej mówić, że nie znajduję  powodów, dla których miałabym się starać…

- To jakby co, zadzwoń. Ja już umyłam okna, zmieniłam firany, poprałam pościel, a  teraz sobie pastuję podłogi – i tyle radości było w jej głosie,  a ja zupełnie nie rozumiałam…



***

- Załóż te nowe buty – powiedział, kiedy poprosiłam, by trochę przetarł moje, bo dzień wcześniej zapomniałam o tym zupełnie. Zapomniałam też o tym, że babcia przestrzegała świętymi słowami, by w „Wielką Niedzielę  szmat żadnych, żelazka, ni szczotki i nożyczek nie imać się, boć to grzech wielki…”

- Przecież to sandałki!           

Pogoda pod psem! W szyby samochodu zacina śnieg. Wysiadamy. Jest nas niemała grupka. My i nasze dzieci! Trochę tego się uzbierało przez lata… Część jeszcze dojedzie! Stoimy rzędem w bocznej nawie kościoła. Z góry spogląda na mnie Zmartwychwstały…Ludzie intonują Zwycięstwo śmierci… A mnie żal…



***



…Przy stole gwarno, trzeba krzesła dostawiać. Ten, ów pokrzykuje. Ten, ów podpytuje, co i jak…

I dzwonek u drzwi… Kolejny ktoś… Syn i synowa…

-Alleluja! Zmartwychwstał Pan! Alleluja!

Z podejrzeniem spoglądam na syna, doszukując się… ironii, sarkazmu…

- No co? – patrzy na mnie zdumiony. – przecież tak się mówi. Co nie?



***

I cóż? Święta, święta i po świętach…





Post scriptum ( dla Halinki, ale oczywiście kto chce, niech czyta”



Halinko! A propos naszej rozmowy



„(…) -Babciu, a dziadek poszedł do nieba, prawda? – zapytała Hania, kiedy Łucja pakowała fotografię do skrzynki zakupioną kiedyś, a która  przez cały czas stała pusta w jej pokoju. Nigdy nie miała pomysłu na nią. A teraz pomyślała, że tam go spakuje i będzie wciąż blisko, na wyciągnięcie ręki, ale pozwoli też odpocząć od siebie.

Dziewczynka wzięła zdjęcie do ręki. Wpatrywała się w nie z ogromną dziecinną uwagą. I tak śmiesznie przekrzywiała główkę jakby chciała zobaczyć, czy pod różnym kątem, oczy dziadka będą wodziły za nią tak samo. A on niczym Madonna patrzył ze zdziwieniem na dziecko.

Łucja zamyśliła się. Rozrzewniło ją pytanie dziewczynki. Ta jednak  cierpliwie czekała na odpowiedź. Z wyrazu twarzy można było wywnioskować, że zapewne nie da jej się wcisnąć czegokolwiek.

- Podaj mi to zdjęcie! Schowamy je.

Wnuczka chwilę przetrzymała je, a potem wolno jak w zwolnionym tempie, w zamierzonej  sekwencji poszczególnych aktów przygotowanych na zapamiętanie, podała Łucji  zdjęcie.

- Wiesz Słońce, myślę, że poszedł do nieba – powiedziała, zamykając wieko zdobytej dawno skrzyni.

- I jest mu tam wygodnie? Przecież tam jest tyle ludzi! – spytała  Hania.

Łucja uśmiechnęła się. Kiedyś też się nad tym zastanawiała. Te same pytania. I żadnej odpowiedzi.

Kartony tworzyły sterty. W jednych było to, co jeszcze trzeba przejrzeć, w innych – do spalenia. Łucja oderwała się na moment od pracy, bowiem w powietrzu zawisło  Hani pytanie.

- Niebo i piekło nie istnieją. Nie ma takich miejsc – zaczęła Łucja, ale mówiła to tak jakby sama do końca nie była przekonana do prawdziwości swoich słów.

Dziewczynka coraz szerszymi oczami patrzyła na Łucję, która zamierzała obalić jej teorię o pięknych aniołach i rogatych diabłach w czarnym piekle. W jej spojrzeniu pojawiło się zwątpienie. Kobieta dostrzegła ten strach. I wyobraziła sobie, jak może się czuć dziecko, którego wszechświat zostaje nagle brutalnie zniszczony. Łucja przypomniała sobie, jak to kiedyś ktoś wyśmiał ją, kiedy płakała z rozczarowania, bo Mikołaj nie przyniósł jej tego, co chciała, chociaż była taka grzeczna i tak bardzo liczyła na jego sprawiedliwość. A tu okazało się, że Mikołaj jest wielką blagą.

- Bo to jest tylko stan duszy – dodała łagodnie. – Każdy nosi w sobie piekło lub niebo. Zrozumiesz to kiedyś.

Dziewczynka wydęła śmiesznie wargi, bo rzeczywiście  teraz to już absolutnie nic nie rozumiała. Zaraz też pobiegła z kotem, który wynudzony, wyspany postanowił  przespacerować się swoim zwyczajem  się po domu. Swoim domu.

            Łucja wytargała skrzynie i kartony, ułożyła z nich stos. Resztę dokończy jutro.”