środa, 21 marca 2012


Zapiski  szkolne:  Takich jak pani, to tylko zabić…

Koniec świata.  Wychodzę przez rozsuwaną bramę wiodącą z placu przykościelnego wprost na ulicę. Ruch niewielki, bowiem droga nieszczególnie uczęszczana. Po lewej stronie pobudowały się firmy. Dalej za nimi majaczą porośnięte  dziką, nieujarzmione przez człowieka, dawne tereny stacji kolejowej – wtórnie dziewicze. Częstokroć dają schronienie drobnym pijaczkom, bezdomnym, którzy na pozostałościach po dawnych trapach ucztują sobie, schowani przed  karcącymi spojrzeniami szanowanych obywateli miasta. Unoszę głowę w górę, wodząc po niebieskawym niebie w poszukiwaniu wron, bo wciąż słyszałam, że „szkoła jest  na końcu ulicy, tam, gdzie wrony zawracają”. Nie widzę żadnych wron, za to co chwilę pojawiają się stada ptaków wszelakiej maści, lecących daleko za „koniec świata”. Tam, gdzie rozpłaszczyły się leniwie w krajobrazie rozległe stawy, o nieregularnych kształtach, z porośniętymi tatarakiem brzegami, w którym pokrywały się całe pokolenia dzikich kaczek krzyżówek, czernic, dwuczubych perkoz i mew śmieszek, które zapewne chowają łebki w skrzydła i śmieją się ze mnie do rozpuku, że mnie  tu wywiało…. Za ostatnim domkiem – symbolem przeszłej epoki – kanciastym, zastygłym w czasie przeszłym wchodzę na teren ośrodka. To już mój któryś raz. Już jestem trochę przygotowana, nie taka saute. Już  cokolwiek mam wyobrażenie….

Na dzisiaj przygotowałam sobie ot! taki delikatny  temat o wartościach. Sam temat miał dotyczyć Biblii, ale wiedziałam, że muszę to jakoś zawoalować, bo zaraz bym mogła usłyszeć:

- A co mi tu pani będzie pieprzyć o religii! Co to pani ksiądz?!

Toteż powoli zaczynam o tym, co jest ważne dla nich, dla ich rodziców…

- Jak to co jest ważne? – pyta  Adaś zaczepnie. Pyta, ale nie po to, by mu powiedzieć. Bo on wie!

- Szmal! No nie – i patrzy, czy na niego patrzą. A patrzą. I kiwają głowami. Bo to oczywiste. Szmal!

- Bez szmalu, to jesteś śmieć! – wyrokuje któryś.

- Jasne! – mówię. I nawet podoba mi się ten kierunek  owego „dyskursu filozoficzno- etycznego”, bo tu zaraz będę  mogła płynnie, metodycznie przejść do wartości pracy, nauki… po drodze zahaczę o sumienność, uczciwość, nie omieszkam napomnieć o sprawiedliwości,  może jeszcze uda się o godności i szacunku do innych…

Temperatura w klasie rośnie. Podają sobie różne dykteryjki o tych, co mają szmal i też o tych, co go nie mają. Co niektórzy roztaczają wizję siebie jako bogatego baszy. Oj! Ten to by wiedział, co z kasą robić: piwko rano, fajeczka, kilka „dupeczek” dla rozrywki, trawki, srawki i inne rzeczy…. Oj! ale by było! A  samochód! A telefon. A komputer- Full wypas! Któryś mówi:

- Ja to bym sobie nakupował hot – dogów, burgerów! – i wzdycha przy tym, przymykając oczy i wysuwając usta … jakby rzeczywiście poczuł ten smak…

 I już się cieszę, już widzę, jak zaraz dzięki swojej elokwencji,  fantazji „odkryję przed nimi wartość Pracy” ( choćby tylko to na początek). Naraz jedna z moich Meduz, rzuca ni stąd, ni zowąd:

- A po co to robić? Jak można… – spogląda  znacząco na wszystkich, uśmiechając się kącikiem ust, i mrużąc znacząco oczy. Na niektórych twarzach ukazuje się uśmiech, znaczący tyle mniej więcej , co „A wiem! O czym myślisz? Joo!” – i już łączą  się spojrzeniami, uniesionymi w górę kciukami. Solidarnie. Po jednej linii! Po myśli!

Patrzę wyczekująco. Moja Meduza mówi nieco ściszonym tonem:

- Jak można… capcarap….

Staję wyprostowana, nie kryjąc oburzenia:

- Ale jak to?! Jak można!? To do więzienia!? Za kraty! I po marzeniach o skórze, furze… i komórze…

I tu  oczywisty sposób ponosi mnie o wolności…

Meduza przerywa bezceremonialnie moją tyradę, nacechowaną emocjonalnie i stwierdza, oparłszy się niedbale o ławkę, nogę obutą w markowe „trzewiki”  zdobyte  bez pracy,zarzuciwszy na drugie krzesło:

- Bo zamykać to się powinno tylko za śmierć!

Dumam chwilę, bo nie łapię, ale po chwili refleksu pytam:

-A za kradzież?

Meduza patrzy na mnie wzrokiem totalnie niezrozumiałym. Powoli jego wzrok przenosi się na mój zegarek ( fajny złoty zegarek – prezent o Krzysztofa z ważnej okazji). Trochę parzy mnie jego spojrzenie, ale daję radę.

Za kradzież! – nieco spowolniale powtarza za mną oburzony Meduza. – Przecież… ( tu zaczyna się jego wykład) gdybym go ukradł, i gdyby mnie złapali, to bym odpracował. No nie! A pani by mnie za to zamknęła?

- No tak – powiadam.

- Ale dlaczego? Przecież mówię, że gdyby mnie złapali, to bym, odpracował!

W spojrzeniu Meduzy czają się ogniki złości

Zasysam powietrze. Czeka mnie trudna przeprawa. Więc konstruuję na miejscu opowieść:

„Wyobraź sobie, moja Meduzo kochana, że ten oto zegarek (tu demonstruję całą urodę owego wycyzelowanego drobiazgu) był przedmiotem moich marzeń. I oto, cała rodzina starała się, by mi w tym względzie dogodzić, i odmawiała sobie wszystkiego, i rezygnowała z własnych marzeń, i….( można tu oczywiście wymyślać różne rzeczy. Mniejsza!). Nagle ty miałbyś zwinąć mi ten zegarek. MÓJ ZEGAREK!!! I nic?

Meduza spojrzała coraz mniej pokojowo.

- Ale… Jak by mnie złapali, to przecież mówię – tu podniósł głos – że bym odpracował. To o co pani chodzi!

- Bo to jest, do cholery MÓJ ZEGAREK!  I wara ci od niego!

( nie powinnam tak mówić – jestem pedagogiem)

A Meduza nie popuszcza:

- I zamknęłaby mnie pani?

Ja też nie popuszczam  i mówię:

-Tak!

Meduza przygotowuje swoje parzydełka, robi się czerwona ze złości i syczy w moją stronę:

- TAKICH JAK PANI, TO TYLKO ZABIĆ…

                9.40. Lekcja się skończyła. Wychodzę z klasy. Z  okien pokoju nauczycielskiego, co to poza tablicą ogłoszeń, nie ma nic w sobie z innych pokoi  nauczycielskich rozpościera się widok na zdziczałe tereny niegdysiejszej stacji kolejowej….

( a swoją drogą fajny tytuł i temat książki)