poniedziałek, 12 marca 2012

Każdemu trzeba dać szansę… Piękne i jakie wspaniałomyślne!- tekst dla ludzi o silnych nerwach i niskiej wrażliwości estetycznej


Każdemu trzeba dać szansę… Piękne i jakie wspaniałomyślne!

„A ja nie wiem i nie wiem i tego się trzymam jak zbawiennej poręczy” – pozwalam sobie na Szymborską… Tylko, że ona pisała te słowa w odniesieniu do poezji, czyli czegoś tak dalekiego od codziennego życia, a bliskiego ludziom, dla których poszukiwanie odpowiedzi na ontologiczne pytania współczesnego człowieka staje się sensem życia i żródłem wszelkich działań, dla człowieka poszukującego wiedzy o sobie samym i własnym losie. Pisała tu o poezji, która stanowi wartość dla człowieka oczekującego od życia czegoś znacznie więcej niż tylko zaspakajanie prymarnych potrzeb...  Prozaicznych i trywialnych...Ja zaś idąc za słowami poetki, chcę zupełnie zboczyć z owych bardzo wysublimowanych i rozintelektualizowanych dywagacji i zejść na ziemię (w zasadzie łupnąć o nią, by walnąć się w ten mój pusty łeb i wpuścić doń nieco rozsądku). Nawbijano mi, sama też sobie dokładałam, że każdy zasługuje na szansę, że ludzie mają prawo błądzić, mylić się, zawracać i wciąż, i wciąż próbować.  

Dygresja:

Kiedyś usłyszałam przypowieść o meduzie. Pozwolę sobie:

Otóż :

Brzegiem morza szedł mężczyzna, który zbierał  z brzegu i wrzucał do morza wyrzucone przez fale meduzy. Parzyły palce, raniły boleśnie, lecz on pochylał się i garściami chwytał kolejne.

Naprzeciw szedł inny. Zapytał:

- Po co pan to robi? Przecież ich jest tysiące tysięcy. Wszystkich i tak pan nie uratuje.

Mężczyzna trzymając jedną na ręku, spojrzał na przybysza i odrzekł:

- Tak. Wiem, ale dla tej jednej to jest ważne.

Tak więc ja też, urzeczona mądrością, logiką wywodu i szlachetnością postępowania weszłam do klasy. A niech sobie inni gadają, niechaj drwią pod nosem i sarkają za plecami. Poszukam swoich meduz!

Zaczynam z grubej rury. O tradycji i kulturze, o potrzebie poszukiwania własnych korzeni…

Przez klasę przechodzi pomruk:

- Co ona piedroli.

Mityguje ktoś inny:

- Zamknij p…dę!

Robi się zamieszanie. Padają coraz to bardziej siarczyste zwroty i frazeologizmy, których zupełnie nie rozumiem.

„- Szmato!”„- Co zdziro!” – rozmawiają ze sobą dwie panny. Oddycham z ulgą, bo myślałam że to do mnie.

Jednemu zachciało się… splunąć. Natychmiast! Więc zaciąga z głębi trzewi i odchylając głowę w tył, pozbywa się dokuczliwych złogów tuż pod kaloryferem.

Biorę głębszy oddech.  I dalej.Dobieram wyrazy. Nie mądruję się. Zależy mi na meduzach.

W jednym kącie grają w karty, w drugim chłopak prowadzi ożywioną rozmowę przez telefon. Któryś leży na ławce zakryty kapturem, dziewczyny totalnie mnie ignorują, nie kryjąc swej pogardy i złości, że przeszkadzam im w konwersacji.

Mnie ponosi… fantazja i wizja misji..

Mówię o kulturze, opowiadam ciekawostki o satyrycznym, erotycznym, kontrowersyjnym zabarwieniu…( pewna autentyczna historia, która przydarzyła mi się we Francji – dla tego teksu jej sedno nie ma żadnego znaczenia).

Oho! Przez chwilę spojrzenia są skierowane na mnie. Co niektórzy rozparli się na krześle, rzucają pytania. Jeden nawet zapytał, czy lubię seks. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Końcówka lekcji mija. Wychodzę. Prawie pozytywnie zbudowana. Między dwoma budynkami stoi grupka.

-Au revoir   – rzuca jeden (widać spodobało mu się to słowo)

- Spierdalaj – słyszę od drugiego.



To pewnie moja meduza…

Z czasem o moich meduzach. (Mam bardzo już poparzone ręce…)