sobota, 4 lutego 2012

Z doskoku

 Od dawna  ( a przynajmniej ja nie pamiętam) zima nie zaskoczyła. Zjawiła się nieco później, najpierw strasząc mrozem, a w końcu sypnęło śniegiem. Nikt nie wyklinał, nie było sensacji w telewizji. Służby drogowe sprężyły się i już w wczesnego ranka odśnieżyły, co trzeba odśnieżyć, posypały solą, czy piaskiem co tego wymagało. Poprzestawiałam swoje zajęcia,  niektóre musiałam sobie odpuścić i poszłam z moim synkiem na spacer. Mróz szczypał gdzie popadło, śnieg prószył i skrzypiał pod butami, świat błyszczał w milionach drobin. Ciągnęłam sanki, na których siedział uszczęśliwiony Marcel i po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, że świat naprawdę jest piękny. Pod śniegiem zostały wszelkie brudy. Mijałam ludzi, którzy uśmiechali się do mnie i nie dopuściłam myśli, że mogłoby być inaczej i np. śmieją się ze mnie. Na promenadzie przy jeziorze co chwilę ktoś przystawał, spoglądając na jezioro tonące w promieniach słońca. Tylko rozkrzyczane kaczki, łyski i łabędzie nieme pływały w wodzie – niezupełnie niezadowolone z ograniczonej przestrzeni…
Świat jakby spowolnił… Chuchając w dłonie – na przemian raz w jedną, raz w drugą, wróciłam do domu – szczęśliwa, że wszystko wraca do normy, że istnieje ład ponad przyziemnymi rzeczami – zima  jest zimą, mróz czerwieni policzki, śnieg skrzy się cudnie… , a za chwilę będzie wiosna...

To był kolejny „dobry dzień”…


Rozgrzałam się gorącą herbatą i moją ukochaną Cesarią.








Zmarzniętym dedykuję


http://www.youtube.com/watch?v=S70URTg6CDo