piątek, 24 lutego 2012

Historia, która mi się przydarzyła… ( de facto)


Historia, która mi się przydarzyła… ( de facto)

             Wierzę w predestynację, zrządzenie losu, w życie zapisane w gwiazdach i  niezłomność praw biologicznych i dlatego, a może mimo to, nie bawię się we wróżby, nie czytam z fusów, nie studiuję astrologii, choć czasem lubię czytywać horoskopy, ale bardziej pod kątem tego co było, niż tego, co ma się wydarzyć. Może też i to  niejako sprawia, że, kiedy nadchodzi złe, to jakoś to znoszę, mając świadomość, że tak czy siak było mi pisane. Bywało, że tarmosiłam się z życiem, ale ono i tak toczyło się, częstokroć dalekie od moich zamysłów  i oczekiwań… Tym to sposobem przedzierzgnęłam się, nie wiedzieć kiedy w jakąś pseudostoiczkę, nieprzeciwstawiającą się woli pneumy. I dobrze, i źle… Sama nie wiem… Dobrze, bo uchroniło mnie to przed wydawaniem pieniędzy na: losy, toto-lotki, na wysyłanie kuponów,  kodów, na kupowanie pięciu takich samych par skarpet w  norweski deseń…
Ale raz mnie wzięło.
              Mówią: „diabeł podkusił”. I wzięłam udział w konkursie. Z moim mniemaniem i nastawieniem! Wzięłam. (Tak po cichu, by mnie nie wyśmiano – wszak  moja deklaracja godzenia się z losem i nieulegania „afektom” była dość jednoznaczna i kategoryczna).
            Wysłałam „Tonię” na konkurs, wysłałam i do wydawnictwa NR.
W maju bodajże „Tonia” ukazała się w zapowiedziach. Ogłoszenie wyników konkursu zaraz potem. Napisałam więc maila do wydawnictwa. Jednego – z prośbą o wycofanie z konkursu. Drugiego – pokornie wyjaśniając, że taki regulamin, takie umowy z wydawnictwem… Tak bywa! Brak doświadczeń, brak merytorycznych doradców… Były i zwrotne maile. Uczciwe! Bez żadnej sugestii. ( Chwała owemu wydawnictwu za to)
W czerwcu „Tonia” się ukazała… I jest… wiedzie swój skromny żywot…
Nie to wszakże jest tematem tego mojego wpisu…

            Otóż …( jestem specjalistką opowiadań szkatułkowych, toteż otwieram kolejną…)

Skończyłam kolejną powieść „Drugie piętro” i wysyłałam gdzie się da. (Niestety, to ja wciąż pukam, a nie do mnie pukają.)
I dostaję telefon… Pani – głos miły, młody, bardzo przyjemny – mówi i mówi... ale Pani nie mówi o mojej nowej propozycji, nawet nie o innych wcześniej wysyłanych… Pani mówi o „Toni”, mojej „Toni”!!!
I co? I Pani mówi, że to „Tonia” miała Pierwsze miejsce w konkursie! Że nie przyznano pierwszego, bo było ono dla „Toni”!
A ja wycofałam… Wycofałam, bo nie mam doświadczenia, bo podpisałam umowę, bo jestem cholernie lojalna, bo … przecież wierzę w predestynację i te inne…
       Siedzę  i przeglądam strony w Internecie, te o książkach, autorkach, szukam, czekam… I wciąż natykam się na ów konkurs i jego laureatów… I sobie myślę: „Małgośka! Głupia ty! Oj głupia!”

***

Ps.

Pierwsze primo:
- Byłam u wróżki. Powiedziała mi: „Dziewczyno! Zaczęłaś wszystko w „dziewiątce”. W „dziewiątce” wszystko się kończy, a  nie zaczyna…
Drugie primo:
- Po cichu wiem, że to ja jestem ową zwyciężczynią…
Trzecie primo:
- Jest to najprawdziwsza prawda, choć  nie mogę użyć nazw
Czwarte primo:
- Tak czy inaczej będę pisać( teraz piszę „Matka i córka”, potem „Opowieści Delfiny”, jeszcze potem „ Z drugim sercem”, a potem… - co mi będzie dane)



Napisałam dawno temu, a teraz pasuje

***

Wyrok twój niech spadnie na mnie nagle

Tylko pozwól mi dokończyć ten taniec
w dziwnym rytmie.

I niech tańczy ze mną cały świat
choć przez krótki takt.

Roztańczona krew w moich żyłach
wirujące obrazy- miraże
przez tę jedną chwile niech trwają.

A kiedy pojawisz się już Nemezis
wyrok twój przyjmę z pokorą.



 I na koniec!

Przyrzekam! Absolutny! Kolejna dygresja: moja ukochana Cesaria w moim wieku zrobiła spektakularna karierę… Może coś w tym jest ( J)



A ja  jak zwykle dotrwałym do końca, dedykuję






(każdy powinien mieć swoje Cape Verde)