środa, 1 lutego 2012

Szymborska i ja....





Obejrzałam się podobno z ciekawości.
Ale prócz ciekawości mogłam mieć inne powody.
Obejrzałam się z żalu za miską ze srebra.
Przez nieuwagę - wiążąc rzemyk u sandała.
Aby nie patrzeć dłużej w sprawiedliwy kark
męża mojego, Lota.
Z nagłej pewności, że gdybym umarła,
nawet by nie przystanął.
Z nieposłuszeństwa pokornych.
W nadsłuchiwaniu pogoni
Tknięta ciszą, w nadziei, że Bóg się rozmyślił.
Dwie nasze córki znikały już za szczytem wzgórza.
Poczułam w sobie starość. Oddalenie.
Czczość wędrowania. Senność.
Obejrzałam się kładąc na ziemi tobołek.
Obejrzałam się z trwogi, gdzie uczynić krok.
Na mojej ścieżce zjawiły się węże,
pająki, myszy polne i pisklęta sępów.
Już ani dobre, ani złe - po prostu wszystko, co żyło,
pełzało i skakało w gromadnym popłochu.
Obejrzałam się z osamotnienia.
Ze wstydu, że uciekam chyłkiem.
Z chęci krzyku, powrotu.
Albo wtedy dopiero, gdy zerwał się wiatr,
rozwiązał włosy moje i suknię zadarł do góry.
Miałam wrażenie, że widzą to z murów Sodomy
i wybuchają gromkim śmiechem, raz i jeszcze raz.
Obejrzałam się z gniewu.
Aby nasycić się ich wielką zgubą.
Obejrzałam się z wszystkich podanych wyżej powodów
Obejrzałam się bez własnej woli.
Tylko głaz obrócił się, warcząc pode mną.
Szczelina raptownie odcięła mi drogę.

Na brzegu dreptał chomik wspięty na dwóch łapkach.

Wówczas to oboje spojrzeliśmy wstecz.

Nie, nie. Ja biegłam dalej,

czołgałam się i wzlatywałam,
dopóki ciemność nie runęła z nieba,
a z nią gorący żwir i martwe ptaki.
Z braku tchu wielokrotnie okręcałam się.

Kto mógłby to zobaczyć, myślałby, że tańczę.

Nie wykluczone, że oczy miałam otwarte.
Możliwe, że upadłam twarzą zwróconą ku miastu.



Szymborska umarła! Taka jest kolej rzeczy – chciałoby  się rzec. Umarli również inni wielcy na przestrzeni wieków… i nikt szczególnie się nimi nie zajmował. No nie! Ale Wisława Szymborska umarła teraz.  Teraz, kiedy los uczynił mnie świadkiem dziejących się zdarzeń. Umarła w moim czasie. I widać nie przeszła obojętnie, skoro ja – mały,  żuczek „jestem kim jestem/ niepojęty przypadek/jak każdy przypadek/ i  ja osobliwie odczuwam fakt jej odejścia. Gdybym powiedziała: „ od zawsze Szymborska stanowiła dla mnie niedościgniony wzór cnót wszelkich, ideał pisarskich dokonań itd”- skłamałabym. Wiedziałam, że jest i tyle! Podobnie jak Miłosz… Zawsze- to był ze mną mój ukochany Herbert i była też Poświatowska…. Mniejsza teraz o nich…


Szymborską pokochałam dzięki osobie, która , o ironio! zapewne mnie zupełnie nie pamięta


(nie dlatego, że jakowaś ignorantka, czy coś w tym stylu, ale dlatego, że Anka- tak miała na imię- Anka żyła zupełnie w innym wymiarze i być może dla niej taki mgławy i niewyraźny byt jak ja był najnormalniej nieistotny, by sobie nim głowę zaprzątać).


Tak więc owa Anka wyrecytowała Żonę Lota. Ona ją wygrała! Ona była żoną Lota!


Inna w takim momencie rzekłaby: „ Już nigdy po tym nie byłam taka sama”.


I chyba ja nie byłam! Zaczęłam czytać Szymborską. Jak leciało! Chciałam mierzyć się z nią! Idiotka! Ale poprzestałam na szacunku…


Ela – (to moja uczennica) wyrecytowała  „Gawędę o miłości ziemi ojczystej” … Popłakałam się… a przecież nie jestem ckliwa… albo jakaś zagorzała patriotka… ale ilekroć myślę : …bez tej miłości można żyć… mieć serce puste jak orzeszek…” albo słyszę jak Ela spokojnie bez teatralnej egzaltacji mówi: (…) ziemio ojczysta, ziemio jasna, nie będę powalonym drzewem(…)”, to łza mi się toczy bezwiednie po twarzy. I toczy się! Rzeczywiście!


I potem sięgałam do niej, coraz odkrywając bezmierną prostotę i mądrość.  I radość pisania….


A  kiedy ujrzałam ją z w filmie „Chwilami życie bywa znośne”, pomyślałam, że mimo wszystko, mimo zła, nieprawości, mimo klęsk, przemocy, mimo obłudy i falsyfikacji, mimo degrengolady i zbytniego blichtru, mimo szerzącej się tandety i małostkowości… mimo….. jest jeszcze piękny świat… są ludzie i ferowane przez nich prawdy…


Od dziś już nie ma ludzi… ale zostaje pamięć i poezja, i filozofia, i ….


Dobrze jest mieć punkty odniesienia….








Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek


jak każdy przypadek.
Inni przodkowie

mogli być przecież moimi,

a już z innego gniazda

wyfrunęłabym,
już spod innego pnia

wypełzła w łusce.
W garderobie natury

jest kostiumów sporo.

Kostium pająka, mewy, myszy polnej.

Każdy od razu pasuje jak ulał

i noszony jest posłusznie

aż do zdarcia.
Ja też nie wybierałam,

ale nie narrzekam.

Mogłam być kimś

o wiele mniej osobnym.

Kimś z ławicy, mrowiska, brzęczącego roju,


szarpaną wiatrem cząstką krajobrazu.
Kimś dużo mniej szczęśliwym,

hodowanym na futro,

na świąteczny stół,

czymś, co pływa pod szkiełkiem.
Drzewem uwięzłym w ziemi,

do którego zbliża się pożar.
Źdźbłem tratowanym
przez bieg niepojętych wydarzeń.
Typem spod ciemnej gwiazdy,
która dla drugich jaśnieje.

A co, gdybym budziła w ludziach strach,
albo tylko odrazę,
albo tylko litość?
Gdybym się urodziła
nie w tym, co trzeba, plemieniu

i zamykały się przede mną drogi?


Los okazał się dla mnie

jak dotąd łaskawy.

Mogła mi nie być dana
pamięć dobrych chwil.

Mogła mi być odjęta

skłonność do porównań.

Mogłam być sobą - ale bez zdziwienia,

a to by oznaczało,

że kimś całkiem innym.


Post scriptum


Mam w notatkach tekst, który napisałam którejś bezsennej nocy. Tekst jak najbardziej a propos. Muszę to opracować i podam….. Dobranoc. I mam wiersz… „oglądam się” ( jakaś dziwna  asocjacja)