piątek, 17 lutego 2012

Inaczej nie będzie - ostatnia odsłona




II



Stare meble, wiejące kiczem obrazy, stargany wypoczynek... oto i moje królestwo. Kwiaty -  tylko one mi tu nie przeszkadzają. Spoglądam na moją hoję, w zielonym koszu z wikliny, w którym przyniosłeś mi kiedyś cyklameny, wyglądaja ładnie, chociaż pomyślałam, że jest jej tam chyba zbyt ciasno. Kiedy zaczyna kwitnąć, tym swoim słodkim omdlewającym zapachem, wypełnia całą przestrzeń. Lepkie krople nektaru wiszą na płatkach, a gdy spadają na parapet, zawsze czekam na deszcz. Obok stoi też wiklinowa skrzynka, tuż dalej ususzony bukiet róż- dwudziestu- to były najpiękniejsze róże na świecie; czerwone, każda z pietyzmem owinięta sizalem, i jeszcze puzderka z biżuterią, i lusterko od... nie pamiętam od kogo, i ceramiczny niby- kaczor, bongosy... i cały mój skarbiec, z którym przyjdzie mi się rozstać. Nie sądziłam, że jestem taka sentymentalna. Dlaczego miałam nie sądzić? Przecież jestem, jak najbardziej i dlatego wszystko jawi mi się takie skomplikowane.

Rozwidnia się. Nie śpię. Patrzę na ciebie. Śpisz stargany seksem, życiem.             Krzyczysz...chciałabym cię przytulić, poczuć ciebie w sobie. Ale nie umiem, już nie. Poczułam, ale....Oboje szliśmy ku nocy spełnienia i z pewnością, nie było w tym żarliwej miłości, a bardziej trywialne zaspokojenie, które ludziom z takim wspólnym stażem już przynależy. Wchodziłeś we mnie gwałtownie i milcząco, sapałeś, jęczałeś, twoje dłonie chaotycznie pełzały po moim ciele. Jedyny szept wydobyłeś z siebie, kiedy czułeś, że zbliża się erekcja, a ty nie kupiłeś gumek z siebie:

-Można do końca?- ale ani twoje oczy, ani twoje ciało....wszystko było odległe...

A ja liczyłam w myślach...13? 14? ... w sumie dopiero co skończyłam okres. Tak rzadko się kochamy, twoje stresy, moje zajęcia. Chciałam być dobra, głupie to, ale po prostu dobra, żeby ci było dobrze, żebyś poczuł tę rozkosz, o której ja chyba jednak nie bardzo mam wyobrażenie.

-Boję się, ale chyba można....- rękoma zakrywałam oczy, z których cichutko sunęły  łzy, bo znów wiedziałam, że to znów nie to. Nie chciałam wiedzieć, czy patrzysz na mnie. Wolałam w tej przez siebie stworzonej mroczni, widzieć siebie gładką, z idealnie wymodelowanym kształtami, o lśniącej skórze....bez żadnych fałdek, tylko kości miednicy wystające jak u modelek. codziennie oglądam się w lustrze i z szaloną desperacją wypatruję kulek na ramionach, żeby tylko były, bo znowu musiałabym walczyć z następna dietą.

A potem poczułam ciepło rozlewające się wewnątrz mnie i już było po... .chwilę poleżałam, ręka zupełnie bezwiednie osunęła się na podbrzusze, jakbym czekała na ciąg dalszy. W ciemności poszukałam koszulki, a potem poszłam do łazienki. Musiałam wziąć natrysk. Chłodna woda zalewała mi twarz. Płakałam, znów płakałam .Zimno. Otuliłam się ręcznikiem, zapaliłam papierosa. „I jak ty wyglądasz? Żałośnie!”.-To nie ty, choć pewnie miałbyś prawo tak powiedzieć. Z lustra patrzyła na mnie twarz kobiety. Czy brzydka? Chyba nie, jeszcze nie, ale zbyt opatrzona, bym mogła obiektywnie to ocenić

Ty już spałeś. Zaspokojony. Uspokojony. Wsunęłam się pod kołdrę. Coś tam mruknąłeś pod nosem. Tak bardzo pragnęłam, by obudziło cię moje chlipanie. Żebyś zaczął krzyczeć, że nie daję ci spać... ale żebyś nie leżał taki spokojny, że sprawdziłeś się po raz następny.

Nie mogę zasnąć na mokrej poduszce. Śni mi się  winda, deszcz, góry... collage.





III



-Jędrek! Wstawaj! Spóźnisz się! Słyszysz!- twoja komórka pika bezlitośnie.

Patrzę w okna. Piękne słońce. W świeczniku rozproszyło się światło, nadając mu wygląd niemal magiczny. Widzę stary orzech, o tej porze roku utopiony w zieleni. Chcę tak leżeć.

To następny dzień bez ciebie i ta sama bolesna świadomość: Ty nie żyjesz. Czuję ten sam ból, co przed trzema laty, dziwny, zabierający mi oddech, nie umiem go  zlokalizować- czy to serce, czy żołądek,  boli, boli tak strasznie, że wciąż nie wiem, na ile umiem żyć dalej. Nie daję sobie szansy, by  przytłumiło się, przygasło. Kiedy przestanę liczyć tygodnie, dni, godziny? 123, 124 125 tygodni....Zwariuję, zwariuje, zwariuję.... dlaczego nie pomagają mi powiastki o płaszczaku? Tłumaczyłam mamie o nieuchronności śmierci. Mówiłam; „To od nas nie zależy. I nieważne czy wilkakora była zbyt krótko podawana! Późna diagnoza też nie ma tu nic do rzeczy! Tak miało być! I koniec! Nikt nie miał na to wpływu!” A przecież sama  tak silnie, w głębi siebie  wierzyłam że ja dam radę, że kto jak kto, ale ja BĘDĘ w stanie cię uratować, bo jak by miało wyglądać życie bez ciebie? Jak ten zakichany świat mógłby się dalej kręcić?!

Siedzę. Płakać? Nie – to już było i to wcale nie dawno. Chyba powinnam wziąć się za okna.

Okna, podłogi, meble, obiady, śniadania, lekcje, wywiadówka u Filipa czy to się kiedyś skończy?  Tysiące spraw! I to niezauważalnych, wydawać by się mogło, nieistotnych. Nie radzę sobie z tym wszystkim.

Czasami mam wrażenie, że jestem tu na chwilę, a wszystko przebiega obok i nie bardzo rozumiem, dlaczego ma mnie dotyczyć. Ludzie, miejsca, wydarzenia... . Analizuję siebie, komplikuję rzeczy proste, jasne, nad którymi chyba nikt się nie zastanawia. Sama  siebie oceniam i ta ocena jest zawsze taka niska. Nie sprawdzam się jako matka, jako żona pewnie też nie, nie jestem mistrzynią kuchni. Ja nawet nie mam „specjalności pani domu”.

Chyba mam chandrę. Kora gramoli się do naszego łóżka, spogląda na mnie błagalnym wzrokiem, jej smutne oczy jeszcze bardziej mnie przygnębiają. Tak nauczyłam rodzinę, psa też pozwoliłam wsadzić sobie na głowę.

-Zaraz wyjdziemy psino! Chwilka! – głaszczę jej aksamitną sierść, a ona z tymi smętnymi ślepiami, z iście psim oddaniem stoi wyprostowana, gotowa  znieść każdą niewygodę, byle  jak najdłużej targać czule jej kark.



-Lucyna! Lucyna! Twoja mama dzwoni, odbierz! – wychyliłeś się z łazienki, w ręku trzymasz maszynkę do golenia, cała twarz pokryta pianą. Zapach  czystości, świeżości wylega na cały dom. Tak, twoja poranna toaleta... Ilekroć prosi ktoś, byś pospieszył się, ty zawsze z jednakowym uporem twierdzisz, że robisz to szybko. Ale ja kocham tę twoją higieniczność. Tę pedanterię – skarpetki ciut ciemniejsze od garnituru, krawat w tonacji, woda toaletowa, letnia zimowa, dzienna, wyjściowa. To chyba jeden z elementów, dla których albo przez które zakochałam się po uszy. Doskonałość!

-No cześć, mamusiu!- głos mamy brzmi dziwnie, przeziębiona może czy płacze?

-Lu..sia! musssisz... przyjść... do mnie... proszę...bardzo... - płacze w słuchawkę. Słyszę niewyraźny bełkot. Ręce mi się trzęsą, wiem  już, co jest grane...

-Mamusiu - mówię spokojnie. Widzę jej oczy, niegdyś piękne;  szare, z niebieskimi paseczkami, osadzone głęboko, twarz ... i te bruzdy wokół nosa, które mają szczególną tendencje do  ogromnego pogłębiania się zwłaszcza po jej balowaniu. I to, żeby gdzieś, z kimś, z okazji, choćby wymyślonej, wymuszonej. Ona to robi sama.

-Nie mogę teraz lecieć do ciebie, przecież sama wiesz...- staram się nie krzyczeć. Bóg mi świadkiem, jak bardzo staram się, ale nie mogę. Jeszcze ona mi się zwala, jeszcze tu jestem do niczego-gówniana ze mnie córka.

-Zrozum, mamusiu, nie mogę. JA MAM  OBOWIĄZKI! Przyjadę później...- ale ona nie słyszy, wiem, ona płacze i prosi, jej skacowany głos drażni mnie, czuję taką wściekłość i jednocześnie niemoc.

Mam ochotę bić ją, tłuc, szarpa ć- byle zrozumiała, że nie robi się tego jedynej córce. Cały czas mam poczucie, że daję się wykorzystywać. Jestem cholernie subordynowanym członkiem rodziny. Nie dlatego, że jestem dobra, ale po to, by inni mówili;   „jaka ona dobra, ta Lucynka”. Szlak mnie trafia. Pójdę tam znowu i zobaczę ją, a potem będę musiałam wysłuchać jej zapewnień o ogromnej miłości do mnie, o tęsknocie za tobą. I te przyrzeczenia, że już nigdy więcej... .Ja wiem, jak ona tęskni, jak nie radzi sobie w życiu.



Kiedy sobie odszedłeś, Tato, obserwowałam ją. Była dziwnie spokojna. Wszyscy ze zdumieniem patrzyli, jak świetnie sobie radzi. Poniektórzy zarzucali nawet, że tak szybko pogodziła się z twoim odejściem, że tak się otrząsnęła. A ona grała! Grała całe życie. Podobnie jak mój, jej świat też został doskonale, wręcz idealnie obmyślony. Ona – niezbyt mądra, ale piękna, szykowna, roszczeniowa – co jej przyszło do głowy, to z  marszu musiało się dokonać. Świetna praca, udane dzieci – starszy chłopiec, młodsza – dziewczynka. Inny scenariusz nie wchodziłby w grę. Niedziela – rytualnie – cała rodzina do kościoła. Ona i ty, a potem my – czyściutcy, tacy ładni, tacy biali. I nie daj bóg, by ktoś spróbowałby popsuć ten wizerunek, wypieszczony, do perfekcji dopracowany. Zawsze robiła wszystko, jak chciała. Pewnie! - nikt na tym nie cierpiał. Ty godziłeś się  na wszystko – taki trochę Dulski. Kochałeś ją i nas. Nigdy nie wstydziłeś się uczuć. Umiałeś kochać…

-Dobrze, przyjdę, ale sama nie wiem po co – wiedziałam, że znowu zastanę ją w tym rozpijaczonym stanie, a ona będzie milion razy zapewniać mnie o swojej miłości. To już było, już przerabiałam. Żałosna i samotna. A najgorsze jest to, że nie chce dać sobie pomóc. Wydaje jej się, że nikt nie widzi, kiedy sama w sklepie obok domu kupuje szczeniaczka, a potem następnego i następnego aż do bólu, do chandry trwającej tygodnie, w czasie której nie można nic mówić na temat cugu. Zbolała, zawstydzona i jeszcze bardziej nieszczęśliwa w tej swojej samotności... I mój lęk, że sobie coś zrobi. Mój Ty Boże czasem myślę, że to może jakieś rozwiązanie dla niej. Ale co ze mną? Jak ja bym mogła z tym żyć? Jeszcze z tobą się nie uporałam...

-Jędrek! Pospiesz się, ja muszę wyjść do mamy – przeglądam się w lustrze, rękoma jednak zasłaniam twarz, jakbym bała się ujrzeć siebie i swoją nieporadność.

Zakładam na siebie białą, lnianą suknię, lekko przypudrowuję twarz i wybiegam wprost w lato, słońce... Dzieci sąsiadki z trzeciego piętra stoją gotowe do wyjścia na plażę. Jest gorąco, choć to bardzo wcześnie- bo cóż- ósmej jeszcze nie ma. Trawa już wyschnięta, wystarczyło kilka dni takiej gorączki. Upał. Dobrze, że samochód na parkingu. Jadę, zupełnie machinalnie przełączam biegi, wrzucam kierunkowskazy, byle szybciej dojechać i byle szybciej stamtąd wrócić. Już wiem, że ten dzień też nie będzie tym najwspanialszym. Jakiś baran  zaparkował na ukos, zajmując miejsce. Stara Fornalska jak zawsze siedzi w oknie. Odkąd umarł jej mąż stała się  bardziej życzliwa dla ludzi. Już nie wyklina, kiedy ktoś zatrzyma się pod jej domem. Nieuczesana, w wymiętym, od lat pewnie niepranym fartuchu.

Pamiętam, jako dziecko czasem mama wysyłała mnie do niej po mleko. To był ewenement- w środku niemałego miasta gospodarstwo z kurami, świniami, krowami. Fornalska cedziła świeże mleko przez starą pieluchę. Jego zapach roznosił się po całym domu. Mleko parowało. Stałam z kanką i patrzyłam na tę czynność, urzeczona. Dzisiaj nie wiem, co mnie w tym urzekało, dzisiaj nie kupiłabym mleka od Fornalskiej.

-Dzień dobry, Lucynko, jaki macie teraz piękny wóz. Powodzi wam się, ano powodzi. i daj wam Boże. A ty co? Do mamusi? A widziałam ją raniuteńko… ano trzeba dziecko trzeba, bo to człowiek tera samotny jak ten kołek. Tyle dzieci człowiek urodził, a tera ... samotny jak ten kołek....

- Dzień dobry, pani. Jak tam zdrówko?- i choć zupełnie nie miałam ochoty na pogaduszki z kimkolwiek, to jakoś żal mi się zrobiło tej kobiety. Wiedziałam, że tez ma problemy, córka zmieniła płeć i gdzieś wyjechała, synowie bodajże w więzieniu, a ona kiedyś bogaczka- jedyna właścicielka na ulicy, teraz  całe dnie spędza w oknie, z którego widok i tak najczęściej zasłaniają parkujące tam samochody.

Biegłam po schodach, chciałam czym prędzej znaleźć się w u mamy. Myśli kołatały się , a ja już czekałam, żeby krzyczeć , żeby wyrzucić jej tę nieporadność, poszukiwanie nie wiedzieć czego, ten egoizm i to, że nie mogę na nią liczyć, że nie zrobi mi pączków, nie upiecze drożdżowca, nie chce być babcia taka, jakie pokazują w telewizji z okazji Dania Babci. Czułam , jak rośnie we mnie żal o wszystko, nawet brakowało mi pomysłu na wymyślanie tego, czego jeszcze nie robi moja mama.

Otworzyła mi drzwi. Uderzył mnie zapach alkoholu, pomieszamy z dymem papierosowym, ale ani w pokoju, ani w kuchni nie było śladu, nawet butelki wyrzuciła. Patrzyłam, jak niezdarnie siada na sofę. Kurze powycierane- a jakże! Stolik z popielniczką i niedopitą herbatą.

-Córcia... wybacz mi... kocham cię... wybacz mi... nie wiem dlaczego... –podkrążone oczy, zaczerwieniona twarz.. i ta poza, po której widać , jak bardzo się stara, by wyglądać na trzeźwą. Przygryza wargi, skubie skórki u paznokci i chwieje się , kiedy chce strzepnąć popiół do popielniczki...

-Powiedz mi, dlaczego ty mi to robisz?- nie mogę siedzieć, nie mogę stać, nie mogę patrzeć na nią. A przecież tyle we mnie miłości do niej. Ale  ta moja miłość zdaje się nie mieć w tej chwili znaczenia.



Chodziłam po pokoju, te same ściany, ten sam dywan, meble firany. Pamiętam, jak stałam w drzwiach. Sanitariusze nerwowo podawali strzykawki, defibrylator, lekarz z pogotowia, bardzo młody, przejęty reanimował ciebie. Wiedziałam, że już cię nie ma... Jędrek stał i patrzył .w jego oczach zobaczyłam łzy- to były jedyne łzy, jakie u niego widziałam. Ty leżałeś – siny, jakiś taki zdziwiony. Nie mogłam nic ... .nikt już niczego nie mógł zrobić. Tylko ten młody lekarz, kiedy patrzył na mnie, próbował cię ożywić, targał twoim ciałem- pewnie sam nie mógł uwierzyć, że właśnie jemu , na jednym z pierwszych dyżurów to się przytrafiło. Mama w pokoju obok gryzła paznokcie. Musiałam iść do niej, musiałam powiedzieć. Boże, jak bardzo nie chciałam wierzyć w to , co za chwilę miałam jej mówić. A potem ten młody lekarz wziął cię na ręce- jak dziecko, byłeś malutki jak dziecko i zaniósł do drugiego pokoju, położył na tapczanie, cos szepnął o formalnościach i odjechał... .Po dwóch godzinach  przyjechał inny. Spisał, co trzeba, a potem czekałam  na tych z zakładu pogrzebowego... .W białym swetrze, w białej bluzce, które znalazłam u mamy szafie, bo jakoś bolały mnie te czarne rzeczy , w których przyjechałam po telefonie mamy... .

-Proszę cię, mamusiu, umyj się, wytrzeźwiej!- tak bardzo chciałam z nią mówić, przywoływałam wszelkie autorytety, choć niewiele ich było. Nie mogłam jej przytulić. Zbyt wiele było we mnie złości, żalu, wstydu, wyrzutów sumienia, strach i cholera wie, czego jeszcze.

-Chcę stąd wyjechać, zadzwoń do Marka, niech przyjedzie po mnie- jej oczy prosiły, ale przecież to nie było wyjście- wyjazd do Marka. On pracował, on był daleko od wszystkich i wszystkiego.Za długo i za daleko, żeby zrozumieć.

-Ubierz się, pojedziemy do mnie- to było wszystko, co teraz mogłam zrobić, zabrać do siebie, mimo wstydu przed dziećmi, przed mężem, mimo tej niechęci, jaka teraz dla niej miałam. Nie zostawię jej tu.

A słońce świeciło, świeciło jak szalone. Gorąco mieszało się z dymem papierosowym, alkoholem i smutkiem. Wystarczyłoby tylko rzucić wszystko w jednej sekundzie, oderwać ten brzemienny od lat bagaż , powiedzieć światu i sobie –KONIEC i wolna , beztroska położyłabym się na jakiejś spalonej słońcem cichej polance, tak bezmyślnie, bezkarnie...

Jeszcze poprawiła ścierkę do naczyń, wytarłaś popielniczkę, zasunęła krzesła i posłusznie poszła za mną. Wyciągnęłam paczkę , w samochodzie Jędrek nie pozwala palić.

Nie smakował mi, byłam przesycona tym zapachem w domu. Szybko pociągnęłam raz , drugi, zachciało mi się zwracać. Wsiadła do samochodu, kątem oka patrzyłam na nią. Zmęczona, zniszczona, wychudzona próbowała panować na lecącymi powiekami. Niewielka strużka potu toczyła swoją drogę wyrytą świeża zmarszczką.



-Lusia… nie gniewaj się na mnie –jej ręka zaczęła błądzić po moim przedramieniu. Czułam, że za chwilę zacznie swoją żałobną orację. Nie chciałam słuchać, obiecałam sobie, że nie dam już nabrać się na nic. Przypomniałam sobie, jak ostatnim razem uległam jej rozpaczy. Zadzwoniła, jak zwykle łamiącym się po niewielkiej flaszeczce głosie, błagała, żebym przyszła. Byłam już umyta, czekałam na wieczór, który od rana kipiał seksem. Ten jeden z nielicznych dni, kiedy to widywałeś we mnie kobietę. Wszędzie było pełno twoich dłoni.

Ale ona zadzwoniła. Ty wiedziałeś i ja też, że nasz wieczór umyka. Pojechałam, uwiedziona jej rozpaczą. Pijany bełkot nie pozwalał na uchwycenie sensu. Szarpała słowa, coraz wycierając rękawem nos, łzy mieszały się z katarem. I z tego słowotoku odczytałam, że wzięła od kogoś psa, malutkiego szczeniaczka, który miał ją zająć. Wymyśliła sobie, że będzie z nim chodzić do ciebie tato, że będzie trzymała się smyczy. Może wierzyła, że pomoże jej to iść prosto, przytrzyma się, podeprze. Ale był czarny i garnął się do niej. Pewnie też szukał u niej ciepła, pewnie oderwany od suki, czuł się tak po psiemu samotny. W tym widzie pijackim zdał jej się diabłem, szatanem. Mój ty, Boże! Jak może się coś tak absurdalnego ulegnąć w głowie! I wyrzuciła go przez okno. Z drugiego piętra. Tego szatana, który skamlał u jej nóg.

- Mamo, nie teraz. Prowadzę, jest gorąco, jestem zmęczona. Porozmawiamy wieczorem.



Ona nie popuszczała. Nagle zbudzona, ożywiona przypuściła atak żalu, wyrzutów, oskarżeń.

-Pewnie. Już widzę jaka jesteś zła. Znowu musiałaś zostawić swoje gniazdko. Dla niego nie robiłabyś problemu. Córunia tatusia. Zawsze tylko jak czegoś chcę…

-Przestań proszę. Zaraz będziemy w domu. Wyśpisz się, wypoczniesz…- chciałam się uspokoić. Spoglądałam, jak szpera w schowkach, wytrzepuje torebkę…

-Nie pal w samochodzie! Wiesz, że Jędrek tego nie lubi, będzie zły.

Skąd mi przyszło do głowy, że posłucha. Odwróciłam głowę, żeby zabrać jej papierosa.

Jak mogłam nie zauważyć tego samochodu? To był tir? W środku małego miasta? Jechał z lewej strony.



***



Jestem tu. Biała, lniana sukienka luźno opada po moim ciele. Ciele? I jest tylko spokój. Czy jeszcze coś? Nie wiem. Tego mi najbardziej potrzeba.


Koniec?
co z tym zrobić? zostawić tak? rozpisaćw powieść? wyrzucić?
Czekam na opinie