poniedziałek, 13 lutego 2012

Inaczej nie będzie



I


I zaczynam. Chociaż tak naprawdę,nie wiem co. To miały być wakacje wytchnienia, beztroski – powrót do podlotkowych lat, kiedy wszystko jest proste. I nawet jak coś się przydarzy –nieszczęśliwa miłość, brak perspektyw wakacyjnych- to i tak życie było piękne. Myślałam, że uda mi się mieć znów jakieś naście lat.
Minęły niespełna trzy lata, kiedy, ciebie, tato brakło. Trzy długie lata- a miało być to krótko.

-Wróć wreszcie do życia, przestań wymyślać- stałeśoparty o balustradę tarasu, w ręku trzymałeś niedopalonego papierosa.

Nic się nie działo. Nie wiem, czego tak uparcie wypatrujesz. Ktoś wołał dziecko, jakiś samochód tuż przed skrzyżowaniem przypomniał sobie, że na czerwonym się staje. Tylko niebo wyglądało wczesnojesiennie, chociaż ptaki jeszcze z wakacyjnym rozbawieniem wirowały tu i tam, z naiwną ciekawością szukając czegoś do spsocenia.
Twarz zmęczona, papierosowa, oczy nieruchomo wypatrujące czegoś naprzeciw balkonu. Na zewnątrz tak samo smutnie, nawet odrapane ściany, pod którymi jak co dzień pili szczęśliwi bezdomni-nieudacznicy, pogrążyciele własnych żyć nie chciały rozbawiać. Bo i czym? Tym wyblakłym grafitti, za które zleceniodawca dał złamanego grosza.

Wielu z nich znałam, z dzieciństwa- Jarek –sąsiad mojej babci z Dobrej. Rodzina jak wiele innych,czasem zbyt wiele wódki, czasem zbyt mało pieniędzy, ale jakoś szło. Jarek pogubił się w życiu, a teraz to już nawet nogi nie ma- odjęli mu chyba zeszłej zimy, kiedy to zasnął gdzieś pod tym wyszarzałym grafitti –ledwie go odratowali, ale nogę stracił. Kuśtyka o laskach, stoi pod sklepem i zgłodniałymi wódy oczyma, prosi o dwa złote. Ale samochodu mojego zawsze chętnie przypilnuje.

-Pani Lucynko! Pani se robi te zakupy, a ja popilnuję.- oparty o murek , z kolegami , tak jak on przegranymi, woła głosem już lekko trąconym.
- A z pani to kiedyś był niezły podlotek, a teraz jest pani piękną kobietą-dodaje Kesiek. Nigdy nie wiedziałam, jak ma na imię – ot Kesiek to Kesiek.

Spojrzałeś ma mnie, przypadkiem, jakbyś się zdziwił, że jeszcze nie odpowiedziałam. A cóż ja mam powiedzieć? Że mi się ramka rozsypuje, że cały czas próbuję upchnąć w niej moje życie? Nie, nie nasze, jesteś tylko częścią mojego. Myślisz, że można mieć wspólne życie? Bzdury! Ty to ty, a ja to immanentna, niezależna właścicielka mojej cząstki wszechświata. Gdyby mnie nie było, ty też byś nie istniał.
-A obiadu nie robisz? - pytasz . I po jaką cholerę otwierasz tę lodówkę?
- To może pomidorową zrobię,chłopcy już prosili, a i Anka chętnie zje?

Żeby choć raz trochę fantazji, szaleństwa o! zadzwonimy do Parkowej, żeby przywieźli! Dużą rodzinną pizzę, do tego zestaw surówek, sosy....
- Tylko nie z ryżem. Wiesz, że nie lubię.

Sięgasz po następnego papierosa, omijasz dyplomatycznie mój wzrok. PALENIE TYTONIU POWODUJE RAKA. PALENIE TYTONIU POWODUJE CHOROBY SERCA.

Pamiętam jak na studiach siedziałam w tej ogromnej sali audytoryjnej, uciekłam wtedy myślami do ciebie, byłeś w Berlinie. Młoda, bardzo ładna pani Gryll – doktor Gryll wykładała psychologię kliniczną – jakaś katatonia, schizofrenia, fobie... i mówi carcinofobia- lęk przed rakiem. I zostało mi – mimo woli. Od tej pory wszystkie wyniki sprawdzałam, czy jest gdzieś „carcinoma”. Nie było, a we mnie zagnieździła się ta fobia, uśpiona, zapomniana. Wróciła, kiedy zachorowałeś,tato. Wiedziałam, że to się stanie, a ja mimo wszystko nie wierzyłam i heroicznie walczyłam o twoje serce....
I na czym mam ugotować tępomidorową? Nawet marchewki nie mam!
Nie cierpię palić, nie cierpiętego kaszlu i tego wyimaginowanego bólu pod łopatką.

Siedziałeś u mnie, cudownie przygarbiony, skubałeś paznokcie, opowiadałeś mi durne , brukowe artykuły, a tak bez związku, bez sensu mówiłeś:
-Córcia, jak mnie bolą plecy, i ta chrypka... a przecież niczego zimnego nie piłem. Twoje oczy były smutne, ja widziałam....
-Może pójdziesz do sklepu? Nic nie mamy.... -drzwi lodówki trzasnęły, pewnie że nie przez złość....niewyregulowane....

Albo idziemy razem, albo wyślij Ankę- znowu papieros, miarowo stukasz w popielniczkę.

-Jestem nieubrana, idź sam-wiedziałam, że za chwilę ubiorę się i pójdziemy, trzymając się za rękę , ty będziesz niósł torby, a ja obok ...będę próbowała je wtargnąć żeby nie było jak w cygańskiej rodzinie , tylko odwrotnie cygan obarczony tuzinem siatek i siateczek , a piękna cyganka obok z letnim koszyczkiem z haftowanymi kwiatkami.. I popatrzą na nas wszyscy: „odwiecznie zakochana para”.
-Czekaj chwilę, skończępalić- a niech szlag te papierosy!
Mówisz do mnie:
-Może zrobimy sałatki?

Tłumy przy kasach, tłumy przy półkach, długonogie studentki (chyba studentki- wyglądają intelektualnie) karmią nas – czekoladki Alepengold, jogurty Bacoma, Rynkowski śpiewa: „...za młodzi na sen, za starzy na seks”. Jeszcze prezerwatywy trzeba....

W moim wieku już powinno to inaczej wyglądać...., ale zawsze brak czasu, pieniędzy, a może konsekwencji. Pamiętasz, jak pojechałam do Spółdzielni Lekarskiej- naczytałam się: „każda kobieta po trzydziestym roku życia powinna stosować pigułki, zapobiegają RAKOWI!”

Wzięłam, błagałam, by Kępiński wydał mi je bez badań hormonalnych. Dwa miesiące.... a potem zapalenie żył....pierdoła, tak się nie umiera! Trzy lata....pięć.... nie wiem...

- O dzień dobry! A wy jak zawsze razem! Małżeństwo idealne!- Kaśka. Jak ona się postarzała! Jak to fajnie patrzeć. Badawczo spoglądam, czy zauważyła moją nową biżuterię. Widziała ! Yes, yes, yes!!!
-I co? Adam już wrócił? – pytasz. Zawsze ci się podobała, ale bałeś się , budzi respekt...A ona rozbieganym oczami, między mną a całym sklepowym światem trelowała:
-Nie! Skąd! Ktoś przecież musi zarabiać na życie! Był niedawno, spędziliśmy cudowny weekend w Jastarni, z naszymi znajomymi, którzy właśnie w tym roku zakupili sobie domek, piękny...-gadała bez opamiętania, a ja patrzyłam , z dziką satysfakcję na ślady dawnejświetności- kiedyś drogie , firmowe buty, jakaś szalenie modna przed laty sukienka.... i te warstwy tłuszczyku plasujące ją nieodzownie między czterdziestką a pięćdziesiątką- ten magiczny wiek ,nikt nie podejrzewa cię o trzydzieści pięć, a powyżej czwórki – już nieważne.
Ale ty słuchałeś, gotowy nagle zaprosić ją do nas na kawę. Między półkami mignęła mi postać Rauzego właściciela sklepu, ukradkiem rzucał spojrzenie w naszą stronę. A swoją drogąciekawe, czy znowu wybiegnie przed kasy, by z sobie tylko daną dystynkcją-skłonić się. Człowieku, śmieszny jesteś z tym swoim ukłonem! Ty też widziałeś,ale od dawna przestałeś zwracać uwagę. Dalej pytałeś o Adama, o konie... i ten twój uśmiech....dla niej? A niech to!
-Kochanie- dotykając twego ramienia powiedziałam-bo w życiu nie zrobię tego obiadu, no chyba że mnie zaprosisz gdzieś -uśmiechnęłam się, trącając cię lekko w ramię.
-Tak, tak...już idziemy.
Objąłeś mnie ramieniem, ale jeszcze nie ruszając się zupełnie, zastygły w tym odwiecznym zachwycie dla niej, wypaliłeś:
-To może wpadniecie do nas na jakiegoś drina jak Adam wróci?
Myślałam, że mnie szlag trafi. Już słyszałam te opowieści o nartach w Alpach, złamanej ręce we Francji – ten sztuczny głos, te ruchy zmanierowanej panienki. I widziałam siebie uwijającąsię jak w ukropie. Najpierw przy sprzątaniu mieszkania, wyszukiwaniu wszystkich kotów, które z lubością hoduje cała rodzina, a potem przy garach, bo wypada siępopisać kunsztem kulinarnym; karkóweczka pod pierzynką, schab faszerowany oliwkami – o nie ! tylko nie to! Na pewno mają już grafik wypełniony; wizyty państwa ordynatorstwa, państwa hodowców koni – fu!!! A może ja jej po prostu zazdroszczę tej elokwencji, tego „bycia w świecie”. A skąd !- guzik mnie obchodzi!
-Oj Przykro mi, oczywiście.z przyjemnością przyszlibyśmy , ale , niestety .....- i tu się zaczęło to , o czym świetnie wiedziałam .
A Rauze chodził w te i wewte i wypatrywał biedak, kiedy w końcu ruszę w regały. Przecież nie mógł wiedziecie,że ty jesteś bardziej zajęty rozmową z nią, niż on czatowaniem na to, żebym kurtuazyjnie odkłoniła mu się.
Jeszcze chwile pożegnań, uścisków i już mogliśmy zając się zakupami. A panie wokół nas zapraszały nas , kusząc swoimi produktami, dzięki którym mogły wyjechać na wakacje lub kupić sobie te malutkie ciuszki, dla których tracisz głowę.
Byliśmy w Tesco, czy Hypernowej-dwa, czy trzy lata temu. Mieliśmy w ramach oszczędności zrobić wielkie zakupy-tak, jak to robią w amerykańskich filmach. Otumanienie zupełne! Kolorowo, tłoczno, głośno.....Kiedy już udało nam się przejść przez wszystkie barierki, trafiliśmy w ten amok. Metodycznie postanowiliśmy poruszać się po markecie -slalomem między regałami – żeby nie daj Bóg – żadna cudowna okazja nie uciekła nam sprzed nosa.... I właśnie na jednym z zakrętów usłyszałam;
-O! Jędrek! Cześć- długonogie, blond zjawisko uśmiechało się do ciebie całymi rzędami pięknych, równych, białych zębów. Dobrze, że trzymała w rękach jakąś tackę z cudownymi, pięciominutowymi zupkami, bo chyba rzuciłaby się na ciebie, nie zauważywszy nawet tej obok ciebie.
-Wioleta! Co ty tu robisz?- jakie głupie pytanie zadałeś- przecież to widać. W twoich oczach migał jakiśniepokój- widocznie przypomniałeś sobie, że, kiedy zapytałam cię, kto był na tym szkoleniu w Pułtusku, z żarliwością opowiadałeś o jakimś tam Mirku, Stefanie, starej, grubej Baśce i innych nieciekawych nudnych „koleżankach”.Zastanawiałam się – czy to zjawisko, które ostatnio oglądałam w lokalnej gazecie jako pretendentkę do tytułu „miss” regionu, a które wyrosło tu przed nami- należy do kategorii- starych, grubych, czy brzydkich. No nie wiem.

-Pani Ewuniu! Proszę pięć razy odliczyć kartę- śmiałam się jak zawsze – bardzo lubię te dziewczyny od Rauzego
-A wie pani. pani Lucynko, że mój mały już chodzi , jeszcze o kulach , ale świetnie sobie radzi – Ewa kasowała, wprawnymi ruchami przesuwała towary po ladzie, co niektóre, pakując do foliowych woreczków. Niedawno wróciła do pracy po długiej chorobie – w domu sięnie przelewało, mąż na bezrobociu...
Szliśmy do domu. Słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. I to ma być lato?! Lato, które miałam w całości wykorzystać dla siebie. Trzy lata czekałam na spokój, na nicnierobienie- miałam pływać, ćwiczyć, czytać zaległego Schoppenchauera.

Kiedy w czerwcu byłeś w szpitalu, tato, wiedziałam, że to nie była zwyczajna hospitalizacja. Nikt nie wiedziałani Rojewski, ani mama, ty- chyba coś czułeś..... Ale ty bałeś się o serce, wciąż mówiłeś o kardiologu,że kiedy wyjdziesz ze szpitala, pojedziemy do Szczecina. Pamiętasz, jak ci mówiłam:
-Tatusiu, tego tętniaka już dawno sobie wyhodowałeś, pojedziemy, ale do pulmunologa, zobaczymy, dlaczego to zapalenie płuc tak się wlecze.
Nieważne. Dzisiaj już nieważne, ale wtedy wiedziałam,że to są nasze ostatnie wakacje....
Siedziałeś u mnie, gadaliśmy, mama poszła na górę- do babci. Powiedziałeś:
-Jak ja bardzo kocham życie....
Nigdy nie zapomniałam ci tych słów. Bez nich byłoby mi lżej..... Potem..... potem już nigdy nie było tak samo.......

-A może w piątek pojedziemy do Niechorza?- jesteś bardzo zmęczony, uśmiech- ten uśmiech sprzed pięciu, dziesięciu lat już nie pojawia się.
-Nie szkoda pieniędzy? Anka wyjeżdża na obóz, Bartek musi mieć jakieś pieniądze w tym Wrocławiu- akademik, wyżywienie, przejazdy..... a poza tym –musimy oszczędzać...- sama myśl o wyjeździe spowodowała, że przytuliłam się do ciebie. Jednak ta ramka trzyma – jest cieniutka, wciąż o włos od pęknięcia, a mimo wszystko mieści się w niej mojeżycie. Tyle złości mam w sobie, tyle rozczarowań, tyle krzywdy niezawinionej. I tyle miłości, rozczulenia... mimo wszystko.
-Przecież nie musimy tracić,weźmiemy jakiś pokoik...żeby tylko natrysk był... .

I już widziałam, jak chodzimy brzegiem morza, całujesz mnie, i milczymy, milczymy.. dopiero, kiedy wrócimy do pokoju, zaczniemy- ty- o swojej pracy, ja – o swojej. Nikt nikogo nie słucha, ale jest cudownie- jest pierwsza, druga, trzecia- robi się jasno.... a potem idziemy pod natrysk... Nie lubię światła nie lubię jak patrzysz na mnie. Mam czterdzieści lat, urodziłam ci- nam troje dzieci- to widać, czuję. Codzienna celebracja łazienkowa- niewiele daje. Balsam antycellulitesowy, balsam brązujący, uelastyczniający, krem na dzień, na noc, pod oczy, serum na dekolt... cholera przecież nie prześcignę czasu! Zapominam. Ty to sprawiasz, kiedy wciąż z tą samą tęsknotą za twoim ciałem, pozwalam tobie na wszystko- po to, by poczuć, jak pięknie jest, kiedy jesteśmy ta niepojętą jednością ciał.
-Zobaczymy. Trzeba wszystko poukładać- powiedziałam. I tak się nie uda. To co, ale dobrze jest planować.
-Posprzątaj po sobie! Ty syfiarzu! Śmierdzi tak, że w całym domu czuć. Tylko komputer, Marta i ta twoja zasrana muzyka! Rzygać się chce!!!
-Sama śmierdzisz, głupia hippisko, jak ci zaraz pierdolnę to skończy się - mamuśka się znalazła!
Nie, nie, nie przecież nie ma nas dwadzieścia minut. Marszczysz się- znam ten wyraz , już po naszym Niechorzu, po spacerach, natrysku...
-Dzień dobry!- sąsiad z góry. Pewnie u niego nigdy tak nie było, dzieci ułożone, na studiach...
-Wstyd!!! Wstyd ich zostawić...
-Andrzej! Daj spokój... Niech sięsami dogadują-, po co ja to mówię? Tu, w tym domu to ty wyznaczasz wszelkie reguły, tu nie ma innego świata poza tym, który ty powołałeś do życia. I to„pierdolnę”- łazienka do sprzątania, a potem niekończąca się lista zakazów i nakazów. Do wieczora. Potem Bartek znowu cię przechytrzy, intelektualnązagrywką w stylu; „ wiesz tatuś, dzisiaj czytałem Suworowa. Jak on realnie pisze o totalitaryzmie stalinowskim”
W domu awantura dokonywała się. Z twojej twarzy, z moich myśli ulatywał zapach Niechorza.... I to jest to naszeżycie? To, które dokładnie planowaliśmy dwadzieścia cztery lata wstecz, kiedy, trzymając się za rękę, schowani przed zakazami rodziców szliśmy – już wtedy do tego „dzisiaj”, głęboko wierząc, że głupie, trywialne utrapienia codziennych spraw nie wedrą się do nas. Mój Ty Boże! Byliśmy młodzi czy naiwni?
-Chyba mnie tu zaraz szlag trafi!!! Zwariowaliście! Tylko wielkie oczekiwania, same przyjemności....a od siebie nic...Nie było nas...no ile- i tu patrzysz na mnie jak na niezaprzeczalne potwierdzenie niewdzięczności dzieci - dwadzieścia minut, a może dwadzieścia dwie minuty...Wstyd!!!! – twój krzyk był tak krzykliwy, że wokół nie było już nic-Koniec ! Mam tego dość! Bartek, proszę posprzątać łazienkę – tylko nie tak na odwal się- porządnie. Filip! Z psem!
-A Anka.... to ...ona.... ona zaczęła-Filip już nie chlipał, darł się , jakby chciał swoim płaczem przekonaćwszystkich o głębokiej niesprawiedliwości społecznej i wszelkiego kalibru nierównościach.

Czy tak miało wyglądać mojeżycie? Kiedy to wszystko się stało, kiedy nasze życie stało się zwyczajnym szarpaniem, codziennymi, niekończącymi się czynnościami, wśród których nie można liczyć na coś zaskakującego, zwariowanego? A może to ja nie przystaję do tego życia? Dlaczego wciąż mi się zdaje, że powinnam mieć więcej, inaczej? Bo co? Bo jestem lepsza, od kogo? Ubzdurałam sobie, że gdzieś jest inaczej. A przecież wiem, że tak nie jest. Przecież mam wiele.
Pamiętasz, kiedy krążyliśmy po mieście, tacy młodzi, zakochani...nie mieliśmy się gdzie skryć z tą nasząmiłością, wtedy często mówiliśmy – właśnie o tym, co jest teraz. Wtedy w ogóle mówiliśmy. Wszystko było takie proste, takie cudownie wyreżyserowane- tu pokój dla dziecka, tam nasza sypialnia, wyjazdy, noce – wszystko pasowało. Rozważyliśmy wszystkie szczegóły naszego życia... jest inaczej- mój spektakl kręci się bez mojego udziału.
-To jest tak, jak na wszystko sięim pozwala, ale kiedy coś mówię – to wszystko źle... i masz teraz swoje ... niedługo ci na głowę narobią..- teraz się zacznie! Pewnie, przecież umarłbyś,gdybyś miał darować sobie to pieprzenie.
- Oj, przestań już, przestań!Szkoda, że na co dzień nie ma ciebie. Masz czas dla nich?! Kiedy ostatni raz byłeś z Filipem gdzieś?!Nie ma ciebie człowieku całymi dniami... a nawet jak jesteś to i tak ciebie nie ma. Ty pracujesz, ty masz zajęcia, ty jesteś zmęczony, ty jesteś....-już nie wiedziałam, co jeszcze mam wymyślić, ale nagle naszły mnie wszelkie żale, chciałam kłótni, ogromnej awantury. Chciałam mieć pretekst, żeby się obrazić i nic nie robić. Nie chce gotować zupy pomidorowej!
-I ty jesteś przeciwko mnie? Przecież ja właśnie w twojej obronie... Potem płaczesz, narzekasz, że nie dajesz rady... I dobrze! Skoro im pozwalasz...- darłeś się już bez pamiętania. To był powód- nerwowo złapałeś paczkę, wyrywając srebrzyste folijki. A ja wiedziałam, że za żadne skarby nie dałbyś sobie już wydrzeć , wiedziałam też że jak ja chwycę za papierosa, rozsierdzęcię do białości. Uwaga! Czerwona lampka: PALENIE....ble, ble, ble...RAK...

-Gdzie jest zapalniczka? – jużtrzymałam w ręku, jeszcze chwila... i już... cudowny smak...i kaszel... i...strach

Siedziałeś w kuchni. Otulony grubym szlafrokiem w bordowo- granatowe pasy. Pod nim miałeś ciepłą polarowąbluzę. Już prawie nie mówiłeś. Bronchoskopia odebrała ci głos... i nadzieję.Przybiegłam do ciebie. W torbie miałam wełnę- zabrakło mi na sweter dla ciebie. Cholera- nigdy ci go nie dałam... nie zdążyłam...
- Córcia- wyszeptałeś, a właściwie wycharczałeś- masz papierosy? W twoich oczach było tyle błagania, tyle upokorzenia. Nie mogłam patrzeć, nie mogłam słuchać, jak się kajasz, jak jałmużysz. Nie chciałam, żebyśpalił, ale nie pozwoliłam tobie, byś żebrał- nawet przy mnie, a zwłaszcza przy mnie.
- Tatusiu- zwiesiłam głowę, żeby nie patrzeć ci w oczy- przecież wiesz.....
I wyciągnęłam tę paczkę. Boże!, Nagle odzyskiwałeś humor i głos stawał się wyraźniejszy i nie tak bardzo zbolały. A potem schowałeś niedopałek do kieszeni bluzy- „na potem”. Jak to musiało śmierdzieć!

-Oczywiście, ty też musisz zapalić!A obiad?! Nie może być tak, jak u wszystkich!- tak teraz ty , ja i cały świat. Wszyscy normalni, ułożeni, zgodni ze wszystkim tylko my....dla których wszystko odwrócone do góry nogami. Tylko, gdzie ten świat ma nogi, a gdzie głowę?

Obiad jest gotowy, ale to najmniej istotna rzecz.

Cdmn....