czwartek, 6 września 2012

Grunt to pozytywne nastawienie do świata, czyli jak ważne jest przyjąć oczywistości bez dyskusji, uznać, że zawsze mogłoby być gorzej, a nade wszystko szukać dobrego, gdzie się tylko da…


Grunt to  pozytywne nastawienie do świata, czyli  jak ważne jest przyjąć oczywistości bez dyskusji,  uznać, że zawsze mogłoby być gorzej, a nade wszystko szukać dobrego,  gdzie się tylko da…






                Ranek budził mnie agresywnym wtargnięciem słońca przez niedosunięte żaluzje. Wstałam rześka i wyspana (wszak dwa miesiące przepędziłam na zbijaniu bąków, podróżach i błogim lenistwie). Mój dom spał, tylko Michała pies -Majka poderwała się ze snu i merdając ogonem,  dawała mi do zrozumienia, że, owszem, ona  jest też wyspana i tak naprawdę może pozwolić mi wyjść z nią  na spacer. 


Poszłyśmy… I jedna, i druga szczęśliwa… Bo ranek był piękny. Lekki  wiaterek podrywał do piruetów pojedyncze liście, które jeszcze nieśmiało, niby ot! tak  spadały z drzew ( co wskazywało na to, że już  dyskretnie zbliża się jesień) i tańczyły, wirowały w zapaleńczym tempie fokstrota(a może to inny taniec)…

Kasztanowce przy moim domu nabrały kształtów, wysunęły z coraz  bardziej zielonego mięsistego pancerza coraz bardziej zuchwałe kolce. Od czasu do czasu spadał jakiś kłujak na ziemię, chowając na zawsze połyskujący brązem owoc.

Majka wybiegła jak oszalała, chwytając w nozdrza zapachy, które w jej pism umyśle gdzieś tam tkwiły i wystarczył niewielki bodziec, by pognała przed siebie, a potem kic na górę i na nasyp kolejowy. Stąd,  jak okiem sięgnąć rozciągał się widok najpierw na mokradła i jakieś szuwary, a dalej na miasto… Cisza i spokój…. Taak! To miejsce, gdzie można kontemplować świat. Poszłyśmy wzdłuż torów kolejowych, mając pod sobą drogę, na której pojawiały się pojedyncze samochody, w oddali zabudowania, a nad nami niebo. Prawie bezchmurne w kolorze rozmytego błękitu. Czyste i jasne. Za tunelem zeszłyśmy i obydwie, poskakując w owym dziwnym poczuciu błogości, dotarłyśmy do rzeczki.  Udało nam się, bo tym razem specyficzny zapach butwienia nie drażnił nieprzyjemnie, jak to się często zdarzało. Rzeczka jakby na potwierdzenie całego uroku ospale toczyła nurt niosący kolebiące się kaczki, które totalnie ignorowały szczekającą na nie Majkę. Chwilę przystanęłyśmy. Ja – by rozejrzeć się dokoła, bo tak na co dzień nie mam czasu przystanąć, zachwycić się. A tu tyle ładnego, które ginie w ferworze zwykłych szarych spraw. Majka, by wyturlać się w trawie z taką pasją, że prawie pozazdrościłam jej, bo w tym momencie leżenie w wysokiej trawie, brzęczenie pszczół, świegot ptaków ponad głową i wchłanianie w siebie ciepła promieni słonecznych  było tak wielkim pragnieniem, że tylko mój  trzeźwy umysł, pragmatyzm i bliskość głównej ulicy miasta powstrzymały mnie przed tym. Na szczęście! Bo dopiero byłoby, jeśli ktokolwiek by mnie zobaczył. Zrobiłoby się wielkie używanie. O! Patrzcie Państwo! Tej to się całkiem w głowie poprzestawiało! Artystka! Psia mać! Literatka z bożej łaski!  Przeszedłszy główną ulicę miasta, skierowałam się do parku. Tu dopiero ogarnęło mnie wszechmocne poczucie szczęścia. Owe  rozwichrzone, wybujałe czupryny wierzb stojących w rzędzie – wykwitłe, dojrzale i  rozrosłe. Za nimi błękitniało jezioro. O  tej porze dnia park też był pusty.  Rzeczka szemrała z cicha. Wszystko to dopełniało owego poczucia spełnienia… Muzyka ranka złożona z dźwięków natury koiła wszelkie zadziory, które rwały serce i nie dawały wytchnienia. Majka z nosem unurzanym w trawie parskała niczym młody źrebak i rwała do przodu niepomna wszelkich zasadzek i niebezpieczeństw. Czuła wolność i takie samo szczęście jak ja.  Przypomniały mi się słowa mojego Ryśka:

-Wiesz córcia, jak ja kocham życie! Życie jest takie piękne…

Wtedy nie rozumiałam jego. Wciąż zafrapowana, wciąż goniąca, utyskująca na wszystko…

I nagle wtedy – tego sobotniego ranka urok życia zdawał się mi ukazać w całej krasie. Skończyły się wakacje! I dobrze! Przecież wiecznie trwać nie mogą! Wracam do pracy! I dobrze! Bo mam pracę, która lubię! I na pewno wiele się zdarzy! Dobrego i tylko dobrego! I na pohybel wszystkim, którzy mi złorzeczą! I pal sześć z tymi, którzy mi zawiszczą! I niech licho tych, którym stoję zadrą w oku! I czort ze złośliwcami, szydercami i prześmiewcami wszelkiej maści! Wszak mam tylu przyjaciół wokół siebie! I rodzinę, dla której jestem najważniejsza! I na domiar mam pasję, która wypełnia pozostałe luki!

                Miasto jeszcze z lekka  uśpione,  leniwie podnosiło się ze snu,  a ja zbudowana pozytywnie wracałam do domu.

                Gdzieś na wysokości banku spotkałam Ankę

- Co do pracy już do pracy! - W głosie wyczułam sarkazm  z zabarwieniem źle skrytej złośliwości. – Co  nie chce się, nie chce… Uśmiechnęłam się do niej ( bo przecież nie po to zaprogramowałam się pozytywnie, żeby ktokolwiek mi to popsuł)

                W domu panował półmrok… Wszyscy spali. Niech śpią… nieświadomi, że właśnie z wiatrem we włosach, z psem na smyczy na progu stanęła całkiem inna Gośka.