niedziela, 23 września 2012

Jesienne zawirowanie, czyli jesienne refleksje, jesienna play lista, jesienne wierszydła…albo inaczej – wszystkiego po trochę…


Jesienne zawirowanie, czyli jesienne refleksje, jesienna play lista, jesienne wierszydła…albo inaczej – wszystkiego po trochę…

 

No to mamy! Przyszła! Wcale nie nagle i znienacka! Wcale nie dopadła, podstępnie i chytrze! Ani nie sponiewierała deszczem, szarugą i pluchą! Nie przypuściła zmasowanego ataku! Nie przegoniła kolorów, zapachów i dźwięków!  Łagodnie i spokojnie, dyskretnie chowając się w cieniu pozłacanych drzew, lekkim wiatrem szepcząc  do ucha wspomnienia odchodzącego lata.
Alejki parkowe były pełne. Leniwie i ospale sunęli po nich ludzie, którym niedziela pozwoliła na niejakie spowolnienie tempa życia. Obrazek jak w zatrzymanym kadrze…
- Zobacz! Nawet się nie spostrzegłam, jak minęło lato – powiedziałam do niego. – Zaraz będzie, zima- święta, Nowy Rok… zaraz maj… i tak wkoło, aż …Kurczę! Przecież to życie leci, że nawet się nie obejrzę, a będzie po mnie!
Nie odpowiedział.
Ściskałam mocno rękaw jego płaszcza (cokolwiek jesiennego), bo nagle wyobraziłam sobie, jak to będzie, gdy któregoś z nas zabraknie.
            Pod nogi poturlał się kasztan. Gładki, śliski onieśmielony tym nagłym  obnażeniem, wpół okryty jeszcze uzbrojoną w igły skorupką. Ale cóż to była za ochrona!? Pomarszczona skorupka i miękkie kolce!
Zaraz tez Marcel  zabrał się i całymi garściami znosił do domu kasztany- każdy owoc trzymał w rączkach, okręcał, dotykał do twarzy, nie wychodząc z zachwytu nad jego urokiem. A potem zastępy kasztanowych ludków, stworków i potworków zagęściły przestrzeń na komodzie, regałach i szafkach.
- Zobacz! Jaki on jest cudowny – powiedziałam do niego, patrząc, jak Marcel z pietyzmem konstruuje kolejne kasztanowe postaci, jak świetnie sobie z tym  radzi. Cóż  w końcu chłop ponad osiem lat! Pamiętam, jak się urodził… Kiedy już akt poczęcia przestawał dziwić ( wszak dziewięć miesięcy to niemało czasu, by zrozumieć), to akt pojawienia się jego na świecie nie przestawał zadziwiać i do dzisiaj tak jest. Wciąż zdumiewa mnie fakt jego obecności. I nadziwić się nie mogę! I nacieszyć się nie zdołam.
- Kolejna jesień – odpowiedział, zamykając w dłoniach aksamitny owoc.
            Staliśmy na balkonie w ciepłym słońcu i blasku promieni odbijających się od rzeczki, która meandrowała tuż przy naszym domu. Latem często niosło od niej nieprzyjemną woń, zwłaszcza, gdy ciepło i nurt toczył wolny bieg. Wówczas chmary jętek chmurą stawały nad  rzeczką, a  co bardziej ciekawe świata udawały się na eksplorację terenu, czyli wlatywały do naszego domu, by po chwili oblężyć cały sufit. Z początku broniliśmy się, ale kiedy okazało się, że rano wszystkie leżały martwe- na komodach, regałach i parapetach, żal mi się zrobiło jętek! Jakże wzruszający  jest ich los! Larwy żyją nawet kilka lat! A taka dorosła… ledwie jeden dzień! Cóż można przeżyć w tak krótkim czasie! Ile narodzin i śmierci? Ile rozstań i powrotów? Ile miłości i rozczarowań! Doprawdy wzrusza mnie los jętek! Dobrze, że choć mnie dane jest żyć dłużej.
-Zobacz! – powiedziałam do niego. – Staliśmy  na tym balkonie, kiedy on leżał w sypialni. Malutki i śliczny. I tamtego września, kiedy dowiedziałam się, że on ma raka. I wtedy, gdy umarła jego mama. Zdumieni tym faktem, chociaż przecież nie powinniśmy się dziwić. I staliśmy też wtedy, kiedy nasz syn się ożenił , a my potem, kiedy było po wszystkim i już wiedzieliśmy, że się udało, w końcu mogliśmy cieszyć się i wzruszać…. I wtedy, gdy los spłatał nam kolejnego figla… I teraz… tej jesieni…. Stoimy… Razem. Od tylu lat!~
Jesień toczy refleksję… I tak jest! Bo to już człowieka nie gna, bo już nie pędzi, bo robi się nostalgicznie i leniwie… Bo w końcu kiedyś trzeba spowolnić…
- Dobrze że już jesień


***
obleczona w ażurowe koronki pajęczyn
przyszła jesień
sypiąc złotem z rękawów
rozpostartych na wietrze niczym
wielkie żagiel 
 
w rudy warkocz wplotła
szelest liści
w miedź kasztanów
zaklęła ciepło lata
napuszyła się szarą płachtą nieba
płosząc pary ukryte w listowiu
 
sznurem żurawi przecięła
błękit nieba
ogniem buków
zapaliła zbocza gór
 
wrzosowiskom odbiera
pieszczoty bezdomnych miłości
błądzących  po szlakach
szukających szczęścia
w przydrożnych ogniskach
ogrzewających wychłodzone
serca
 
w strugach deszczu
toną tęsknoty
niespełnienia
i rozczarowania
 
pożegnalne adieu
szepcze w sitowiu wiatr
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
***
muśnięty mgłą
spowity babim latem
ranek
śpiewem ptaków
obudził uśpione tęsknoty
 
gasnące w mdłym słońcu zielenie
zaklęte w koronach  drzew
skarżą się na koniec lata
 
złotym ogień trzcin
czerwienią jarzębin
zapłonął dzień
 
smutnie chylą się słoneczniki
za drewnianym parkanem
 
w czuprynach wierzb
schronienie znalazły łzy dziewczyny
która latem oddała swą
niewinność
 
dojrzały kasztan pękł
wydając na świat
owoc
toczy się po ziemi
nie znając swojego losu
 
lato odeszło
 
szumem tataraku
szelestem liści w szuwarach nad rzeką
zagłuszyłam twój
krzyk
pełen skargi
 
pajęczą siecią
oplotłam twoje
smutki
 
 A na koniec jesienna play lista tworzona przypadkowo. Ot! takie tam asocjacje! Ale jakże piekne.

Rozpoczynam!

1.Magda Umer „ Koncert na dwa świerszcze”! Cudo! Cudeńko!


2. Rewelacja! Hanna Banaszak Jesienny Pan!


3. Może troche wiejące patyną i anachroniczne… ale jaka klasyka i perfekcja …?


4. Dziwne… ale … w temacie


5 A oto uwspółcześniona wersja mojego ulubionego utworu Łucji Prus


6.A teraz! Legenda! Krzysztof Klenczon!


7. i z tej samej bajki


8. Oczywiście nie może zabraknąć jego- Czesława Niemena


9. Albo to…


10 Na koniec…

http://www.youtube.com/watch?v=eLtboofUVJE

 

Cóż! Jeszcze raz powtórzę: dobrze, że jesień….