piątek, 3 maja 2013

To był maj…, czyli o tym, że człowiek tak już ma, że jak mu się coś wryje w pamięć to nijak tego wyrwać nie można




To był maj…, czyli o tym, że człowiek tak już ma, że jak mu się coś wryje w pamięć, to nijak tego wyrwać nie można

           



           
Jestem za młoda na pomstowanie na komunizm, za stara, by go ignorować. Historia z pomocą literatury, filmów oraz innych tekstów kultury i nie tylko nauczyła mnie, że komunizm był czymś zgoła złym i nie ma potrzeby,  by wysilać się na poszukiwanie dobrych stron. I w tej kwestii nie zamierzam prowadzić jakiejkolwiek polemiki. Z kimkolwiek. Oczywista oczywistość. Kiedy osiągnęłam już ten stan świadomości, który pozwalał mi na interpretację dziejących się zdarzeń,  bolałam nad wszelkimi aktami niegodziwości człowieka wobec człowieka i wymierna stawała się prawda z innych, jeśli nie gorszych, to równie podłych czasów: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nie podejmuję się choćby próby historyczno – socjologicznego rekonstruowanie tych czasów, bo i merytorycznie nie podołałabym, a i większej potrzeby po temu  nie widzę. Ale dni, które się toczą, wśród nich  – 1- maj przywodzą na myśl czasy mojej młodości. Wybaczcież mi, jeśli nie piszę o ucisku, o degrengoladzie obyczajów, o cenzurze, o uchybieniach na wszystkich przestrzeniach życia… Nie piszę… bo nie. Bo w zakamarkach mojego umysły tkwi obraz majowy, w którym nie ma żadnej oceny, który niepoddawany jest reinterpretacji, który nie jest w najmniejszym stopniu opowiadaniem się za czymś, a  który jest tylko jednym retrospektywnym elementem...

           
 
Otóż… niedaleko mojego domu przy Koziej, w  części dawnej sali kinowej kina szumnie zwanego – Stolica, mieściła się księgarnia. Albo mnie pamięć myli, albo nie, ale była to chyba pierwsza księgarnia w Barlinku. ( swoją drogą zatrważająca jest myśl, że obecnie nie ma w Barlinku żadnej, poza punktami, w których można kupić niejako „przy okazji” książkę
    Maj rozpoczynał się pięknie! Słońcem, ciepłem. Tak, że całe rzesze uczestników majowego pochodu z trudem go zakończyły. Żar lał się  z nieba, a trzeba było trzymać fason, bo  na chodnikach, na balkonach i w parkach, stojąc na ławkach i wyciągając szyję jak gęsi  owemu  wielobarwnemu przypatrywali się mieszkańcy Barlinka. Ulice roiły się od ludzi i kolorów. Na rogatkach przycupiły budki z cukrową watą i saturatory z wodą sodową. Czystą lub z sokiem. Trzeba było mieć znajomości lub wygląd nie byle jaki, by poczuć słodycz soku w szklance sodowej. Nad tłum wystawały pęki balonów niczym wielka wiązanka komunistycznych goździków w kolorze biało – czerwonym( z nieprzypadkową przewagą tych drugich). W mundurku harcerskim ( jednego roku) albo w czarnych szortach i białym podkoszulku, dumnie dzierżąc w rękach wielkie koło olimpijskie ( innego razu) wracałam z pochodu. I nagle moją uwagę przykuł tłum ludzi przy rzeczonej wcześniej księgarni... Nie zważając na fakt, że moje reprezentacyjne podkolanówki są brudne i zsuwają się na kostki, marszcząc się nieestetycznie i brzydko jak obwarzanki, stanęłam w kolejce. Niczym w zabawie w głuchy telefon podawano tytuły książek, które rzucili z okazji Święta. Matko! czegoż tam nie było! Cała klasyka polska i światowa – od Mickiewicza, przez Sienkiewicza, po drodze Dobraczyński, przypadkiem rzucony Hłasko aż po Flauberta, Tołstoja i Bóg raczy wiedzieć kogo jeszcze. Dam sobie głowę odciąć, że w tym skwarze, pośród  cisnącego się tłumu, w powietrzu unosił się zapach książki – farby drukarskiej nie wiem, czego jeszcze, co  do dziś przyprawia mnie o zawrót głowy ( może dlatego opieram się e- bookom).Co chwilę z tłumu wynurzały się osoby, którym dane było zakupić coś super atrakcyjnego.
I oto pośród ich szturchań,  przepychanek, wzajemnych złorzeczeń doszłam do kasy… I… I UDAŁO MI SIĘ NABYĆ…  Encyklopedię,  potem jeszcze kilka innych cennych lektur,  o których istnieniu  właśnie się dowiedziałam. Unurana, spocona i szczęśliwa wracałam do domu, który był rzut beretem.
    Minęło tyle lat, tyle zdarzyło się – w wiele bardziej emocjonującego, wartościowszego... a mnie w pamięci kołacze się tamten obraz. I tyle.






sobota, 27 kwietnia 2013

Tak sobie myślę i tak sobie piszę….

Tak sobie myślę i tak sobie piszę….

 
Czas to pieniądz. Czas leczy rany, Nieubłagany czas. Czas ostateczny. Czas ucieka. Nadgryziony zębem czasu… Znak  czasu…
Ileż strachu, ileż paniki i struchlenia mieści w sobie pojęcie czasu… I chociaż zdaje się być pojęciem jeśli nie filozoficznym, to zapewne mieszczącym się w granicach myślenia abstrakcyjnego, to towarzyszy człowiekowi na co dzień. Każdemu bez względu na status społeczny, poziom wykształcenia, znane są:  „nie mam czasu” , „trudne czasy”, „co za czasy” , „takie czasy”, „ w tych czasach”, „od czasu do czasu”…
Ale ….
Przeglądałam dzisiaj  fotografie ( choć te zamieszczone w folderach i wyświetlane „ za pomocą” … - tu konkretne nazwy programów- trudno nazwać fotografiami . I doszło do mnie i to też nie było „epokowym odkryciem), że czas jest mimo wszystko tolerancyjny. Ma zdolności akomodacyjne, potrafi zaasymilować pojęcia, sytuacje do nowych uwarunkowań. I nagle wtedy, gdy zdawało mi się, że jest kiepsko i nawet bardzo  p o   c z a s i e , zdaje się być zgoła inne. Jakby traci wszelkie mankamenty, jakby łagodnieje, nabiera szlachetności i pięknieje… Bo to zawsze jest  MÓJ CZAS … I jak sobie ścielę, tak się wyśpię, i komu w drogę, temu czas…., i … nie czas i miejsce…
Natenczas…
Dobranoc
 

czwartek, 4 kwietnia 2013

Każdemu wolno kochać… czyli o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: Czy istotnie prawo do miłości wygasa w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat?


Każdemu wolno kochać… czyli o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: Czy istotnie prawo do miłości wygasa w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat?

zdjęcie ze strony

 



Matka i córka   ( dopisek z 2017 roku) Powieśc ukazała się w wydawnictwie Prószyński i Ska, pod tytułem Matka swojej córki  http://www.proszynski.pl/Matka_swojej_corki-p-34821-.html

Powieść o Ninie – siedemdziesięcioletniej kobiecie.

Zainteresowanie w literaturze kobietami ( po tzw. kwiecie wieku) jest niemal znikome. Owszem pojawiają się one jako pensjonariuszki domów opieki (Dom Róży) lub jako spadkodawczynie, ewentualnie jako ofiary swoich niegodnych dzieci, sporadycznie zaś są obiektem westchnień, czy uniesień mężczyzn (Doris Lessing). Po 50 roku życie kobiety traci swoją seksualność. I o ile jeszcze „czterdziestki” mogą liczyć na odmianę swego losu ( najczęściej wtedy odkrywają nowe pokłady sił, znajdują w sobie nowe predyspozycje i talenty), rzucają wyzwanie losowi i gdzieś na rubieżach wschodnich, zachodnich czy jakichkolwiek innych wiją nowe gniazda ( najczęściej agroturystyczne), znajdują mężczyzn, którzy jak się wydaje całe życie się przed nimi ukrywali, by na koniec pojawić się niemal jak deux ex machina i osłodzić im  drugą młodość. O tyle kobiety starsze... po pięćdziesiątce,  a  już nie daj Bóg! po sześćdziesiątce i dalej, są pozbawione marzeń (o sobie, o miłości ) i nawet nie śmią ich  mieć, ogołocone z tęsknot, z oczekiwań... Ich rola życiowa poprzestaje na doegzystowaniu do końca, na dowegetowywaniu, choć ono może trwać i trwać – nawet kolejne dzieści lat!. Odbiera im się poniekąd prawa do miłości. Pozbawia niezależności, odbiera seksapil, na  którego budowaniu spełzło im życie. O takiej kobiecie jest moja powieść Matka i córka. Nina – siedemdziesięcioletnia kobieta, która nie odmawia sobie prawa do kobiecości. Maluje na czerwono usta, jest świadoma swego ciała, ma tęsknoty, z których nie umie, może nawet nie chce się wyzwolić. Nina to kobieta prawdziwa.

Dysonans między życiem a jego wyobrażeniem., między marzeniami a faktem, między tym, czego oczekiwała, a tym, co się zdarzyło silą rzeczy musi prowadzić do … rozsypania się psychiki, prowadzi na skraj przepaści… I tu znowu mamy do czynienia z owym niewygodnym syndromem wieku, w którym „już nie wypada”, nie przystoi. Nina pije, choć w jest w t y m  w i e k u! Jest to tak samo niestosowne jak uprawianie seksu, czy malowanie ust na czerwono. Ninę poznajemy w dwóch częściach powieści – I cześć – „Ona – Nina”. Narrator/ka prowadzi nas do poznania kobiety krótką drogą ( jeden dzień – od wczesnych godzin przedpołudniowych – do późnych popołudniowych), odkrywając przed nami życie Niny; poszczególne zdarzenia, rodzinę itd.), usiłuje nam pokazać zwyczajne  życie, bez  glazury, bez blichtru, ale i bez jakiegoś dramatyzmu, wyciskającego łatwe łzy. Życie jak życie! 

Co jest w mojej powieści innego, co może skłonić do sięgnięcia po nią. Może właśnie brak konfabulacji, autentyczność postaci a nade wszystko ukazywanie kobiety, której życie nie kończy się wraz z menopauzą, a marzenia nie dotyczą li tylko  przyszłości dzieci, wnuków i lekkiej śmierci. Bo książka jest dla kobiet w każdym wieku, bo już minęły czasy, kiedy kobiety w  t y m  w i e k u wycofywały się z życia i założywszy chustkę na głowę z pokorą czekały na śmierć, bo współczesne kobiety nie chcą pozbawiać się atrybutów swojej kobiecości, wyrzekać miłości, godzić się spolegliwie ze starością…

Druga część – „Ja – Joanna” – to nieco inna perspektywa. To córka patrzy na matkę…. I choć nie mamy wątpliwości, że kobiety kochają się i są dla siebie ważne, to jednak nie ma możliwości ( chyba), by dało się pogodzić pewne racje kobiet, których dzieli – bagatela! – tylko jedno pokolenie. W formie zamierzonych, ale nieodbytych rozmów telefonicznych Joanna przekazuje czytelnikowi wiedzę o matce. Ale nie tylko Nina jest tu obiektem eksploracji kobiecej psychiki, bo i sama Joanna – narratorka zostaje jej poddawana.

Joanna przynależy do świata Niny w naturalny sposób – jako córka. Niemniej nie potrafi zrozumieć matki, nie próbuje jej zrozumieć, nie widzi w niej kobiety – takiej samej jak ona –nie chce poznać przyczyn, które doprowadziły do takiej sytuacji, że kobiety oddalają się od siebie. Z pewną abominacją patrzy na destrukcyjne poczynania matki. Ma do niej żal, że ta nie daje się obarczać jej życiem, problemami z mężem, dziećmi jakby wciąż jej było mało owej matczynej pieczy. Nie widzi, że bagaż życia i doświadczeń Niny jest pełny po brzegi i musi puścić, wysypać się. Nic więc dziwnego, że stało się, jak się stało.

 PS.

Powieść się pisze… Czekam na uwagi, sugestie, refleksje…


Zapraszam również do odwiedzenia tej strony



sobota, 16 marca 2013

Gratuluję wszystkim, którzy zawitali na mój blog….


Gratuluję wszystkim, którzy zawitali na mój blog….


Gratuluję wszystkim, którzy znaleźli się na moim  blogu! A co! Kiedy tak sobie myślę o wszystkim i o niczym, to doszło do mnie, że ogromną furorę robi słowo „gratuluję”. Miało swoje pięć minut  „dokładnie”, „centralnie”, „bez sensu”, bywało, że słychać było  „poniekąd”, teraz słyszę oprócz „masakrycznie” często używanego  „masarka” płynące zewsząd „gratulacje”.

Rzuciłam palenie. Słyszę:

- No! gratuluję!  

Oczywiście przyjmuję owe gratulacje, bowiem rzucenie palenie nie taka sobie lekka sprawka. Jest powód. I owszem!

W sklepie długo, bardzo długo wybierałam wiosenny płaszcz. W końcu, ku uciesze swojej i pewnie jeszcze większej radości ekspedientki, która musi być miła i uczynna, i etatowo się uśmiechać nawet do takiej marudy jak ja, wybrałam. Przeparadowałam się wte i wewte i zdecydowałam się na zakup. I tu słyszę:

- Gratuluję pani wyboru. Na pewno będzie pani zadowolona.

Myślę sobie, że powody do gratulacji miałyby obydwie strony, gdyby nie fakt, że na drugi dzień płaszcz oddałam.

Idę sobie ulicą. Jest ciepło, błogo i przyjemnie. Spotykam koleżankę, której nie widziałam wieki całe. Rozmowa się toczy o tym i o tamtym. A  w końcu spytała:

- Co słychać u twojej mamy?

Mówię więc, że wyszła za  mąż.

I zaraz rozlega się:

- Gratuluję

A  zaraz potem padają zapytania o synów.  I tu dopiero się zaczyna.

Bo Marcin robi doktorat

- No gratuluję!

A Michał pewnie będzie się żenił:

- Gratuluję!

A Marcel lubi grać na pianinie i cieszę się, że taki mały, a podziela moją pasję i zaś słyszę:

-Gratuluję wam ( już nie tylko ja jestem obdarzana gratulacjami, bo pojawia się liczba mnoga).

Boję się już choćby półgębkiem wspomnieć o podpisaniu umowy wydawniczej, o tym, że przytyłam ze dwa kilo, że wstałam rano i ugotowałam obiad… bo nie wiem, czy dam radę udźwignąć ciężar  gratulacji.

A to było tylko dzisiaj…. A przecież jutro też jest dzień! I pojutrze… ( taką mam nadzieję)

Jeśli więc jest  więcej lub choćby tyleż samo powodów do gratulowania niż do narzekania i utyskiwania na los … to już można sobie pogratulować dobrego życia. Gratuluję sobie! I Państwu również. 






czwartek, 7 marca 2013

Poranny spacer, czyli o tym, że warto szukać odpowiedzi na pytania.


Poranny spacer, czyli o tym, że warto szukać odpowiedzi na pytania.

Wprawdzie nie spodziewam się już o tak wczesnym marcu skwaru, nie liczę też na to, że pochowam palta, chabotka, co to całą zimę chroniły mnie przed niekochanym mrozem, ale… Ale jest coraz przyjemniej, jaśniej i już zaczynają mnie kusić spacery. Majki nie ma, bo wyjechała do Szczecina. Przyjeżdża niekiedy na weekend. Zatem muszę sama sobie spacerować. Najbardziej lubię poranne spacery. Kiedy miasto śpi, kiedy prawdopodobieństwo spotkania kogoś znajomego, kto zburzyłby ową ciszę obok mnie i we mnie jest prawie równe zeru. Wstaję bardzo wcześnie i po szybkim oporządzeniu się, wychodzę z domu. Ogarniam wzrokiem  świat wokół, przeprowadzam szybką ewidencję ewentualnych zaszłych w nocy zmian.  A potem idę. Zawsze mam jakiś temat do przemyślenia.  To moja chwila intymności, w której mierzę się z wszelkimi problemami, troskami, radościami.

Dzisiaj przypomniała mi się wczorajsza rozmowa na temat  kościoła.  To była trudna dyskusja z W. oraz moją G. Wszyscy jesteśmy wierzący. Jako zdeklarowani katolicy zostawiliśmy dogmaty religijne, bowiem w tym względzie uznaliśmy zgodnie, że pozostają niedyskutowalne.  „Oglądowi” została poddana tzw. kondycja Kościoła. ( Pozwolę sobie nie przytaczać owej dyskusji, bowiem nie ona stanowi meritum mojego wpisu). Niemniej jednak szło „na noże”- o aborcję, o in vitro, o związki partnerskie, o TVN, religię w szkołach, o rolę księży i rolę wiernych... Dobrze, że W. dość poważnie i refleksyjnie traktuje prawdy chrześcijańskie o wybaczaniu,  miłosierdziu, bo inaczej…. kiepsko byłoby ze mną. Ale mniejsza o to. Gorąca polemika skończyła się bezkrwawo i potem razem mogliśmy pić herbatę, dzieląc się zgoła innymi problemami i spostrzeżeniami.  Potem jak to bywa dzień trwał sobie, wypełniony  rutynowymi czynnościami, zakończony równie rutynowym wieczorem i takąż samą nocą.

Jednak dzisiaj rano kołatało mi się w głowie jedno pytanie rzucone z troską w głosie przez W., ( a może to było współczucie dla mnie z powodu mojego malkontenctwa, a może zbyt płytkiego pojmowania PRAWD NAJWYŻSZYCH I OCZYWISTYCH):

- Czy ty spotkałaś w swoim życiu Jezusa? – zapytał, pochylając się nade mną.

Speszona i zdeprymowana poniekąd  tym pytaniem odpowiedziałam:

- Nie wiem, ale wciąż Go szukam.

- Gdybyś spotkała, wiedziałabyś – uśmiechnął  się W.

Szłam pod górę. Między jedną myślą a drugą dotyczącą tego co mam dzisiaj do zrobienia, plątało się owo pytanie...

Codziennie będę sobie na nie odpowiadać. To takie dobre pytanie.