czwartek, 7 marca 2013

Poranny spacer, czyli o tym, że warto szukać odpowiedzi na pytania.


Poranny spacer, czyli o tym, że warto szukać odpowiedzi na pytania.

Wprawdzie nie spodziewam się już o tak wczesnym marcu skwaru, nie liczę też na to, że pochowam palta, chabotka, co to całą zimę chroniły mnie przed niekochanym mrozem, ale… Ale jest coraz przyjemniej, jaśniej i już zaczynają mnie kusić spacery. Majki nie ma, bo wyjechała do Szczecina. Przyjeżdża niekiedy na weekend. Zatem muszę sama sobie spacerować. Najbardziej lubię poranne spacery. Kiedy miasto śpi, kiedy prawdopodobieństwo spotkania kogoś znajomego, kto zburzyłby ową ciszę obok mnie i we mnie jest prawie równe zeru. Wstaję bardzo wcześnie i po szybkim oporządzeniu się, wychodzę z domu. Ogarniam wzrokiem  świat wokół, przeprowadzam szybką ewidencję ewentualnych zaszłych w nocy zmian.  A potem idę. Zawsze mam jakiś temat do przemyślenia.  To moja chwila intymności, w której mierzę się z wszelkimi problemami, troskami, radościami.

Dzisiaj przypomniała mi się wczorajsza rozmowa na temat  kościoła.  To była trudna dyskusja z W. oraz moją G. Wszyscy jesteśmy wierzący. Jako zdeklarowani katolicy zostawiliśmy dogmaty religijne, bowiem w tym względzie uznaliśmy zgodnie, że pozostają niedyskutowalne.  „Oglądowi” została poddana tzw. kondycja Kościoła. ( Pozwolę sobie nie przytaczać owej dyskusji, bowiem nie ona stanowi meritum mojego wpisu). Niemniej jednak szło „na noże”- o aborcję, o in vitro, o związki partnerskie, o TVN, religię w szkołach, o rolę księży i rolę wiernych... Dobrze, że W. dość poważnie i refleksyjnie traktuje prawdy chrześcijańskie o wybaczaniu,  miłosierdziu, bo inaczej…. kiepsko byłoby ze mną. Ale mniejsza o to. Gorąca polemika skończyła się bezkrwawo i potem razem mogliśmy pić herbatę, dzieląc się zgoła innymi problemami i spostrzeżeniami.  Potem jak to bywa dzień trwał sobie, wypełniony  rutynowymi czynnościami, zakończony równie rutynowym wieczorem i takąż samą nocą.

Jednak dzisiaj rano kołatało mi się w głowie jedno pytanie rzucone z troską w głosie przez W., ( a może to było współczucie dla mnie z powodu mojego malkontenctwa, a może zbyt płytkiego pojmowania PRAWD NAJWYŻSZYCH I OCZYWISTYCH):

- Czy ty spotkałaś w swoim życiu Jezusa? – zapytał, pochylając się nade mną.

Speszona i zdeprymowana poniekąd  tym pytaniem odpowiedziałam:

- Nie wiem, ale wciąż Go szukam.

- Gdybyś spotkała, wiedziałabyś – uśmiechnął  się W.

Szłam pod górę. Między jedną myślą a drugą dotyczącą tego co mam dzisiaj do zrobienia, plątało się owo pytanie...

Codziennie będę sobie na nie odpowiadać. To takie dobre pytanie.