poniedziałek, 16 kwietnia 2012


            Właściwie od wczoraj zamierzałam sobie pofolgować na blogu o rodzinie, o relacjach, o weselach i zewie krwi… I nawet coś tam zaczęłam sobie pisać, ale mnie wzięło na poezję, więc co mam na to poradzić… ? Pewnie jestem zmęczona nieco potokiem słów, który wylewa się ze mnie, wylewa się zewsząd albo najzwyczajniej w świecie tracę sens moich „prozatorskich” zapędów, a może potrzebna mi cisza… Ta  we mnie… Proza jest fantastyczna, daje możliwość wygadania, daje możliwość odtrucia… Zdaje się człowiekowi, że słowa puszczone w przestrzeń, rozmywają problemy, które nazywają… Wypowiedziane – traci ciężar właściwy, traci rangę, może nawet staje się… banalne i błahe… Poezja jest inna… Poezja pozwala  mówić o nienazwanym, dywagować, pozwala mniemać, podejrzewać, sugerować, dotykać albo tylko mówić, ze się dotyka. Jest prawdą i nieprawdą…

Niektóre z wierszy są już tu, ale to co! Zamieściłam je, bo… nie wiem… bo są

Na mojej komodzie stoi zastęp aniołów

Na mojej komodzie stoi

zastęp aniołów

Jedne z połamanymi przez Marcela skrzydłami

-bo czynił ruch

nie zważając na ich świętość

Inne wyblakłe

od nasączonej związkami powierzchniowo czynnymi

szmatki

którą ich smagam

wprawną ręką

wyuczonym od dawna gestem

gospodyni domowej

bez żadnej głębszej myśli

czy atencji

albo jeszcze innej formy

oddania im czci

choćby w postaci


wody czystej

bez octu

dla oczyszczenia

Jeden

spowity celofanową

peleryną

uśmiecha się
tajemniczo

a może to

ironia

ukryta w błysku

folii


A niektóre unoszą

wymalowane na odczepnego brwi

jakby chciały mnie zapytać

co tu robię


Chciałam zignorować ich obecność
bo twarze miały bez życia
i nie były wiarygodne

a w zagłębieniach rys

niedających się wypełnić

niczym

osiadł kurz

To po co miałabym się

wygłupiać

składając przed nimi ręce na „amen”?

lecz zdjął mnie strach

gdy zatrzepotały połamanymi skrzydłami

a oczy były pełne wyrazu

Strzepując zakurzoną szmatkę
by przepędzić związki powierzchniowo czynne

szeptałam

na wszelki wypadek

Ty zawsze przy mnie stój

teraz
i na wieki
wieków
amen

Erotyk o bardzo niejasnej retoryce

uciekł mi sen

spod powiek!

choć zaciskałam je mocno

aż mroczki tańczyły pod nimi

niczym złośliwe chochliki

chciałam go zatrzymać

wewnątrz siebie

końcówki obrazów

wymykały się

spłoszone muzyką mistrzów

ograną w tandetnych dzwonkach

monofonii

dalekiej od gregoriańskich chorałów

szukając rąbka śliskiej kołdry
walczyłam, by zatrzymać
ciepło twoich rąk

wyślizgnąłeś się
ukradkiem

zapach nocy rozcieńczył się
w filiżance kawy

w fusach zakręcił się
twój obraz
porwany przez spijanego przeze mnie
ślimaka

cały dzień czułam na ustach
smak nocy



Na tyłach kościoła 



Objuczony troskami

nie wiem czy śpisz

czy tylko myślisz

z zamkniętymi na amen oczami

na tyłach kościoła

schowany przed ludźmi i ich

pokręconymi losami


skulony i mały

wobec

wszystkich trosk świata


oparłeś głowę na rękach

i udajesz, że zbyt jesteśzmęczony

by przerywać sobie drzemkę

na okoliczność mojej wizyty


a może

ta ludzka część Ciebie

poddała się

przecząc dogmatom o

Twojej równości z Najwyższym


W narożniku ogrodu

niemal oliwnego

biała Matka Boska
rozkłada swoje ramiona


ale ja ufam mężczyznom


Ogrzewa Cię

rozbuchany przeze mnie ogarek

który stał się
wielkim płomieniem

Drga brązowa powieka
prawego oka

Cisza


Tylko stuk startych obcasów
wte i wewte
drepczący po betonowej ścieżce
podrywa Ciebie z zamyślenia

Unosisz wyrzeźbione brwi

Jakbyś igrał ze mną

Ścieram kurz z korony cierniowej

jeden cierń zostaje mi w dłoni

rzucam go w trawę

na której w grudniu kwitną białe stokrotki

bo staje się

cud
Zdumiona Matka Boska
wzrusza białymi ramionami


Wracam do swojego świata
lekkim krokiem

oderwany z twojej korony cierń
zmieszał się z przypalonymi główkami zapałek
wtórując moim krokom
niczym portorykańskie marakasy

szelesty obudziły we mnie sens


Zostałeś za plecami
zdmuchując płomień
który rozpaliłam Tobie

na tyłach kościoła



***



Mogłeś mnie Panie

Uczynić ślepą

Nie widziałabym wtenczas

Psich odchodów  na białej płaszczyźnie zimy

Mogłeś

Mogłeś mnie

zrobić i głuchą

Byłaby spokojniejsza,

Kiedy za drzwiami

Huczy świat

Polifonią


Mogłeś

Mogłeś pozbawić  mnie

mowy
I tyle słów zostałoby niewybrzmiałych
Darując wielu ludziom

Na ten przykład

przykrości,
prawdy

lub …

złości

Mogłeś

Mogłeś dać serce

kalekie

któremu zbędna
miłość

i nienawiść

Mogłeś


I rozumu mogłeś pozbawić
bo często w życiu zawadza

ale Ty

dałeś mi wszystko


Prócz sił

Co to udźwignąć pozwolą

I oczy zamknąć spokojnie,

Gdy noc dopomina się snu

I ustom zamilknąć nakażą

Gdy gniew dopomina się słów

I sercu – by bić zaprzestało,

Gdy  rytmu ucichnie ton


femme fatale     



kim jest tak kobieta co stoi przy lustrze

z bezczelnie wydętymi ustami siekącymi

niemym krzykiem przestrzeń bystrym okiem

spowitym mgłą obojętności naznaczonej na piersi

przyczepionym agrafką czerwonym sercem



kim jest ta kobieta w chuście okrywającej niczym

turyński całun z odbitym na nim wizerunkiem

pięknej Salome  budzącej zachwyt lubieżnych mężów

bawiąc się żądzą ich spojrzeń odwróconych od oczu Jana

zdumionego obrazem  fantazmatu wyłamującego się z wszelkich reguł



Kim ona jest? nierzeczywistym bytem tkwiąc w kamiennym bezruchu

pozostaje zespoleniem mistyczno- religijnym  pląsa wśród męskich obaw i lęków

dając im rozkosz i okrucieństwo wieczną tęsknotę i radość opłacając

obłędem aż po horyzont życia…


***


zaplątałam się we własne myśli

szukając tej

która wczoraj nie dała mi żyć

tocząc mnie

milimetr

po milimetrze


 
zamotałam się we własnych słowach

z których żadne

nie przebiło powietrza

pozostając niewybrzmiałe


ością w gardle stanęło


przełknęłam

dławiąc się goryczą

z trudem  łapiąc oddech

wymsknęłam się z twoich rąk

kalekich chłodem

i sztywnością palców zaciśniętych na powierzchni

drugiej dłoń

swojej


świadomość końca ruszyła z posad

nasze życie

pukładane

niczym mozaika z Pafos

na której majestatyczny Aion

strzeże Wiecznego Czasu


obojętni

zasypiamy

zapominając topografie swoich ciał

oddaleni

ledwie na odległość

oddechu

sami sobie

tryb warunkowy niekonieczny

gdybym nie umiała mówić

tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu

niczym biały łabędź


pewnie mógłbyś mnie kochać


dumnie przyglądając się

jak sunę dostojnie przez życie

przebijam przestrzenie

bez cienia protestu

w niemym zachwycie

nad światem

który dałeś


może nawet


mógłbyś mnie pokochać

po raz wtóry

gdyby udało ci się zaznać

samounicestwienia

na szczycie spełnień


gdybym nie umiała mówić

tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu

niczym kamień


pewnie mógłbyś mnie dotykać

bez obawy

że pokaleczysz dłonie

o kanty mojego ciała

opornego na dotyk


może nawet mógłbyś mnie pieścić

gdyby udało ci się zaznać

spełnienia na jego

obojętnej  na  dotyk

strukturze


gdybym nie umiała mówić

tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu

niczym ryba


mógłbyś mnie omotać siecią

żądając trzech życzeń

młodości

bogactwa

wieczności

i otrzymałbyś


lecz zaiste

powiadam ci


gdybym nie umiała mówić

tkwiąc nadal w owej niemocie


 
nie wiedziałbyś

jak zapalić słońca

jak przetrwać do jutra

jak żyć


















wtorek, 10 kwietnia 2012

Święta, święta i po świętach….


Święta, święta i po świętach….

           

            Nie było playlisty. Nie było pomysłu i też okoliczność tych świąt niekoniecznie pozwalała na to. Przesilenie wiosenne odebrało mi siły…

A może zwyczajnie nie umiałam w sobie znaleźć motywacji… Za oknem szaro- buro, wiatr hula po niewybudzonych po zimie gałęziach, ledwie pokrytych zieloną patyną.  I jak każde święta  nachodzi mnie refleksja…

            Gdzieś tam w umyśle kołaczą się wspomnienia. Te najwcześniejsze z dzieciństwa, gdy czekało się na Wielkanoc, bo to po pierwsze: wszystko nowe było: nowa sukienka i podkolanówki w ażurowy wzór i sandałki, (składałam w pobożnym życzeniu ręce, co by tylko nie padało i żebym mogła jej założyć). Raz po raz zaglądałam w szafy i niemal z pietyzmem głaskałam te spódniczki, sweterki, nie mogąc się doczekać Wielkiej Niedzieli,  by wdziać to wszystko. I choć nie bardzo wówczas wiedziałam, co to jest Triduum Paschalne ( teraz też wiem niewiele więcej mimo mądrości i wieku), choć nie bardzo zagłębiałam się w tajemnice Zmartwychwstania,  to jakoś zupełnie intuicyjnie czułam, że to wielka chwila i znajdowałam uzasadnienie dla tych nowych ciuszków, dla tego krzątania przedświątecznego, dla nerwów z powodu piętrzących się prac, obowiązków… Jakże cieszyć się z Jego Zmartwychwstania, jak pokazać ową radość, bez tych może powierzchownych, może nawet trywialnych znaków, to wszakże też wyróżnia zdarzenia nadzwyczajne.

Rano, zaraz po Rezurekcjach wyjazd do babci. Pociągiem a nierzadko taksówką. Paradnie!  W tych nowych podkolanówkach, w tej bluzce z żabotem i falbankami przy rękawach i tych sandałkach prześlicznych z przynitowanym srebrem kwiatkiem. Tam rwetes i zamieszanie. I wszystko pięknie i uroczyście. I jajek kopce, i święconki w koszyczkach strzeżone przez baranka z cukru. W stołowym pokoju na rok zamykanym na trzy spusty, na dywanie na co dzień przykrytym folią, by się nie brudził, wśród wiszących na ścianach Jezusów Frasobliwych, Matek Boskich i nade wszystko ze spoglądającym groźnie na nas Panem Bogiem zasiadaliśmy do śniadania wśród ogólnego rozbawienia, życzliwości, pokrzykiwań, wśród onego gwaru, bo wszyscy chcieli wiedzieć co u kogo, kto z kim i ogólnie, jak tam bywa. Dziadek rozpoczynał pojedynek na jajka, sobie tylko znanym sposobem łupiąc wszystkich. Pod wieczór wszyscy wylegali przed dom… ten, ów szedł na spacer, ten, ów odpoczywał na górze pod puchatymi zwałami pierzyn, obleczonych w sztywne od ługi powłoki, nasłuchując dochodzących z dworu głosów… Ojciec grał na weltmeistrze stodwudzietce rosyjskie ballady i dancingowe szlagiery… Muzyka szła  przez uliczki i… w niebo… Wszystko miało sens…Wszelkie tautologie miały racje bytu: wiosna była jak wiosna, święta były święte, rodzina – rodzinna. Czas Zmartwychwstania czasem radości.

            A potem wracało się do domu, pozwalając owym podkolanówkom, spódniczkom i sandałkom z przynitowanym srebrem kwiatkiem spowszednieć… W perspektywie, jeszcze odległej, mając kolejne święta…

            A w międzyczasie… ludzie zaczynali znikać z horyzontu: dziadkowie, babcie, wujkowie, a  i …rodzice (choć ich śmierć zdawała się być absolutną abstrakcją…). Pojawiały się kolejne dzieci, które już nigdy nie zobaczą uradowanych oczy Wszystkich Świętych na ścianie w stołowym…ani bordowego dywanu, ani w ogóle nie będą mieć pojęcia, jakie to szczęście było móc tam  świętować, tam, gdzie przez cały rok można było  tylko przez dziurkę od klucza…

Więc skąd mam mieć motywację? Czasy się zmieniły – jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi…Nie ma już białych ażurowych podkolanówek ani sandałków z kwiatkiem… Spowszedniały. Coraz pojawiają się nowe w kartonach niemogących się pomieścić na półce. Na dworze szaro- buro… Wszyscy się rozpierzchli, do swoich domów, spraw… Nie wiem, co u kogo, kto z kim…

***

- Może ci pomóc? – zapytała mama, dzwoniąc w zupełnie innej sprawie, ale, gdy usłyszała mój pozbawiony entuzjazmu głos, pomyślała, że może zapyta, że może jestem przemęczona, że może niezdrowa…

- Nie! Nie – rzuciłam szybko,  bo nie tyle nie chciałam jej pomocy, co nie chciałam jej mówić, że nie znajduję  powodów, dla których miałabym się starać…

- To jakby co, zadzwoń. Ja już umyłam okna, zmieniłam firany, poprałam pościel, a  teraz sobie pastuję podłogi – i tyle radości było w jej głosie,  a ja zupełnie nie rozumiałam…



***

- Załóż te nowe buty – powiedział, kiedy poprosiłam, by trochę przetarł moje, bo dzień wcześniej zapomniałam o tym zupełnie. Zapomniałam też o tym, że babcia przestrzegała świętymi słowami, by w „Wielką Niedzielę  szmat żadnych, żelazka, ni szczotki i nożyczek nie imać się, boć to grzech wielki…”

- Przecież to sandałki!           

Pogoda pod psem! W szyby samochodu zacina śnieg. Wysiadamy. Jest nas niemała grupka. My i nasze dzieci! Trochę tego się uzbierało przez lata… Część jeszcze dojedzie! Stoimy rzędem w bocznej nawie kościoła. Z góry spogląda na mnie Zmartwychwstały…Ludzie intonują Zwycięstwo śmierci… A mnie żal…



***



…Przy stole gwarno, trzeba krzesła dostawiać. Ten, ów pokrzykuje. Ten, ów podpytuje, co i jak…

I dzwonek u drzwi… Kolejny ktoś… Syn i synowa…

-Alleluja! Zmartwychwstał Pan! Alleluja!

Z podejrzeniem spoglądam na syna, doszukując się… ironii, sarkazmu…

- No co? – patrzy na mnie zdumiony. – przecież tak się mówi. Co nie?



***

I cóż? Święta, święta i po świętach…





Post scriptum ( dla Halinki, ale oczywiście kto chce, niech czyta”



Halinko! A propos naszej rozmowy



„(…) -Babciu, a dziadek poszedł do nieba, prawda? – zapytała Hania, kiedy Łucja pakowała fotografię do skrzynki zakupioną kiedyś, a która  przez cały czas stała pusta w jej pokoju. Nigdy nie miała pomysłu na nią. A teraz pomyślała, że tam go spakuje i będzie wciąż blisko, na wyciągnięcie ręki, ale pozwoli też odpocząć od siebie.

Dziewczynka wzięła zdjęcie do ręki. Wpatrywała się w nie z ogromną dziecinną uwagą. I tak śmiesznie przekrzywiała główkę jakby chciała zobaczyć, czy pod różnym kątem, oczy dziadka będą wodziły za nią tak samo. A on niczym Madonna patrzył ze zdziwieniem na dziecko.

Łucja zamyśliła się. Rozrzewniło ją pytanie dziewczynki. Ta jednak  cierpliwie czekała na odpowiedź. Z wyrazu twarzy można było wywnioskować, że zapewne nie da jej się wcisnąć czegokolwiek.

- Podaj mi to zdjęcie! Schowamy je.

Wnuczka chwilę przetrzymała je, a potem wolno jak w zwolnionym tempie, w zamierzonej  sekwencji poszczególnych aktów przygotowanych na zapamiętanie, podała Łucji  zdjęcie.

- Wiesz Słońce, myślę, że poszedł do nieba – powiedziała, zamykając wieko zdobytej dawno skrzyni.

- I jest mu tam wygodnie? Przecież tam jest tyle ludzi! – spytała  Hania.

Łucja uśmiechnęła się. Kiedyś też się nad tym zastanawiała. Te same pytania. I żadnej odpowiedzi.

Kartony tworzyły sterty. W jednych było to, co jeszcze trzeba przejrzeć, w innych – do spalenia. Łucja oderwała się na moment od pracy, bowiem w powietrzu zawisło  Hani pytanie.

- Niebo i piekło nie istnieją. Nie ma takich miejsc – zaczęła Łucja, ale mówiła to tak jakby sama do końca nie była przekonana do prawdziwości swoich słów.

Dziewczynka coraz szerszymi oczami patrzyła na Łucję, która zamierzała obalić jej teorię o pięknych aniołach i rogatych diabłach w czarnym piekle. W jej spojrzeniu pojawiło się zwątpienie. Kobieta dostrzegła ten strach. I wyobraziła sobie, jak może się czuć dziecko, którego wszechświat zostaje nagle brutalnie zniszczony. Łucja przypomniała sobie, jak to kiedyś ktoś wyśmiał ją, kiedy płakała z rozczarowania, bo Mikołaj nie przyniósł jej tego, co chciała, chociaż była taka grzeczna i tak bardzo liczyła na jego sprawiedliwość. A tu okazało się, że Mikołaj jest wielką blagą.

- Bo to jest tylko stan duszy – dodała łagodnie. – Każdy nosi w sobie piekło lub niebo. Zrozumiesz to kiedyś.

Dziewczynka wydęła śmiesznie wargi, bo rzeczywiście  teraz to już absolutnie nic nie rozumiała. Zaraz też pobiegła z kotem, który wynudzony, wyspany postanowił  przespacerować się swoim zwyczajem  się po domu. Swoim domu.

            Łucja wytargała skrzynie i kartony, ułożyła z nich stos. Resztę dokończy jutro.”


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Są co najmniej trzy powody


            Są co najmniej trzy powody, dla których dzisiejszy dzień jest dla mnie wyjątkowy. Osiem lat temu urodziłam Marcela. Pojawienie się jego było bodaj największym zaskoczeniem w  moim życiu. W którejś mojej powieści napisałam, że dziecko wywraca świat do góry nogami, mój długo nie mógł odzyskać przysłowiowego pionu.  Nie chodzi mi tu o jakiekolwiek zwierzenia dotyczące całego okresu oczekiwania nota bene – pełnego lęku,  wątpliwości.

***

Rośniesz we mnie

wbrew mnie

choć za moją przyczyną

na swoje szczęście

lub

nieszczęście



i nawet ów kat

z trzęsącymi rękoma

nie zdołał mi ciebie wydrzeć



Rośniesz we mnie

dziwną siłą  chęci istnienia

porażone



i nie mogę

nie chcę

uciec od ciebie



Mówią mi,

że  będziesz wyjątkowe

a ja boję się ewenementów



chciałam mieć proste życie



Kiedy tam-

wśród znaków i symboli

Maryj i Jezusów Frasobliwych

wyznałam ciebie

poczułam

że życie nie stoi mi okoniem

że mimo wszystko ma sens

i muszę zbierać po drodze

co moje

poczułam-

Jesteś

Jesteś

Jesteś



Rośniesz we mnie

wbrew mnie

ale za moja przyczyną



Rośniesz we mnie

wiem ,że

dla mnie jesteś



I nie umiałam ciebie wyrwać

za  ileś tam złotych

I nie  umiałam cię wyrwać

choć ponoć

zapomniałabym



więc rośniesz we mnie





i takie dwie biedy będą

 – ja

i ty- niczemu niewinne.





            Bardziej jednak zajmuje mnie owa swoista wymiana, jaka zdarzyła  się w moim życiu. Odszedł mój ojciec ( dopiero teraz czuję, jak piękne to słowo, kiedyś myślałam i mówiłam: „tatuś”), nie pora tu, wzruszać, czy w jakikolwiek inny sposób pobudzać emocje, ale  do dzisiaj jego odejście jest dla mnie nie mniejszym zaskoczeniem jak Marcel. Owa swoista wymiana spowodowała jednak, że zwolna zaczęła do mnie docierać owa konieczność, jaką jest śmierć. Wytłumaczyłam sobie, że bez względu na to, w co wierzymy, człowiek odchodzi w najbardziej odpowiednim momencie… ( nie dla nas zapewne, bo my nie umielibyśmy wyznaczyć owej granicy i nigdy nie będzie to Ten Czas.) Tak więc Marcel pojawił się jako ekwiwalent ( brzydko nazwane!) i to nie studia filozoficzne, ale on pozwolił mi zrozumieć ten ruch, który dzięki któremu świat idzie do przodu…

***

drzewa są po to, by dawały cień

słońce po to, by świecić

wiatr musi wiać

morze szumieć



motyl ulotność

ma wpisaną w swoje bycie



jakże jasny jest determinizm



nie warto 

zawracać rzek

wyznaczać szlaków ptakom

zamykać noc przed świtaniem



umieć żyć

pamiętać wczoraj

nie czekać jutra

-może nie nadejść



kochać

bez względu na wszystko

szybko

-bo można nie zdążyć



czekać

cierpliwie

na mannę z nieba

albo głosy trąb Jerycha



przyjąć

z uniesioną głową

zrządzenia Opatrzności



jakże prosty jest determinizm



            Marcel urodził się 3 kwietnia w jego imieniny… Stanowił prezent dla mnie i dla Ryśka ( tak o nim mówię i do niego…)



Ojciec



Ojciec nie nosił

czarnej teczki

nie potrząsał garścią kluczy



Nie marszczył złowrogo czoła

nie unosił zdumionych powiek

kiedy mu oznajmiłam

że zostanie dziadkiem.



Wieczorami nie snuł opowieści

o honorze, bitwie, poświęceniu

ale

śpiewał rosyjskie ballady

zapomniane przez system i ludzi



nikt ich nie słuchał

czasami z kieliszkiem wódki

kłócił się o miejsce w życiu

albo płakał,

bo serce miał za małe na świat

był mimozowy



ze spojrzeniem filmowego amanta

i sylwetką młokosa

w wieku pokwitania

wyglądał cudownie tandetnie

wstawał ze słońcem

kładł się z kurami

zasypiając wszelkie niepokoje dnia

i zawsze miał czas powiedzieć:

„życie jest piękne”



Któregoś dnia posmutniał

spotkał swój czas

zrozumiał,

że tylko świat wieczny jest.



Płakał parkowi i słońcu i ptakom

A życie było takie piękne…

Zostały dźwięki Batumi

i harmonista mi gra

w wiśniowym sadzie

kiedy spotykam się z ojcem

po kryjomu

czasami przelatuje mi ptakiem

zapachnie bryzą

albo wyrywa z nocy uśpionej

krzyczy z fotografii:

„życie jest piękne”



A potem równo rok, odszedł On Jan Paweł… i mimo wielu łez (też pominę opis przeżyć), zrozumiałam, że  w rzeczy samej śmierć jest czymś naturalnym, biologicznie nieuniknionym , historycznie nieodzownym…

***

Pierwsza śmierć była

jak spełniona apokalipsa

rozrywała żyły

pulsowała w każdym milimetrze

zmęczonego ciała

nie dała żyć



była dniem i nocą

świtem, zmierzchem

snem i śnieniem.



Druga śmierć przyszła spokojnie

nie darła szat

nie toczyła łez



oglądana drugi raz

czasem budziła zdziwienie

że tak wcześnie

ze tak cicho

że mogła zaczekać



Trzecia śmierć

była faktem

nie może więc być

tematem oryginalnej poezji



             A potem zaczęli umierać inni…. I tylko świat wydaje się być wciąż taki sam…

Synku! Obyś był szczęśliwy

                                                                                              Mama






















sobota, 31 marca 2012

Sobotnia playlista przywodząca na myśl pewne miejsca (te, w których byłam, ale i te, o których myślę… być


Sobotnia playlista   przywodząca na myśl pewne miejsca  (te, w których byłam, ale i te, o których myślę… być

               

                Na dworze coś  się zrobiło ponuro. Wiosna chwilę pouwodziła ciepłem  i zniknęła, zostawiając  ziąb , siekąc deszczem, wiejąc wiatrem i ogólnie jest kiepsko. Coś powinnam robić, ale  tłumacząc się przesileniem wiosennym,  nie robię nic, tylko pałętam się rozmemłana po domu.  Gdzieś mnie gna…

 I jak zawsze  muszę do niej, mojej Cesarii – inne światy, lepsze… wolne od pospiechu, zgiełku… http://www.youtube.com/watch?v=TJKF21vy6lY&feature=related

I tam  też. Kawałek podobny w charakterze – Buena Vista Social Club


Nastrojona, nieco nagrzana … jeszcze chwilę proponuję gorące miejsca…


Białe piaski…


A teraz można zmienić nastrój, ale na pewno też przyjemnie:

Marie Laforet uwielbiam z Viens, viens, ale Manchester et Liverpool …  http://www.youtube.com/watch?v=NuLV_LHY7mk

Stąd już bardzo blisko – Vacanze Romane! Ależ  wspomnienia … wieczne Miasto – koniecznie!









Skoro Rzym  to i Paryż


i Barcelona


I Grecja, gdzie pięknie, ciepło … Anna German  - kwintesencja subtelności














A teraz przelot na drugą półkulę i kilka  kawałków Bee Gees


Niezapomniany Roy Orbison


Spocząć w hotelu California


wsłuchać się  w Amstronga


I mimo wszystko świat jest piękny….

A ile jest jeszcze takich miejsc… i wszystko przede mną…




















czwartek, 29 marca 2012

Mleko sie rozlało, czyli O "Spotkaniach przy lustrze"

Mleko się rozlało, czyli O "Spotkaniach przy lustrze"



            Mleko się rozlało! Wybrałam projekt okładki, zmieniłam zdjęcie, poprosiłam o zmianę opisu  na tylnej stronie okładki i… i czekam. Pełna obaw, wątpliwości i nadziei, że moja książka spodoba się czytelnikom. Zaglądam do środka. Przesuwam myszką na przypadkowe strony i  w zależności od… pogody, nastroju, humoru i czort wie, czego jeszcze, raz myślę sobie: „Kurczę nieźle”, drugi raz myślę, że zamiast zajmować się  dość ryzykownym, wręcz efemerycznym i płonnym pisaniem, winnam lepić pierogi, robić na szydełku (a całkiem, całkiem mi to wychodziło) i zająć się zwykłym życiem. Tymczasem ja żyję życiem swoim, mojej rodziny, a do tego dołączają wszyscy moi bohaterowie, ich  genealogie i kołaczą we mnie, utrudniając mi owo zwyczajne życie. Bo z pisaniem to trochę jak z piastowaniem urzędu, sprawowaniem władzy – ciężko wyzbyć się dobrowolnie owej mocy, nieograniczonej możliwości konstruowania światów, ustalania praw, powoływania wszelkich postaci do życia lub pozbawiania ich jego… To ja piszę im scenariusz, są absolutnie ode mnie zależni…ich  emocje, wszelkie działania konstytuuję JA. Pani i władczyni! Jedno kliknięcie, a ich światy rozpadają się i nikną…

Prezentuję fragment i proszę o komentarze. „Przechodniu, nie przechodź obojętnie, zosta swój ślad”

Wersja robocza ( przed redakcją)



Spotkania przy lustrze

                                                                             



                                                                                              Nie będzie żadnej chronologii ani konsekwencji.

                                                                       Nie będzie żadnego początku ani końca.

                                                                       Porozrywane wątki, niedokończone sprawy…



           

            Zawsze mu się wydawało, że ze wszystkim zdąży. Tyle czasu mają przed sobą. Nie zakładał takiego końca! Nie teraz! Właśnie wszystko zaczęło się składać niczym puzzle, trybiły wszelkie sprawy.

           

***



           

            Siedziała z głową podpartą dłońmi. Już chyba z godzinę. Postawiła przed sobą lampkę i lustro. Rewelacyjne połączenie! Bawiła się swoim odbiciem. Przed nią lustro, za nią lustro. Takie poszukiwanie detali trochę tak jak u van Eicka w „Rodzinie Arnolfinich”, tylko że ona jest sama, ani jego, ani psa…. Sama… . Przylgnęła ustami do chłodnej tafli lustra. Szeptała usta  usta:

- Ok. Umarłeś. Nie ma cię. Rozumiem. Każdy ma prawo do odpoczynku. Prawo powiedzenia  sobie: „dość”. Jasne! Nie pomyślałaś o mnie, bo niby dlaczego?  Nie zabrałeś mnie ze sobą. A zawsze byłeś zły, kiedy wychodziłam gdzieś sama. Ba! kiedy wyjechałam na kilka dni, to chyba z miesiąc nie odzywałeś się do mnie. A teraz. Teraz pewnie uważasz, że jesteś w porządku. Siła wyższa! Pewnie. Można i tak. W obliczu wieczności czymże byłam dla ciebie? Uciekłeś przed światem. Do spokoju. Miałeś prawo nie pomyśleć o mnie. Bo czymże jestem naprzeciw owej siły, która decyduje o naszym życiu lub śmierci. Poddałeś się jej pokornie. Zawsze przyjmowałeś los bez żadnych pytań, czy sprzeciwów. Umarłeś bez zapowiedzi, żadnych sygnałów, znaków. Tak sobie. Decyzja zapadła lekko. Jak u mnie, kiedy sobie myślałam: „Chyba obetnę włosy”. Bez konsekwencji.

Rano zjadłeś śniadanie, ogoliłeś się przed lustrem.

– O! – chwyciła lustro w ręce i trzymając je blisko twarzy, obejrzała jego pospolitą ramę,  posuwając delikatnie palcami po obrzeżach jakby to było dzieło sztuki, a nie zwykły przedmiot i bardziej zdecydowany ruch mógł wyrządzić mu krzywdę – zetrzeć  politurę, zarysować. Obracała owalem w górę, w dół, jakby spodziewała się zobaczyć nim kogoś innego

 – Przecież  to jest  wciąż to samo lustro! – powiedziała do siebie niemal odkrywczo. Upiła  kolejny łyk razem ze swoją lustrzaną kompanką. – Zawsze podobałeś mi się taki  nieogolony. Dwudniowy zarost. Chyba nigdy nie powiedziałam tobie o tym. Ty też niewiele mówiłeś.



            Nie lubił używać słów. Bywały mu potrzebne, czasami. I tylko wówczas, kiedy w żaden sposób nie umiał w innej formie przekazać komunikatu. Cóż to z resztą były za komunikaty?! Głównie to  płatności albo sprawy formalne związane z prowadzeniem firmy, co z resztą w niewielkim stopniu mnie dotyczyły, bardziej było to mówienie na głos, żeby utrwalić jak nauczanie wiersza na pamięć.

Bardzo je oszczędzał. Używał ich tylko w chwilach ważnych i decydujących. A wtedy stawały się one warunkiem sine qua non dla wszelkich jego poczynań. Te słowa zyskiwały nieodwołalnie moc sprawczą. I może z tego powodu oszczędzał słowa. Żeby za dużo się nie stało… .

Ale za to czasem lubił, jak ona mówiła. Wsłuchiwał się w melodię jej głosu. Jakby chciał się nasycić  na zapas. Bał się, że to ona go zostawi, była taka krucha. A tu sprawdziło się przekleństwo o tym, „kto skrzypi, a kto umiera”.

– … a potem poczułeś fizjologię – w lędźwiach, w trzewiach, ale to już pozostało poza twoją świadomością. Nie zdążyłeś nawet zakrzyczeć, nie miałeś siły zawołać. Nie chciało ci się. Byłeś zmęczony. Pomyślałeś na końcu: „Niech się stanie”.  I stało się. Telefon, karetka.

Młoda lekarka szarpała twoim ciałem. Ja we framudze drzwi. Zdziwiona.  Tak to właściwe słowo. Stałam jak ta głupia i byłam zupełnie zdziwiona.  Nie bałam się, bo czego miałam się bać. A ty? Ty już nie wiedziałeś, że ja – to ja, że świat – to twój świat. Wygodnie. Egoistycznie. Przyzwoliłeś na amnezję. Tylko zupełnie nie pomyślałeś, że mi nikt nie podarował niepamięci! Bo ja jestem i ty we mnie jesteś. I szlak mnie trafia! Za twój egoizm, zapatrzenie w siebie.

            Kobieta szurnęła lustrem. Jutro znowu podeprze głowę…  tak jak wczoraj i przed… i przed….. Trzy lata! Żałoby? Żałoba to chodzenie w czarnych sukienkach, noszenie smutnej miny i unikanie rozrywki – przez rok. Tak nakazują zwyczaje. Po matce też rok, ale ojciec to już tylko pół roku, babka ma swoje trzy, miesiące. Więc jeśli nie zasłaniała kirem okien od ulicy, a na drugi dzień po pogrzebie włożyła na siebie beżowy kostium … . To cóż to za żałoba! A kiedy weszła do sklepu na osiedlu, ekspedientka spoglądała na nią, nie kryjąc wręcz potępienia.  Matka przyszła do niej któregoś dnia (po pogrzebie Edwina była u niej niemal codziennie):

- Obrączkę przełóż na lewą rękę. Jesteś wdową. Wypada się nosić jak wdowa – powiedziała  z napomnieniem.

            Trudno się doszukać w życiorysie matki znaków czasu, kiedy to formy i ceremoniały stały się dla niej takie ważne. A może to stało się wtedy, kiedy Łucji babka pobłogosławiła jej rodziców  przed ślubem. Klęczeli wówczas na  wytartym schodzonym chodniku  w pokoju, który hucznie nazywano stołowym. Ojciec kołysał się, starając się ponad wszystko zachować pion i bacząc tylko na suto jak na ową sytuację zastawione stoły. Przybył znikąd i od zawsze trawił go głód. Stanisława kreśliła znak, całowała oburącz ujęte czoła i nie rzekła nawet słowa, bo łzy dławiły ją, nie pozwalając wybrzmieć nawet pospolitemu „z Bogiem”.



            „Wdowa?”: pomyślała. Dziwny wydał jej się ten wyraz w zestawieniu ze swoją osobą. – „Jestem Łucja, jestem wdową po moim nieżyjącym małżonku Edwinie” – usiłowała skonstruować jakieś zgrabne zdanie z tym wyrazem. Tak. Taka dostojna informacja podobałaby się jej matce. Teściowie nie mieli jej za złe kolorowych strojów ani czerwonych paznokci. Podzielali jej ból cicho i dyskretnie. Poza łzami wtedy w domu, nigdy już nie zobaczyła teściowej jak płacze. Chociaż oczy były wymęczone, a łzy wyostrzyły rzeźby bruzd na twarzy.



            I chyba od samego początku zaczęły się te  spotkania  z lustrem. Zupełnie niezamierzone, przypadkowe… .

Nienawidziła samotności. Nigdy! Kiedy bywała sama w domu, to wpierw wydawało jej się, że na to właśnie czekała. Rzucała się na wszystko – a to na książkę, szmatławą gazetę, a to na siebie – wanna, maseczki, a to planowała zakupy… . W rzeczywistości miotała się bezcelowo po domu,  z niecierpliwością spoglądając na zegar, innym razem na kalendarz i nie robiła nic… w końcu uciekała z niego, by bez celu błąkać się po mieście. 

Siedziała naprzeciw lustra… . Siedziała. Jak teraz, wczoraj, rok, rok miesiąc i piętnaście dni … i trzy lata… dwa miesiące, osiem dni… .

Nie miała na siebie pomysłu. Nie umiała być tylko ze sobą. Krępowała ją ta relacja. Bała się, że moment, kiedy będzie musiała zmierzyć się z sobą, powiedzieć sobie prawdę o swoim życiu z mężem…, że ten moment ją zaskoczy, że  nie będzie przygotowana. A tak nie była sama. Kobieta po drugiej stronie lustra nie była nią, była kimś innym. Wyzierała z jej spojrzenia litość i niemal sarkazm. Te same niby zeszklone oczy, usta z wyblakłą już czerwoną szminką. A jednak to nie była jedność. Ta naprzeciw to zupełnie ktoś inny. Umęczony, nabrzmiały  pustką i niemal bólem. Zbieżność rysów twarzy, krągłości, siatek zmarszczek, pagórków policzków, zagłębień oczodołów.







***





            Babka, ze strony matki – Stanisława przybyła tu ze swoim mężem szewcem i jego jednym synem „odziedziczonym” po drugiej ( tak już drugiej! – pierwsza bowiem zmarła, nie pozostawiając – Bogu dziękować – żadnego dziecka) słabowitej i wciąż niedomagającej  żonie Jance,  zaraz po wojnie. Zamieszkali w pustostanie pozostawionym przez naprędce uciekających Niemców. Ulica w polskim tłumaczeniu, a polskość rodziła się niecierpliwie i gwałtownie, nazywała się Krótka. I w istocie taka pozostawała. Miała niewiele ponad siedemdziesiąt metrów długości i szerokości tyle, ile potrzeba dla wąskiej jezdni, wąskiego chodnika i szeregów domów – małych, zduszonych wewnątrz. Na początku ulicy, patrząc od strony plebani, mieszkała malarzowa z rodziną. Malarz też oczywiście żył, ale pracował albo pił, więc i tak mało kto go na ulicy znał. I to tyle po tej stronie, bowiem za malarzową rozciągał się niby park, niby skwer. W rzeczywistości był to maleńki klombik obsadzony wysokimi malwami i cyniami oraz  małymi, skromnymi bratkami i aksamitkami. Gdzieniegdzie dumnie puszyły się nieliczne róże. Miejsce, oczywiście nie budziło żadnych podejrzeń jakoby to ktoś mógł przyłożyć do tego  artystyczną rękę, nikt sobie wówczas specjalnie nie zawracał głowy modną obecnie architekturą ogrodową.  Niewiadomo nawet, jak powstało to miejsca, na którym można było spokojnie postawić dwa domy. Tymczasem gruz po zniszczonych działaniami wojennymi budynkach uprzątnięto, a w zamian, gdzieś z okolicznych pól nawieziono czarnoziemu i tak powstał skwer. Dziwne, bo ani to nie był żaden ważny punkt w mieście, nie liczyć Kościoła na końcu prostopadłej do tej uliczki. Może zwyczajnie po czarnej wojnie ludzie byli głodni trawników i ławek do wysiadywania. W każdym razie był klomb, trawa i dwie ławki naprzeciw siebie, na których w niedzielę po mszy, a jeszcze wczas do obiadu, siadały kobiety przybyłe tu za mężami albo za domem z różnych części kraju, pogodzone z powojenną zawieruchą. Zaś popołudniowe soboty i niedziele zawłaszczali mężczyźni, grając w baśkę na pieniądze. Naprzeciwko – tak prawie na wysokości malarzowej- mieszkali Rutkowscy i Syroccy, a za nimi to już babka Stanisława ze swoim szewcem. Jakby skoczyć z ganku przez dom na wprost, znalazłoby się na Placu Staromiejskim, który oprócz nazwy nic z placu nie miał – nie było ani klombu, ani pomnika. Za to na Krótkiej był trawnik, klomb z kwiatami, dwie ławeczki! Gdyby jakiś krzaczor rozrośnięty i dziki lub drzewo, można by było się tu całować  z chłopakiem na ławce. A tak tylko babka Stanisława … wyklinała, kiedy rozłożone na trawie dziewczynki bawiły się w dom. To był jeszcze ten czas, kiedy Stanisława była młodą, silna dziewuchą i zdawało się jej niejednokrotnie, że w kaszę to ona sobie nie da dmuchać. O nie!

Tam na Krótkiej przyszły na świat jej cztery córki, co to dorosły bardzo szybko, wychodząc szczęśliwe z domu, w którym ojciec nie chciał już stalować butów, zelować, skracać cholewki. Pił jak szewc, klął jak szew. One szukały innego życia, i kiedy to parę razy pokazały się sąsiadkom na skwerze ze swoimi absztyfikantami, a Stanisława miała potem sposobność wysłuchać opinii malarzowej i innych kobiet, to i zaraz wyprawiało się wesele. Nie huczne weseliska, ale skromne, na których jednak wszystkiego starczało – i rosołu z makaronem, mięs różnych, a i ciasta wypiekały z sąsiadkami na kilka dni przed weselem. Dziewczęta – Zosia, Wanda, Gienka wdziewały na siebie białe suknie, czasem chowając nieco powiększony brzuch w fałdach ślubnych kreacji i dalej w świat!  Z początku przyjeżdżały na święta, ale potem porodziły dzieci i trudno się było z licznym przychówkiem wybrać w drogę. Stanisława po prawdzie nie bardzo tęskniła za córkami, bowiem miała na głowie starego kawalera  odziedziczonego po „zmarłej nieboszczce” drugiej żonie, męża pijaka i najmłodszą Marysię. Nadto wzięła się za krawiectwo, bo na męża to już zupełnie liczyć nie mogła. Tak i umęczona dziećmi, życiem, spokorniała, coraz częściej zrzucając z siebie ową młodzieńczą hardość.

            Marysia miała swój świat zamknięty w pokoiku na górze i umiała się izolować od tego na dole, gdzie mieściła się kuchnia, warsztat ojca i przylegający do niego pokoik przyrodniego brata.

Kiedy ojciec wracał późno, a jeszcze nie daj Boże po przegranych kartach, wiedziała, że trzeba przykryć mocno głowę poduszką, by nie słyszeć jego krzyku. Wiedziała też, że żadne zaklęcie nie wybawi jej z tego. Nie ma takiej bajki. Trzeba przeczekać do rana. Będzie dobrze. Wystarczy tylko nie nawinąć się gdzieś w jego pobliże. Nazajutrz – milczący, skacowany będzie cały dzień siedział w warsztacie na poddaszu, unikając karcącego wzroku  żony. I jej jazgotania. Wszystko wytrzymywał, ale to jej gadanie, wypominanie, a potem wielodniowe na przemian milczenie było ponad jego siły. A już najgorsze było to, że nie wpuszczała go do łóżka, nie podawała posiłków. „Zbiesiła się baba” – sarkał pod nosem. Kiedyś przyłożył nie raz i nie dwa… ale potem przyszła milicja, to i się przestraszył. A Stanisława całkiem zeszła mu z oczu, zająwszy się swoimi sprawami. Wtedy to już pił na umór, mało co wyglądając ze swojego warsztatu, który warsztatem to już tylko z nazwy pozostał. Walały się tam butelki, stare kopyta, pozdzierane zelówki. Sprzedał starą, ale dobrą poniemiecką maszynę do szycia cholewek. Dobrze, że udało się kiedyś wykraść starego singera, który pewnie też poszedłby za flaszkę, gdyby go kiedyś pod jego nieobecność nie wykradła.

Maria dorosła równie szybko jak starsze siostry, ale matka nie miała ani czasu, ani głowy, by przyglądać się wzrastaniu córki. Któregoś razu przyprowadziła chłopaka, zamieszkała z nim w pokoju na górze, który zrobili sobie ze schowka, wybijając okno w ścianie, rozwalając wewnętrzne ścianki. Nie pytała o zgodę, nie powiedziała nic. Nikt nie pytał. Ojciec pił, matka tak bała się zostać sama, że przymknęła oczy i uszy na wszystko. Dopiero, kiedy urodziła się Łucja, nieśmiało zapytała:

- To jak to tak? I dzieciak na tym w świecie będzie żył bez pozwolenia Boga i bez jego błogosławieństwa?

Ale nie było w tym pretensji, ale raczej prośba, niemal błaganie, pełne ludzkiego wstydu.

- Mama się nie martwi – powiedziała Maria spokojnie. – Będzie  i ślub, i chrzciny i błogosławieństwo boże, a i mama pewnie nam pobłogosławi.

Stara taką radość w sercu poczuła, że nie mogła wykrztusić nawet słowa. Zawinęła twarz w fartuch i zniknęła gdzieś w kuchni, topiąc łzy szczęścia w garnkach z zupą.

            Łucja dziadka nigdy nie poznała. Zapił się, kiedy miała niespełna rok. Za to babka Stanisława znaczyła dla niej bardzo wiele. Kiedy po śmierci męża – i w jakieś dwa lata po nim – jego syna z drugiego małżeństwa, sprzedała dom na Krótkiej, przeniosła się z Marysią i jej rodziną do większego miasta. Trudno jej było przywyknąć, ale błękitne oczy Łucji, jej dziecinny szczebiot wynagradzał wszystko. Potem Marii urodziła się jeszcze Joanna i Konrad, ale to Łucja nakazywała jej żyć.

I wtedy, kiedy słabła na dobre, kiedy leżała na chłodnym łóżku na OIOMIE podłączona do wrogiej i niezrozumiałej aparatury, i kiedy już tak pogodzona czekała na śmierć, zobaczyła wnuczkę. W jej oczach było tyle samo łez, co miłości i strachu, i pomyślała:

- Panie Boże! To nie! To ja rezygnuję, jeszcze tu zostanę.

I została. Bóg wysłuchał ją tak bardzo, że żyła jeszcze wiele lat, do końca zachowując trzeźwość umysłu.



                        Teraz Łucja pomyślała, że babka z Edwinem byli do siebie podobni. Oboje nie szafowali słowami, o ile mąż Łucji posługiwał się nimi w absolutnie koniecznym akcie, o tyle Stanisława przestała w ogóle nie mówić. Maria nieraz obawiała się, że matkę dosięgła jakąś dziwna, starcza forma mutyzmu, ale liczne wizyty u specjalistów, wszelkie badania nie dostarczyły medycznego wyjaśnienia tego stanu. Mimo to Łucja rozumiała się z babką doskonale. Pierwsze kroki po wejściu o domu, kierowała do pokoju Stanisławy. Siadała u nóg i klepała bez porządku. Babka mierzwiła opuszkami palców jej włosy, wydając  z siebie  raz po raz pomruk podobny do mruczenia kota. To jej Łucja powiedziała o Edwinie.

- Babciu! Ja go tak kocham, że nie mogę sobie wyobrazić, jak ja będę żyć bez niego, kiedy on umrze. Już teraz wpadam w histerię – krzyczała pełna młodzieńczej egzaltacji. Była wtedy w ósmej klasie, a on był drużynowym jej zastępu, czy czymś takim.

Stanisława uśmiechała się. Chociaż w myślach pomyślała okrutnie:

- Oby, dziecko drogie, nigdy nie przyszedł taki moment, że będziesz Bogu dziękować, że go wziął do siebie albo, żebyś Jego sama o to nie prosiła.

Ale najgorsze było to, co myślała o swoim mężu, że kiedy umarł, było jej po prostu obojętne. Nic gorszego ponad obojętność. Niechby złość, dzika furia, przysłowiowe darcie szat – byleby tylko nie obojętność.



***