niedziela, 8 czerwca 2014

Wczoraj i dziś

zdjęcie z Internetu



                Kiedyś częściej wracałam pamięcią do przeszłości. Budziła się wówczas we mnie ogromna tęsknota. Bezpowrotność czasu, dziwne poczucie straty czegoś absolutnie nieokreślonego. Wszelkie niespełnienia  bolały, ściskały, rwały. Czego mi było żal? Nie wiem. Zapachów łąk, które tkwiły w pamięci, ukradkiem kradzionych pocałunków, smaku zakazanego owocu. Wciąż miałam wątpliwości, czy dokonane wybory były najlepsze z możliwych. Wiele zdarzeń zadziało się poza jakimkolwiek moim wyborem. Byłam młoda. Rzadko wybiegałam w przyszłość, chociaż miałam świadomość, że to ku niej winnam kierować zainteresowanie. Stanowiła wielką niewiadomą, wiele zależało ode mnie, mogłam w dość dużym stopniu ją tworzyć, lepić według własnych wyobrażeń.
                Nie umiem uchwycić momentu, kiedy mi przeszło. Ale nazywam to sobie dojrzałością. ( taka sobie nazwa). Rozpierzchły się młodzieńcze tęsknoty. Przeszłość dokonała się. Nie przywołuję młodości, bo się skończyła.  Dla mnie z pierwszą ważną śmiercią. I nie czas roztrząsać  minione stany rzeczy. Teraz wciąż myślę o tym, co będzie. Pytania cisną się,  a ja znajduję radość w kolejnym dniu, który przychodzi. Lubię żyć, chociaż coraz bardziej boję się życia. Nieodwracalności, bezpowrotności, ostateczności… I wciąż mi się wydaje, że gdybym miała moc zatrzymywania czasu, to chciałabym go zatrzymać właśnie teraz.

Ale nie mam, więc do kolejnego jutra..

niedziela, 1 czerwca 2014

Im jestem starsza, tym na więcej mogę sobie pozwolić…

                Kiedyś, kiedy byłam młoda - bo jakby na to nie patrzeć, przy całej sympatii dla ludzi chcących temu zaprzeczać młoda nie jestem już od dość dawna (można powiedzieć wiele: w kwiecie wieku, niestara, dojrzała,  w sile wieku) - przywiązywałam wielką wagę do konwenansów.I o dziwo! Wciąż mi coś nie wypadało; spodniczka za krótka, spódniczka za długa, kolor szary, a nie różowy, wypić lampkę za dużo albo nie wypić wcale. Trzymałam się kurczowo różnych etykiet, bo… wciąż byłam na cenzurowanym
- No wiesz, tak głośno się śmiać w restauracji?! Komu jak komu, ale tobie to nie wypada.
- Wybacz, moja droga, ale jesteś już w takim wieku, że taki kolor ci absolutnie nie przystoi.
- Masz już męża, dzieci i  nie byłoby to dobrze widziane, gdybyś poszła z koleżankami do dyskoteki.
-Kto to widział, aby kobieta zamężna, matka dzieciom, sama siedziała w restauracji i na domiar wszystkiego popijała lampkę wina, albo co gorsza piwo.
- No co jak co, ale chyba nie wyobrażasz sobie samej jechać na wczasy!?....
                Obwarowana zakazami, nakazami, ograniczeniami  wypełniałam wszelkie swoje role życiowe, skrupulatnie przestrzegając niepisanych zasad, aby nie skompromitować się, nie przynieść wstydu mężowi, dzieciom, uczniom, teściom, rodzicom, sąsiadom, szwagrom, zięciom, koniom braciom. Niekiedy miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, z przygotowanym palcem wskazującym, by mi pogrozić,  jakbym nie daj bóg, wyszła poza  przyzwolone ramy. Co mnie to zdrowia kosztowało, to szkoda słów!
                Ale teraz  doszłam do momentu, kiedy mogę wiele, bo już, co miało  się stać się stało! Mam swoje lata, jestem teściową, babcią. Ustabilizowałam swoją pozycję, umocniłam się na wszystkich płaszczyznach. Zadbałam o opinię. Lata pracy!I teraz mogę  nosić różowe bluzki, mogę biegać w balerinach, oszczędzając nadwerężone przez lata noszenia szpilek nogi, mogę tańczyć albo nie tańczyć, mogę śmiać się na głos i opowiadać sprośne kawałki, mogę kokietować ( bo i tak nikt na serio  tego nie weźmie), mogę się uczesać starannie albo się nie czesać ( bo i tak przez lata ludzi przywykli do takiego a nie innego mojego wizusu). Stać mnie na dystans! I nie czerwienię się już przy obcych i gula nie rośnie mi w gardle, kiedy mam przemówić publicznie, i mogę sobie pograć w restauracji na pianinie. Mogę jeździć na rowerze w krótkich spodenkach albo w zwiewnej sukience i mogę śpiewać na całe gardło, kiedy jadę samochodem.  Mam w sobie luz! Taptaraptadadadadadada

http://www.youtube.com/watch?v=EK8oWDluu18



poniedziałek, 5 maja 2014

Przekleństwo pisania

Przekleństwo pisania


Czy istnieje metodyka pisania? Czy ktoś ma sposób na stworzenie dobrej powieści? Czy proces twórczy musi być bolesny i pozostawiający odcisk na umyśle? Czy koncepcja powieści musi być klarowna od zalążka do finału, a tylko nad „środkiem” należy popracować? Czy od pierwszego słowa należy ustalić target, czy można liczyć na odbiór uniwersalny?
Tysiące pytań tłoczą się do głowy. A każde przybliżenie się do odpowiedzi w istocie pcha mnie w głąb, gdzie pytania kłębią się i wrą jak w oceanicznej kipieli, nie dając spać. Jak morska zdradliwa fala, co to niby przybija do brzegu, lecz istocie zagarnia swoim spienionym cielskiem i wiedzie w głąb morza. Na łeb, na szyję.  Na zatracenie.
Ileż to razy przeklinam Los, że nie dał mi być tylko żoną i matką! Wszak można się spełniać w kuchni, lepiąc pierogi z czerwoną soczewicą i mięsem lub szydełkować misterne koronki na wzór koniakowskich miniaturek. Można też się wyemancypować. Zdobyć zaszczyty i stopnie naukowe. Ba! Ja sama – szara prowincjonalna mysz – byłam bliska, nawet bardzo bliska, na wyciągnięcie ręki doktoratu z tzw. językoznawstwa współczesnego, a w szczególności z onomastyki na Ziemiach Zachodnich. Ale zachciało mi się być kolejny raz matką! Psia mać! Wybory etyczne! A potem… zweryfikowałam priorytety życiowe. A potem przerzuciłam swój świat do góry nogami. A potem… rzuciło się na mnie pisanie. Jak opętanie, jak schizofreniczna obsesja….
Myśli tłoczyły się, pętliły i wiły jak małe żmijki, zasiedlając wszystkie niezagospodarowane chwile. Jak u Papuszy! Nieświadomej danego jej daru. Skoro gra w duszy, niechaj gra! Nawet gdyby miały przynieść nieszczęście i sromotę.
Czort albo anioł skusił mnie do napisania pierwszego zdania mojej powieści „Tonia”. A potem lęgły się pomysły ( i wciąż lęgną jak samo odradzające się jaszczurcze ogony).  I tak powstawały kolejne powieści… „Spotkania przy lustrze”, Kobiety z sąsiedztwa”, „Tam, gdzie twój dom”. W „międzyczasie, którego nie ma” napisałam „W kręgu” oraz „Ona – Nina, ja – Joanna”. Mało! wciąż kłębią się we mnie historie wymyślonych osób, kotłują się zdarzenia, których nie ma, miejsca, które przemierzam, a które nie istnieją de facto.  Więc piszę i piszę… „Sobie śpiewam a muzom gram” albo psu na budę…. 



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Dom

Dom

Zawsze miałam dom. Było to tak oczywiste, że nigdy nie przystawałam na dłużej nad jego znaczeniem, wszelkimi konotacjami.  Był. Tak jak była matka, ojciec. Był. Tak jak była noc i dzień. Był. Stały element życia.  I nawet, gdy wychodziłam z domu z nowo zaślubionym mężem, to też nie było żadnej tragedii. Zmieniało się w tym domu wszystko wedle nowych mód i modłów, tylko powroty się nie zmieniały…  I to poczucie przynależności do domu.  Przynosiłam tam wszystkie swoje dzieci, by zaczynały eksplorację świata od tego miejsca. A zwłaszcza, by się nasyciły tą miłością, ciepłem, by poczuły się bezpiecznie i, by niosły to przez swoje życie. Niewielki było to dom. Zaledwie kilkadziesiąt metrów kwadratowych w szarym kostropatym bloku.  Ale dla wszystkich starczało miejsca. I dla babci z jednej strony i dziadka z drugiej strony, dla ciotek, kuzynek… Dom się nadymał i powiększał, rósł, pęczniał…  olbrzymiał jak zaczarowany…. Chyba nawet pozbywał się kątów, a jeśli nie to one były całkiem puste – nikogo wbitego w kąt.
Dom rozbrzmiewał rosyjskimi balladami, dźwiękami akordeonu i śmiechem… perlistym śmiechem dzieci, które wynosiły z kuchennej szafki gary i tarabaniąc śpiewały: „Maszeruje orkiestra, maszerują żołnierze, jeden bębni na bębnie, drugi wali w  talerze”. I tłukły się talerze w dziwacznym korowodzie dokoła stołu. Musiały być tak jakieś f l u i d y, bo nikogo  w domu głowa nie bolała, nikt nie nakazywał: „Cicho”.  Stary piec w zimowe wieczory ogrzewał dom. Przyklejona  jak glonojad do miodowych kafli, obejmowałam przysadzisty piec i wdychałam  jego zapach. Potem przychodzili inni i tak objęci ładowaliśmy w siebie ciepło. Na całe lata.
Na stole i komodzie bieliły się wyniosłe i sztywne serwetki koronkowe, którym mama gwarantowała absolutna nietykalność.
Dom na co dzień pachniał czystością.  Z czasem palce dzieci pozmieniały prawa.   
 Którejś niedobrej jesieni dom stał się świadkiem odejścia. Na drewnianej podłodze przyjmował uchodzącego z ciała ducha. Sufit zetknął się z podłogą. Świat się spłaszczył. Z hukiem opadły plastikowe, udające  kryształ sople  żyrandola, zachrobotały pokurczone z żałości ściany. Gruchnęło jestestwo domu. Zaskowyczał dom stratą. Zapadł się. Nie chciałam widzieć końca domu. Zabrałam cząstkę z nie do końca wystygłego pieca. Tliła się resztką życia.  Nie myślałam o niej, bo nie umiałam i nie chciałam. Nie potrafiłam  rozbuchać ją w wielki płomień. Ale nadszedł czas. Kiedy ogień strzelił w górę…
Znów jest dom… I jest miejsce dla wszystkich przy stole. Są dźwięki pianina i śmiech dzieci i płacz niemowlęcia  i  w tle pobrzmiewa rosyjska ballada…. A z portretu zawieszonego nad sofą patrzą wyblakłe oczy ojca…
https://www.youtube.com/watch?v=0_Ckmuml7pI

https://www.youtube.com/watch?v=mt46V7IrxHw


czwartek, 3 kwietnia 2014

Poszaleli, poszaleli!

Poszaleli, poszaleli!


Huczą mi ze wszystkich stron, szastają moimi 50 –cioma latami. „Możesz schudnąć nawet po  50- tce”.  „Specjalny program dla ludzi 50+”, krem dla kobiet 50+, program ubezpieczeń dla osób 50+, specjalistyczne badania dla osób 50+… itd. Itd. I nagle zdaję sobie sprawę, że do tej pory byłam poza wszelkim zainteresowaniem wszelkich służb. I gdyby nie fakt przekroczenia owej magicznej pięćdziesiątki, to dalej żyłabym na tym świecie poza wszelkimi zainteresowaniami naukowców wszelkiej maści.  Tu jednak rodzi się pytanie - kurczę blade – chyba nawet w jakiś sposób egzystencjalne: Jak ja żyłam do tej pory? Bez  specjalnych programów, ustalonych zasad wynikających z wnikliwych obserwacji i wieloaspektowych doświadczeń? Ano….! Właśnie! Żyłam sobie dobrze.  Często – gęsto  niepomna mijającego czasu, Ot! Tak sobie średnio refleksyjna persona, nieprzykładająca większej uwagi do zmarszczki, fałdki i siwego włosa.  I z grubsza czułam się okej. I nagle łup! Obuchem po łbie! Z telewizji, radia, reklam, gazet, bilboardów, Internetu wyziera  okrutna rzeczywistość grożąc, strasząc, nakazując, przykazując, mamiąc, obiecując… Że jak się nie opamiętam i nie ogarnę, i nie zacznę poważnie traktować  owej magicznej liczy, to niechybnie  dostąpię jakiegoś nieszczęścia. Kto wie? Ozwą się głosy trąb, nastąpi koniec świata, spełni się apokalipsa.  Matko i córko! I co ja mam teraz bidna z sobą począć?