środa, 26 czerwca 2013

Rozterki pisania



 

Rozterki pisania

   


      



            Ukazała się moja powieść Kobiety z sąsiedztwa. Oczywiście cieszę się bardzo i teraz będę z bijącym sercem oczekiwać opinii, reakcji czytelników. I narobiło się! Masz ci babo placek! Miałam spokój- siedziałam sobie cicho, spolegliwa żona, matka - polka czterech synów, nauczycielka języka ojczystego. Czytałam sobie, robiłam aniołki na szydełku i cuda niewidy na drutach, piekłam czasem placki i polegiwałam sobie na wersalce, kiedy mnie życie zmęczyło. Było… ach ! jak błogo było! A teraz ? Czekam! I choć wiem, że napisałam naprawdę świetne książki, ale jak przekonać o tym wszystkich? Wielu?  Nie dość tego, to kolejne historie moszczą się w mojej głowie, zarywają moje noce, niepokoją mnie, nakazują wstawać na granicy nocy i dnia, zrywać się ze snu, odrywają mnie od życia de facto, bym zapisywała wymyślone historie, nadawała sens wymyślonym postaciom, martwiła się zmyślonymi problemami…. A było tak błogo! Ach! Jak błogo było! Widać nie pozostaje mi już nic jak cierpieć twórczo i pisać i jeszcze pamiętać o tym, by nie mieszać fikcji z rzeczywistością. Zatem do roboty… Matka i córka się pisze!

czwartek, 13 czerwca 2013

O czytaniu Stasiuka i o tym, że jestem kim jestem i nic tego nie może zmienić….


                O czytaniu Stasiuka i o tym, że jestem kim jestem i nic tego nie może zmienić….


 

             
zdjęcie z Internetu
  
Lubię poranne chodzenie do pracy. Zwłaszcza jak ciepło. Jeszcze na ulicach cicho i trochę pusto. Samochody przemykają. W środku siedzą sobie ludzie pracy – mniej, czy więcej zadowoleni z faktu, że oto zaczyna się kolejny dzień. Większość z nich myśli sobie o pracy tyle tylko, że muszą to robić, bo póki co są w takiej odległości od emerytury, że nie ma co. A możliwość trafienia szóstki tak nierealna, że nawet nie umieją sobie wyobrazić siebie w sytuacji wygrywającego. Czasem jakaś głowa w samochodzie mi się kłania i odkłaniam się. Idę. I zawsze mam jakiś temat do obmyślenia. Dzisiaj, patrząc na górkę, za którą zaraz moja szkoła, żal mi, że jest tak krótka. Bo dużo mam do obmyślenia. W głowie łomocą mi się myśli na rożne tematy, ale najbardziej na temat Stasiuka. Bo nie mogę skończyć jego książki Grochów. Nie dlatego nie mogę, bo jakieś życiowe sprawy mnie frapują, ale nie mogę, bo nie chcę, a jest tak krótka, że kończy się szybko. Dozuję sobie po kartce, ale tak naprawdę siedzi we mnie dzień i noc. Temat zaiste powszechny w literaturze, by nie rzec nawet banalny. Czekałam więc na ckliwe, chwytające za gardło i serce frazy, a znalazłam, jak to sam pisarz ujmuje „zwyczajność niezwyczajnych rzeczy”. I nie tyle lektura zajmuje mnie, co toczy mój mózg i stawia pytania…Taka jest. Pełna mądrości ( bez zbytniego mądrowania) medytacja nad światem oglądanym z perspektywy, ale pozbawionym wszelkich upiększeń i udziwnień. Tak prawdziwie pokazanym, że momentami aż boli.  Nie spodziewałam się, Boże Drogi broń! od Stasiuka żadnego dydaktyzmu, uczonych puent, ale pootwierał mi pewne furtki w głowie, jak choćby tę, za którą skrywała się oczywista oczywistość, o istnieniu której nie wiedziałam nic a nic. A mianowicie napisał coś takiego: „Bo przecież nie od razu jesteśmy śmiertelni” i jeszcze wiele innych rzeczy, które są tak cholernie proste i mądre, i trzeba tylko je wymyslić. Czytam jego i mam wrażenie wielkowymiarowości. Jestem i tu i tam jednocześnie. I utożsamiam się absolutnie. I żal mi, że ja tak nie potrafię. A nie potrafię, bo jestem kobietą.  Bo, nawet jeśli cudem żywym udałoby mi sięgnąć po język Stasiuka, i nawet, gdybym potrafiła tak jak on – poruszona jakimś konkretem – uruchomiła wyobraźnię, nie zdołałabym się uwiarygodnić u czytelnika, bo jestem kobietą. Bo wszystko, a dla mnie u Stasiuka w szczególności, jest na wskroś męskie. Męski język, męskie emocje i estetyka. Przez całą narrację prowadzi nas z właściwą sobie rezerwą. I owa chropowatość, pod którą pobrzmiewa melancholia i liryzm są tak prawdziwe że aż strach ( a tu już kolejny strach), jak głęboko osadza się w głowie, jak mości się zakamarkach. Bo Stasiuk pisze o życiu, o intensywności świata wobec śmierci, o ludziach prostych z często mało oryginalną genealogią i życiorysem, o rozkładzie wszelkiej materii, o historii, o czasie, co to płynie leniwie od wieczności do wieczności i czyni to doskonale, że chciałoby się zakrzyknąć: Stasiuk największym pisarzem jest.

A teraz poczynię sobie ot! taką dywagację. Kiedyś zdarzyło mi się p o p e ł n i ć taki tekst o kryzysie męskości http://iwona-zytkowiak.blogspot.com/2012/03/czy-nastepuje-kryzys-meskosci-znalazam.html. Tam( chyba poszukiwałam pewnego konsensusu międzypłciowego).

Wbrew pozorom owa dywagacja jest  zupełnie a propos.

Coraz częściej zdaję sobie sprawę w jak ogromnym stopniu coraz bardziej i głośniej dochodząca do głosu ideologia genderu determinuje działanie, percepcję, ocenę wszelkich form aktywności człowieka. Nie sądziłam, że stanie się dla mnie zajmujące na przykład ze względu na  pisanie. O performatywności płci słyszałam wcześniej i, choć nie do końca wiedziałam o co chodzi, ale tak na czuja nawet dość mocno zgadzałam się z twierdzeniami, że płciowość biologiczna dana jest człowiekowi z natury i tak bywa oraz co za tym idzie, przypisuje się człowiekowi płeć kulturową. I to ona, choć wtórna ,chwyta człowieka w ryzy od najmłodszych lat, wyposaża go w cały zestaw instrumentów, stereotypów i kostiumów szytych na miarę płci. Małej wszakże dziewczynce matka wpaja od najwcześniejszego okresu świadomości własnego istnienia: „Pamiętaj! NiE ubrudź się. JESTEŚ DZIEWCZYNKĄ. Nie możesz zachowywać się tak jak jakieś CHŁOPACZYSKO. A potem już przez całe życie do mózgu sączy się nowe symbole i artefakty, jednocześnie podtrzymując i umacniając już ugruntowany system, zmierzając do coraz większej polaryzacji kobiecości i męskości. Tym to sposobem tworzymy sieć dziedzin życia, które coraz bardziej nas, czyli kobiety i facetów różnicują. I coraz gęściej robi się od rozróżnień typu: co wypada mężczyźnie, nie przynależy kobiecie. Bywa na odwrót, ale jakoś rzadziej. I nic więc dziwnego, że owa nierównorzędność tożsamości kobiet i tożsamości mężczyzn budzi sprzeciw tych pierwszych.

I w moim przypadku tak się zadziało. Powtarzalność aktów performatywnych w stylu: Jesteś kobietą, więc tobie nie wypada”. „Jako kobieta, powinnaś to czy tamto”, sprawiła, że nie umiem inaczej. Myślę jak kobieta, robię jak kobieta, czytam przez pryzmat kobiecych doświadczeń, a w końcu piszę jak kobieta. I właśnie przez ten fakt wciąż będę na pozycji niższej, a jeśli już, będę musiała wciąż udowadniać, że to, co kobiece niekoniecznie musi być gorsze.

- Dlaczego się tym zainteresowałaś? – zapytał mój mąż, kiedy ślęczałam wieczorem nad klawiaturą, raz po raz przywołując go, by czytać mu sprodukowane przed chwilą zdania.

Dlaczego? Bo mu – temu Stasiukowi –zazdroszczę. Że tak pisze i nie tyle, że jest to jakieś arcypisanie, choć oczywiście jest, ale to, że on jako facet może napisać tak czy siak, a ja nie. Że jemu dostępne są peryferia wszelkie, a mi nie bardzo. Że on może sobie pozwolić na „zwyczajność”, która z uwagi na to,  że jest jego zwyczajnością, dla mnie zawsze pozostanie egzotyczna. Że może pisać sobie dosadnie i krwiście, a ja nie, bo jak  to miałoby się do tej kobiecej estetyki. Jasne, nikt mi nie zabroni, papier wytrzymały (komputer jeszcze bardziej), ale nie będzie w tym autentyczności i szczerości. I zazdroszczę mu też tego, że ja jego przeczytam, ale ona mnie nie. I co z tego, że nie tylko mnie…

PS. Od autorki, czyli sobie jeszcze napiszę: Nie dokonuję analiz, interpretacji , nie szukam tropów, powiązań i odniesień, bo się najnormalniej na tym nie znam

poniedziałek, 20 maja 2013

Druga rozmowa z Marcelem


Druga rozmowa z Marcelem


                      Maj  rozbisurmanił się na dobre.  Wybujał milionem  kolorów, zatrząsł zielonością – nawet pożółkłe trzciny smutnie stręczące od jesieni zielenią się wśród odgłosów gęgających kaczek, perkozów i łysek czyniących niesamowity rwetes i zamieszanie jakby też nie wiedziały, co z tą wiosną zrobić.  Zza płotów mizdrzą się wiosenne kwiaty, pachną do szaleństwa bzy i konwalie i świat zdaje się być jak nie z tego świata – cudny, pachnący, że chciałoby się śpiewać. Idę sobie z Marcelem... Ręka w ręce… idziemy powoli, bo nie spieszy nam się, a poza tym fajnie tak sobie iść.  Idziemy skrótami  na majowe ( wszak to biały tydzień). On mówi… Opowiada o szkole i o tym, jak rozkwasił sobie brodę i o Witku, o Michale… i tym, że lubi lody waniliowe i chciałby pojechać na wakacje do Torunia, bo Toruń jest piękny a najpiękniejszy był hotelowy pokój przy Starówce. Broda czerwieni się jak zachód albo wschód słońca…  Wokół pachnie! Pachnie bzami, fiołkami, pachnie tulipanami i miętą, i nie wiem, czym jeszcze… Tak pachnie wiosna, zieleń i maj.

-Od kiedy rzuciłem palenie, poczułem zapach wiosny – powiedział któregoś razu ojciec Marcela. I musiał to powiedzieć, żebym odczuła. Tak! Poczułam zapach wiosny….

                Idziemy. Marcel gada, gada i gada, buzia mu się nie zamyka. Tematy mnożą się i zmieniają co rusz. Ja wdycham wiosnę

- Ale pachnie! – wzdycham  głośno

- A pamiętasz mamusiu! – mówi Marcel. – To dzięki mnie nie palicie i tatuś poczuł wiosnę!

- Oczywiście – potwierdzam lakonicznie. Ale zaraz dochodzi do mnie, że  w rzeczy samej, to dzięki niemu  ten maj jest taki piękny, wonny i kolorowy.

Kiedy urodziłam Marcela, zrozumiałam, że chociaż pewnie los mój zapisany gdzieś, ale może warto losowi pomóc, może warto nie prowokować go…

- Pamiętasz mamusiu! Kochasz dzieci, nie pal śmieci…

                Mądrala mały, kiedyś się dowie, że wyuczone w przedszkolu formułki…. pomogły  mi i mojemu mężowi… i jemu….

 

               

sobota, 11 maja 2013

W cztery oczy...


 

Zamiast wstępu

                Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, świat stanął na głowie. Poszły! Plany! Marzenia! Ambicje związane z doktoratem! Poszła figura! Spokój! Poszła mrzonka o domku pod lasem! Niekiedy, i naprawdę rzadko, z uśmiechem pobłażliwości  myślę o amtym okresie mojego życia. Za to nie ma dnia, abym nie cieszyła się, że  mam jego- Macela. Boję  się, że zanim się oglądnę, uleci  mi z pamięci co najpiękniejsze. Rozmowy. Rozmowy z moim synem.

                                 Rozmowa pierwsza

Marcel  mówi:

- A lubisz, mamuś Flinstonów?

                Sprzątnąwszy po kolacji, dokonawszy ablucji sponiewieranego czasem i  zmęczeniem ciała, zamierzam zasiąść do komputera.  Myśli kłębią mi się w głowie. Zarówno te, które dotyczą zdarzeń de facto, jak i te, które  prowadzą mnie do mojego świata  fabulacji. Moich bohaterek – utrapionych , beztroskich  szczęśliwych, nieszczęśliwych, starszych , młodszych, głupszych, mądrzejszych i innych…. kobiet. Mobilizuję wszelkie siły, zbieram resztki ich – tych niewyeksploatowanych  w codziennych zmaganiach z normalnym  życiem, by kończyć pierwszą część nowej powieści. Niecierpliwość we mnie wzbiera, bo kolejne pomysły lokują się głowie, a ja się boję, że ulecą albo zwyczajnie nie stanie mi czasu.

                Zastygam wpół ruchu, bo pytanie mojego syna zupełnie wybija mnie z trajektorii myśli. Patrzę na niego. Z twarzy Marcela sczytuję wyczekiwanie. Oparty o ścianę, w pozie cwaniaczka, mówi, nie czekając na odpowiedź:

- Bo Jetsonowie są tacy nowocześni. Nie sądzisz?

Pewnie że nie sądzę,  bo zupełnie zapomniałam o  Flinstonach, o Donaldach i nawet Bolki i Lolki ulotniły się  z mojej głowy.

-  A ty, mamuś, jaką bajkę najbardziej lubiłaś?

- Bolka i Lolka, potem….Tom i Jerry…  - usiłuję sobie natychmiast przypomnieć, bo on czeka.

- A teraz? – Marcel nie odpuszcza.

Denerwuję się, bo cały dzień spełzł mi na tysiącu spraw, a teraz zamierzałam pisać. Nie szukam więc odpowiedzi, ale chcę spławić dzieciaka.

- Teraz Pingwiny, ale Marcel, proszę – zamierzam  zakończyć ten dialog, bo  właśnie przyszło mi do głowy  jakieś zgrabne rozwinięcie wątku związanego  z Niną – bohaterką  mojej powieści

- Wiem, wiem – przerywa mi syn.  – Rozumiem cię. Wiem że to dla ciebie ważne…. Daj mi tylko buziaka i przytul.

Mierzwię czuprynę Marcela, cmokam go szybko w usta i wracam do pracy.

                 Nie klei się. No nie! Zamykam klapę laptopa i idę za nim. Razem pooglądamy Pingwiny….

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 3 maja 2013

To był maj…, czyli o tym, że człowiek tak już ma, że jak mu się coś wryje w pamięć to nijak tego wyrwać nie można




To był maj…, czyli o tym, że człowiek tak już ma, że jak mu się coś wryje w pamięć, to nijak tego wyrwać nie można

           



           
Jestem za młoda na pomstowanie na komunizm, za stara, by go ignorować. Historia z pomocą literatury, filmów oraz innych tekstów kultury i nie tylko nauczyła mnie, że komunizm był czymś zgoła złym i nie ma potrzeby,  by wysilać się na poszukiwanie dobrych stron. I w tej kwestii nie zamierzam prowadzić jakiejkolwiek polemiki. Z kimkolwiek. Oczywista oczywistość. Kiedy osiągnęłam już ten stan świadomości, który pozwalał mi na interpretację dziejących się zdarzeń,  bolałam nad wszelkimi aktami niegodziwości człowieka wobec człowieka i wymierna stawała się prawda z innych, jeśli nie gorszych, to równie podłych czasów: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nie podejmuję się choćby próby historyczno – socjologicznego rekonstruowanie tych czasów, bo i merytorycznie nie podołałabym, a i większej potrzeby po temu  nie widzę. Ale dni, które się toczą, wśród nich  – 1- maj przywodzą na myśl czasy mojej młodości. Wybaczcież mi, jeśli nie piszę o ucisku, o degrengoladzie obyczajów, o cenzurze, o uchybieniach na wszystkich przestrzeniach życia… Nie piszę… bo nie. Bo w zakamarkach mojego umysły tkwi obraz majowy, w którym nie ma żadnej oceny, który niepoddawany jest reinterpretacji, który nie jest w najmniejszym stopniu opowiadaniem się za czymś, a  który jest tylko jednym retrospektywnym elementem...

           
 
Otóż… niedaleko mojego domu przy Koziej, w  części dawnej sali kinowej kina szumnie zwanego – Stolica, mieściła się księgarnia. Albo mnie pamięć myli, albo nie, ale była to chyba pierwsza księgarnia w Barlinku. ( swoją drogą zatrważająca jest myśl, że obecnie nie ma w Barlinku żadnej, poza punktami, w których można kupić niejako „przy okazji” książkę
    Maj rozpoczynał się pięknie! Słońcem, ciepłem. Tak, że całe rzesze uczestników majowego pochodu z trudem go zakończyły. Żar lał się  z nieba, a trzeba było trzymać fason, bo  na chodnikach, na balkonach i w parkach, stojąc na ławkach i wyciągając szyję jak gęsi  owemu  wielobarwnemu przypatrywali się mieszkańcy Barlinka. Ulice roiły się od ludzi i kolorów. Na rogatkach przycupiły budki z cukrową watą i saturatory z wodą sodową. Czystą lub z sokiem. Trzeba było mieć znajomości lub wygląd nie byle jaki, by poczuć słodycz soku w szklance sodowej. Nad tłum wystawały pęki balonów niczym wielka wiązanka komunistycznych goździków w kolorze biało – czerwonym( z nieprzypadkową przewagą tych drugich). W mundurku harcerskim ( jednego roku) albo w czarnych szortach i białym podkoszulku, dumnie dzierżąc w rękach wielkie koło olimpijskie ( innego razu) wracałam z pochodu. I nagle moją uwagę przykuł tłum ludzi przy rzeczonej wcześniej księgarni... Nie zważając na fakt, że moje reprezentacyjne podkolanówki są brudne i zsuwają się na kostki, marszcząc się nieestetycznie i brzydko jak obwarzanki, stanęłam w kolejce. Niczym w zabawie w głuchy telefon podawano tytuły książek, które rzucili z okazji Święta. Matko! czegoż tam nie było! Cała klasyka polska i światowa – od Mickiewicza, przez Sienkiewicza, po drodze Dobraczyński, przypadkiem rzucony Hłasko aż po Flauberta, Tołstoja i Bóg raczy wiedzieć kogo jeszcze. Dam sobie głowę odciąć, że w tym skwarze, pośród  cisnącego się tłumu, w powietrzu unosił się zapach książki – farby drukarskiej nie wiem, czego jeszcze, co  do dziś przyprawia mnie o zawrót głowy ( może dlatego opieram się e- bookom).Co chwilę z tłumu wynurzały się osoby, którym dane było zakupić coś super atrakcyjnego.
I oto pośród ich szturchań,  przepychanek, wzajemnych złorzeczeń doszłam do kasy… I… I UDAŁO MI SIĘ NABYĆ…  Encyklopedię,  potem jeszcze kilka innych cennych lektur,  o których istnieniu  właśnie się dowiedziałam. Unurana, spocona i szczęśliwa wracałam do domu, który był rzut beretem.
    Minęło tyle lat, tyle zdarzyło się – w wiele bardziej emocjonującego, wartościowszego... a mnie w pamięci kołacze się tamten obraz. I tyle.