czwartek, 13 czerwca 2013

O czytaniu Stasiuka i o tym, że jestem kim jestem i nic tego nie może zmienić….


                O czytaniu Stasiuka i o tym, że jestem kim jestem i nic tego nie może zmienić….


 

             
zdjęcie z Internetu
  
Lubię poranne chodzenie do pracy. Zwłaszcza jak ciepło. Jeszcze na ulicach cicho i trochę pusto. Samochody przemykają. W środku siedzą sobie ludzie pracy – mniej, czy więcej zadowoleni z faktu, że oto zaczyna się kolejny dzień. Większość z nich myśli sobie o pracy tyle tylko, że muszą to robić, bo póki co są w takiej odległości od emerytury, że nie ma co. A możliwość trafienia szóstki tak nierealna, że nawet nie umieją sobie wyobrazić siebie w sytuacji wygrywającego. Czasem jakaś głowa w samochodzie mi się kłania i odkłaniam się. Idę. I zawsze mam jakiś temat do obmyślenia. Dzisiaj, patrząc na górkę, za którą zaraz moja szkoła, żal mi, że jest tak krótka. Bo dużo mam do obmyślenia. W głowie łomocą mi się myśli na rożne tematy, ale najbardziej na temat Stasiuka. Bo nie mogę skończyć jego książki Grochów. Nie dlatego nie mogę, bo jakieś życiowe sprawy mnie frapują, ale nie mogę, bo nie chcę, a jest tak krótka, że kończy się szybko. Dozuję sobie po kartce, ale tak naprawdę siedzi we mnie dzień i noc. Temat zaiste powszechny w literaturze, by nie rzec nawet banalny. Czekałam więc na ckliwe, chwytające za gardło i serce frazy, a znalazłam, jak to sam pisarz ujmuje „zwyczajność niezwyczajnych rzeczy”. I nie tyle lektura zajmuje mnie, co toczy mój mózg i stawia pytania…Taka jest. Pełna mądrości ( bez zbytniego mądrowania) medytacja nad światem oglądanym z perspektywy, ale pozbawionym wszelkich upiększeń i udziwnień. Tak prawdziwie pokazanym, że momentami aż boli.  Nie spodziewałam się, Boże Drogi broń! od Stasiuka żadnego dydaktyzmu, uczonych puent, ale pootwierał mi pewne furtki w głowie, jak choćby tę, za którą skrywała się oczywista oczywistość, o istnieniu której nie wiedziałam nic a nic. A mianowicie napisał coś takiego: „Bo przecież nie od razu jesteśmy śmiertelni” i jeszcze wiele innych rzeczy, które są tak cholernie proste i mądre, i trzeba tylko je wymyslić. Czytam jego i mam wrażenie wielkowymiarowości. Jestem i tu i tam jednocześnie. I utożsamiam się absolutnie. I żal mi, że ja tak nie potrafię. A nie potrafię, bo jestem kobietą.  Bo, nawet jeśli cudem żywym udałoby mi sięgnąć po język Stasiuka, i nawet, gdybym potrafiła tak jak on – poruszona jakimś konkretem – uruchomiła wyobraźnię, nie zdołałabym się uwiarygodnić u czytelnika, bo jestem kobietą. Bo wszystko, a dla mnie u Stasiuka w szczególności, jest na wskroś męskie. Męski język, męskie emocje i estetyka. Przez całą narrację prowadzi nas z właściwą sobie rezerwą. I owa chropowatość, pod którą pobrzmiewa melancholia i liryzm są tak prawdziwe że aż strach ( a tu już kolejny strach), jak głęboko osadza się w głowie, jak mości się zakamarkach. Bo Stasiuk pisze o życiu, o intensywności świata wobec śmierci, o ludziach prostych z często mało oryginalną genealogią i życiorysem, o rozkładzie wszelkiej materii, o historii, o czasie, co to płynie leniwie od wieczności do wieczności i czyni to doskonale, że chciałoby się zakrzyknąć: Stasiuk największym pisarzem jest.

A teraz poczynię sobie ot! taką dywagację. Kiedyś zdarzyło mi się p o p e ł n i ć taki tekst o kryzysie męskości http://iwona-zytkowiak.blogspot.com/2012/03/czy-nastepuje-kryzys-meskosci-znalazam.html. Tam( chyba poszukiwałam pewnego konsensusu międzypłciowego).

Wbrew pozorom owa dywagacja jest  zupełnie a propos.

Coraz częściej zdaję sobie sprawę w jak ogromnym stopniu coraz bardziej i głośniej dochodząca do głosu ideologia genderu determinuje działanie, percepcję, ocenę wszelkich form aktywności człowieka. Nie sądziłam, że stanie się dla mnie zajmujące na przykład ze względu na  pisanie. O performatywności płci słyszałam wcześniej i, choć nie do końca wiedziałam o co chodzi, ale tak na czuja nawet dość mocno zgadzałam się z twierdzeniami, że płciowość biologiczna dana jest człowiekowi z natury i tak bywa oraz co za tym idzie, przypisuje się człowiekowi płeć kulturową. I to ona, choć wtórna ,chwyta człowieka w ryzy od najmłodszych lat, wyposaża go w cały zestaw instrumentów, stereotypów i kostiumów szytych na miarę płci. Małej wszakże dziewczynce matka wpaja od najwcześniejszego okresu świadomości własnego istnienia: „Pamiętaj! NiE ubrudź się. JESTEŚ DZIEWCZYNKĄ. Nie możesz zachowywać się tak jak jakieś CHŁOPACZYSKO. A potem już przez całe życie do mózgu sączy się nowe symbole i artefakty, jednocześnie podtrzymując i umacniając już ugruntowany system, zmierzając do coraz większej polaryzacji kobiecości i męskości. Tym to sposobem tworzymy sieć dziedzin życia, które coraz bardziej nas, czyli kobiety i facetów różnicują. I coraz gęściej robi się od rozróżnień typu: co wypada mężczyźnie, nie przynależy kobiecie. Bywa na odwrót, ale jakoś rzadziej. I nic więc dziwnego, że owa nierównorzędność tożsamości kobiet i tożsamości mężczyzn budzi sprzeciw tych pierwszych.

I w moim przypadku tak się zadziało. Powtarzalność aktów performatywnych w stylu: Jesteś kobietą, więc tobie nie wypada”. „Jako kobieta, powinnaś to czy tamto”, sprawiła, że nie umiem inaczej. Myślę jak kobieta, robię jak kobieta, czytam przez pryzmat kobiecych doświadczeń, a w końcu piszę jak kobieta. I właśnie przez ten fakt wciąż będę na pozycji niższej, a jeśli już, będę musiała wciąż udowadniać, że to, co kobiece niekoniecznie musi być gorsze.

- Dlaczego się tym zainteresowałaś? – zapytał mój mąż, kiedy ślęczałam wieczorem nad klawiaturą, raz po raz przywołując go, by czytać mu sprodukowane przed chwilą zdania.

Dlaczego? Bo mu – temu Stasiukowi –zazdroszczę. Że tak pisze i nie tyle, że jest to jakieś arcypisanie, choć oczywiście jest, ale to, że on jako facet może napisać tak czy siak, a ja nie. Że jemu dostępne są peryferia wszelkie, a mi nie bardzo. Że on może sobie pozwolić na „zwyczajność”, która z uwagi na to,  że jest jego zwyczajnością, dla mnie zawsze pozostanie egzotyczna. Że może pisać sobie dosadnie i krwiście, a ja nie, bo jak  to miałoby się do tej kobiecej estetyki. Jasne, nikt mi nie zabroni, papier wytrzymały (komputer jeszcze bardziej), ale nie będzie w tym autentyczności i szczerości. I zazdroszczę mu też tego, że ja jego przeczytam, ale ona mnie nie. I co z tego, że nie tylko mnie…

PS. Od autorki, czyli sobie jeszcze napiszę: Nie dokonuję analiz, interpretacji , nie szukam tropów, powiązań i odniesień, bo się najnormalniej na tym nie znam