poniedziałek, 2 lipca 2012

Oj gna mnie, gna! W poszukiwaniu straconego czasu, czyli jadę weryfikować wspomnienia z rzeczywistością….

Oj gna mnie, gna! W poszukiwaniu straconego czasu, czyli jadę weryfikować wspomnienia z rzeczywistością….


Wakacje! Należą mi się w tym roku jak nic! Zasłużyłam sobie! Wprawdzie w głowie gdzieś kwiliły mrzonki o podróżach zamorskich, ale szybko zostały wyprostowane przez Krzysztofa:

- Absolutnie! – zaperzył się, kiedy tak z głupia frant oznajmiłam, że właśnie zarezerwowałam wczasy w Turcji od piątku, na tydzień, all inclusive- Francja – elegancja. Napoje, baseny full wypas! – Absolutnie! Ja mam zobowiązania, terminy! A poza tym pieniądze! Trzeba to, tamto, siamto…. Koniec kropka!

Tym to sposobem moje wczasy diabli wzięli! Mrzonki pierzchły gdzieś w dalsze zakamarki umysłu i tam sobie kwilą po cichutku, po kryjomu! Zdzwoniłam do Miłej Pani z Biura, przeprosiłam, pokłamałam, pozmyślałam, pośmiałam się z sobie danym wdziękiem i humorem… Siadłam  nieruchomo, napawałam się swoim nieszczęściem. Coś ze dwie godziny lizałam rany. A potem pomyślałam sobie, że cóż: nie Turcja, nie Majorka, nie Grecja, ale przecież  mogę i w Polsce. Wszak  „piękna nasza ziemia cała”. I padło na Toruń! Jadę więc do Torunia. A stamtąd… gdzie oczy poniosą…. I na pewno pojadę do Orzechowa, bo przecież będę miała okazję skonfrontować  to, co napisałam w powieści „Całkiem dobre życie”, zweryfikować wspomnienia z czasów, kiedy byłam (jak ja nie lubię czasu przeszłego w tym kontekście!). Zapaliłam się do tego pomysłu!  Tak więc hotel zarezerwowany, bilet zakupiony. Pakuję siebie, dzieciaka i w drogę!!!

Poniżej fragment powieści „Całkiem dobre życie”

                „Kiedy wysiadła z autobusu, była skonana. Cały dzień w drodze dawał znać o sobie. W żołądku ściskało ją, choć nie była głodna. Czekając w Toruniu na autobus do Wąbrzeźna, zjadła w pobliskim barze pierogi. Kobieta w białym stilonowym fartuchu polała leniwe grubą warstwą margaryny z cukrem. Wszystko było mdłe i słodkie, ale Róża jadła. Wprawdzie już odzwyczajała małego od piersi, ale jeszcze karmiła. Lęk o przyszłość, niepewność nakazywały jej nie przestawać. Gdyby cokolwiek złego, to jemu choćby i jej pokarm zostanie. Była zmęczona i wmawiała sobie, że potrzebnych jest jej kilka godzin odpoczynku, by odegnać złe myśli.   Mały spał spokojnie zupełnie nie przejmując się tym, że jego życie się zmienia i jakby podświadomie nie chciał przysparzać matce rozterek. Po wyjściu z baru natknęła się na kolejkę. Stanęła, bo co by nie było zapewne będzie to coś, czego jej zabraknie. Nie miała nic. Nie wiedziała jak to będzie. Bała się tej swojej samodzielności. Podjęła bodaj najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. W głowie wciąż kręciły się te same obrazy. Wyjście z mieszkania. Ciche zamykanie drzwi jakby bała się, że ktoś zobaczy i zawiadomi Sławka. Nie chciała sobie wyobrażać jego powrotu do domu. Wypierała go z myśli, ale nie dawał się. Wracał wciąż w wyobraźni. Zrozpaczony, szalejący z wściekłości, z tym  gorzkim poczuciem rozczarowania.  Nakładała sobie inne obrazy, matki, domu, który miała zająć za półtora godziny, może dwie, ale nie! Jego obraz był wyraźniejszy, przebijał przez wszystkie inne, odciskał się jak mocno pociągnięta długopisem kreska, widoczna  jeszcze na iluś kolejnych kartkach. I nie dawał się nijak zamazać. Nie mogła po prostu wyrwać kartki z mózgu, zmiąć i wyrzucić.

- Dla pani? – rzuciła sklepowa. – To  samo?

Róża przytaknęła. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że stanęła w kolejce za nie wiadomo czym. Ludzie wychodzili z kolejki ze zwycięstwem na twarzach. Nieśli konserwy w torbach. Pomyślała, że dobrze się złożyło. Mogły poleżeć i smaczne są. Kiedy Sławek przynosił do domu prostokątne puszki, najbardziej lubiła ten moment, kiedy mały aluminiowy kluczyk zawijał wokół kawałek opakowania, a potem podnosiło się wierzch konserwy, której zapach wypełniał cały dom. Kroili sobie plaster za plastrem, popijając winem. „Rozpusta” – śmiał się wówczas Sławek.

- Turystyczną tylko? Czy pięć tych i pięć tych? – dopytywała beznamiętnie ekspedientka.

- Hmm – zawahała się chwilę.

- A co to za wybrzydzanie. Pani woła! Kolejka stoi! – odezwał się głos z kolejki.

- Pięć jednych i…  – zanim  dokończyła, puszki leżały na ladzie. Spakowała je do torby, w której szeleściły jeszcze woreczki z przygotowanymi kanapkami. Wyszła ze sklepu. Wózek stał przy witrynie, którą  widziała z wewnątrz. Położyła torbę na dole w koszu. Duża walizka była ciężka i niewygodna, ale tłumaczyła sobie, że jeszcze trochę i jej świat zmieni się. Na lepsze. Mimo wszystko.

Przy stanowisku siódmym, na który miał być podstawiony autobus do Wąbrzeźna przez Chełmżę, Węgorzewo, Orzechowo, stało kilka osób. Róża ucieszyła się, że może uda jej się w końcu pojechać bez tarmoszenia, przepychanek i nerwu. W informacji powiedziano jej, że kurs trwa około godziny. Ucieszyło ją to, bowiem,  miała szansę dotrzeć przed zmierzchem. Był początek sierpnia. Długie jeszcze noce… .

                Na przystanku przyglądano się jej z  nieposkromioną ciekawością. Pewnie trasa była na tyle objeżdżona przez stałych pasażerów, że widok obcej miał prawo budzić zdumienie. Nawet kierowca potraktował ją jak „nieswoją”. Wysiadł z pojazdu. Ulokował bagaż, wziął pod pachę wypięty ponownie kosz i wniósł do środka. Dopiero potem siadł za kierownicą, przeczesując grzywkę palcami, zerkając dyskretnie, zagaił:

- A dokąd to pani sobie życzy?

- Orzechowo. Jeden zwykły i … wózek? … To już nie wiem… jako bagaż… ?

- Damy radę! Ludzi  nie ma, nie ma się co wygłupiać – rzucił wpatrując się w nią, że poczuła, jak czerwieni się niczym jaka dzierlatka. I ułamek sekundy jakby zapomniała, że jest matką. Mężczyzna przyglądał jej się badawczo. Róża przymknęła oczy. Zmęczenie dawało się we znaki. Ręka dotykała synka. Kręcił się, ale wciąż spał.  Z czułością pomyślała o nim. To już ostatni etap drogi. Jeszcze paręnaście minut dzieliły ją od nowego życia.  Róża zdawała sobie, sprawę, że wszystko to inaczej by wyglądało, gdyby u jej boku był mężczyzna. Silna dłoń, jasna decyzja… . Sławek… . Może kiedyś. W innym świecie.

Mężczyzna za kierownicą co chwilę spoglądał w lusterko, uśmiechając się zalotnie.

                Przez chwilę  widocznie przysnęła, bo na którymś zakręcie przebudziła się i zobaczyła żółty, eternitowy dach przystanku. Przypomniała jej się pomalowana farbą ściana. Przecież była więcej jak miesiąc temu. Pewnie kibice rywalizujących drużyn wiejskich klubów piłkarskich w ten sposób okazywali wzajemne sympatie i antypatie. Żółta tabliczka przymocowana do przekrzywionego słupa oznajmiała: Orzechowo. Kierowca pomógł jej wysiąść. Młoda dziewczyna, niewiele młodsza od niej wyskoczyła na pobocze i w zasadzie nie mówiąc nic, przytrzymywała kosz, kiedy ona mocowała się z zatrzaskiem. Kierowca jeszcze zerkał, dopóki odbijała się w bocznym lusterku, a potem autobus ruszył, pozostawiając po sobie zapach spalin, który zaraz się rozszedł w powietrzu. Dziewczyna, upewniwszy się, że wszystko w porządku, poszła w drugą stronę, jeszcze z dwa razy oglądając się za przybyłą i zniknęła za porośniętym parkanem, ponad którym wyglądały ciekawskie łodygi malw z rozkloszowanymi kielichami czerwonych i różowych kwiatów.

Róża ruszyła do d o m u. Z pól ciągnących się zaraz za domostwami dochodziły zapachy, których nie umiała nazwać, ale których nigdzie indziej nie czuła. Pomieszanie zbóż, ziół i traw. Było cicho. Rozglądała się. Pustka, cisza i spokój, jakie panowały wokół, były czymś tak obcym, że zdawało jej się jakoby ten cały świat był tylko wytworem jej wyobraźni. Podświadomie czekała aż zza rogu usłyszy szum jadącego po szynach tramwaju, zobaczy kolor świateł albo ludzi przemierzających z jednego brzegu ulicy na drugi. A tu nic. Tylko odgłosy zwierząt, porykiwania, poszczekiwania  i podzwaniająca cisza. Tak dokuczliwa, że trudna do przyjęcia. Za parkanami przycupnęły domki, z otwartymi na oścież oknami. Na ławkach przed wejściem do domostw stały bańki na mleko po wieczornym udoju. Wieś umęczona dniem odpoczywała. Gdzieś za płotami widać było poruszające się sylwetki. Róża minęła grupę młodzieży z kocami, ręcznikami przewieszonymi przez ramię. Patrzyli za nią z ciekawością. Któryś z dzieciaków wykrzyknął:

- Dobry wieczór!

- Ty! Kto to ? – spytał chłopiec z grupy.

- Nie wiem – wzruszył ramionami tamten.

-To co ty  jakiś głupi jesteś! Nie znasz, a się kłaniasz – wyśmiewał inny z chłopców.

- Dajcie mu spokój – powiedziała ładna dziewczynka. Była najwyższa z nich. Cera smagła, długie zebrane w koński ogon włosy, miała może z siedemnaście lat. – Wypada przywitać, nawet jak ktoś obcy.

-A mnie się zdaje, że to może ta nowa nauczycielka. Mama mówiła, że pan Edek mówił, że jakoś teraz miała przyjechać. A widziałem Zaleskich jak kręcili się wkoło domu dla nauczycielki.- No! – dodał chłopak, który gdzieś już Róży mignął. – To chyba ona była z naszą dyrektorką.

- Tak, tak – przytakiwała mała blondyneczka. – Ja też ją widziałam już. To na pewno ona.

- Ty to Kowalowa jak zawsze wszystko wiesz! – sarkał ktoś z grupy.Dzieciaki zniknęły za zakrętem, przed którym  widniał drogowskaz: Ryńsk 4 km.

                Z daleka zobaczyła jakieś małżeństwo, oparte o płot. Mężczyzna zrobił z dłoni daszek, bo słońce świeciło mu prosto w oczy jakby kogoś wyglądał. Róży nie przyszło nawet do głowy, że to jej wyczekują. Mężczyzna przystępował krok, to znowu się zatrzymywał. Widział ją nie tak dawno przecież, ale mylił go ten wózek. No bo i jak to? Nikt o dziecku nie wspominał! To i skąd by się nagle miało wziąć? Ale, kiedy dzieliło ich kilkanaście metrów do niej, ruszyli obydwoje w jej stronę. Powoli niepewnie, przyglądając się z ciekawością.

Róża uśmiechnęła się. Domyśliła się, że to Zalescy, dyrektorka opowiadała o nich i, że mieszkają tuż obok szkoły i zarazem jej mieszkania.

- O matko jezusowa! – zwołała  Zaleska, trzymając jedną ręką wózek, drugą podtrzymując gotowy do porodu, obwisły brzuch – Toć to takie maleństwo! I to pani magistrowej?!

Kobieta  przyjęła dziecko Róży całkiem naturalnie, nie pytając o nic. Skoro było, to było! Róża  uśmiechnęła się na to „magistrowa”, bo w rzeczy samej nie przywykła do tego tytułu.

Kobieta witała ją jak znajomą  od wielu lat. Zrobiła taki gest jakby chciała odebrać z jej rąk wielką walizkę. Zaprotestowała. Walizkę wziął mężczyzna. One szły, prowadząc wózki. Róża była bardzo zmęczona, ale z każdym krokiem rósł w niej  spokój. Ta kobieta obok, o której nie  wiedziała nic, napawała ją owym spokojem. Nie wiedziała czy przez sam fakt posiadania małego dziecka, czy też przez łagodność, jaka malowała się w całej jej sylwetce mimo tej ciążowej deformacji.

- Zaledwie tydzień temu wyjechała nasza Maria kochana – zagadnęła Zaleska. Dziewczyna domyśliła się, że chodziło o Marię Rofe. Zastanawiała się, jaki związek łączył ją i dyrektora. A może to rodzeństwo? Pewnie nie dowie się tego i nie jest jej to potrzebne. Fakt, że tych dwoje wiedziało o swoim istnieniu i to, że ona – Róża dziwnym zbiegiem okoliczności zawieruszyła się w ich życiu zdawał się być absolutnie niepodważalny. I wiedziała też, że pewnie należą do tego samego zastępu aniołów, które sprawują nad nią pieczę. Oni i Sławek, i …babka ze swoich zaświatów i matka… i Danka… . Róża tknięta tą świadomością, że mimo wszystko nie jest sama na tym świecie, poczuła ściskanie w dołku, gotowa rozpłakać się jak dziecko.

Nie powiedziała nic. Zaleska dodała po chwili niby szeptem, choć było pusto, oprócz skrzypienia kół i pokaszliwania Zaleskiego nie słychać było żywego ducha.

- Pani Maria to tylko na wszystkie świętości zaklinała, byśmy na panią magistrową mieli baczenie. A ona … ona to dla nas… . Eee tam! Szkoda gadać! Powiedziała. Rzecz święta! – Następnie zniżyła jeszcze bardziej głos, jednocześnie rozglądając się nieufnie wokół siebie. – Tu  we wsi to zaraz wyszło, że ona za Żydem mężem wyjechała! Nasi to nic sobie z tego nie robili, ale tamci… .Teatry tu urządzali! Głupie te ludzie, że mówię pani! Przyjeżdżali czy to z Wąbrzeźna, czy z Torunia i głupot rozpowiadali. A niektórzy, to wiadomo.  Póki nie wiedzieli, to na rękach nosili, a potem… potem to jej kamieniami okna powybijali!  Ale to pani tylko te głupole, co to ich reszta zaraz rozumu nauczyła. I dalej spokój u nas!

Mieszkanie mieściło się tuż obok szkoły. Stanowiło część  małego domku, jakich kilka bliźniaczych było we wsi. Druga należała do Zaleskich. Mniej więcej w połowie jego długości stał niski płotek zrobiony z półmetrowych sztachetek, który dzielił niewielkie poletko tuż przed domem.  Róża patrzyła na budynek. Wyglądał niczym rysunek będący wyobrażeniem dziecka. Spadzisty dach, prostokątne otwory okienne z drewnianymi okiennicami, czerwona cegła. W oknach bieliły się firany. W trzech pierwszych jednakowe, w dwóch inne. Jakby owe firany zaznaczały innych lokatorów. I tak było w istocie.


czwartek, 21 czerwca 2012

Pożegnanie z Meduzami, czyli wszystko się musi kiedyś skończyć…

 Pożegnanie z Meduzami, czyli wszystko się musi kiedyś skończyć…

( dla niezorientowanych: jest to poniekąd kontynuwacja cyklu "Zapiski szkolne"  - o Meduzach  na tymże blogu... sic! )
            Wcale nie zamierzam napisać filozoficznej rozprawy, czy też rozwodzić się nad mądrością tego – skądinąd bardzo banalnego – stwierdzenia. Ale przecież skoro już przysiadłam do klawiatury, a myśl ta zaświtała mi w głowie, to teraz nijak rozstać się z nią nie mogę.  Szukam więc owych „końców”, które zmusiłyby mnie do głębszych refleksji…

            Tak więc kończy się wiosna. Ale jest ona tak naturalnie wpisana w cykl zmian wszelkich, że nie ma potrzeby skupiać się na tym, że się kończy. Bowiem począwszy od tych banalnych zmian, namacalnych dla wszystkich – porannego świegotu ptaków, pęczniejących pączków, z których wyrastają wszelkiego rodzaju kwiaty, kwiatuszki, kwiateczki roztaczające wszędy woń, omamiając, powalając, wodząc na pokuszenie, budząc wspomnienia, skojarzenia…, skończywszy zaś na bardzo przyjemnej konkluzji, że zaraz nastąpi lato, niosące woń pól, mięty i macierzanki, lato – pełne niezapomnianych wspomnień z młodości – tej wcześniejszej, kilkudziesięcioletniej, ale i tej mnie odległej – sprzed kilku lat- owe zmiany nijak się mają do innych, które człowiekowi się przydarzają. Zmian, które toczą refleksję, prowokują analizy, zapuszczają się gdzieś w odległe zakamarki naszego umysłu. I choć niby nastąpił koniec czegoś,  ale jednak coś tam zostaje w człowieku! Na zaś.

Nierzadko, coś co się skończyło powoduje w nas metamorfozę. I to chyba dobrze, że gdy coś co mija, kończy się w naturalny sposób  pozostawia w nas wspomnienia, ciepło pod sercem,  trochę tęsknoty, chęci powrotu, powody do wprowadzania zmian..

            Gorzej, jeśli coś mija bez echa. Gorzej, jeśli brak refleksji!  Gorzej, jest człowiek chce zapomnieć, że się zdarzyło! Gorzej… jeśli nie nastąpiła w człowieku żadna zmiana... , a już najgorzej – jeśli zmiana nastąpiła… ale taka, której nie chcemy, bo odebrała nam coś, obnażyła wstydliwe miejsce…

***

            Przypływy i odpływy… Morze było spokojne… tak bardzo, że horyzont zdawał się być absolutnie nieuchwytny. Jednakowy lazur. Idealne połączenie nieba i wody… Taki piękny świat!

Meduzy zwabione owym bezruchem, trwaniem w zastygłym czasie, niewymagającym od nich absolutnie niczego, wypełzły na brzeg. Te, które miały zaginąć w odmętnych głębinach, które miały zostać pożarte przez inne morskie stwory, wypadły z obiegu, pozostawiając więcej przestrzeni zdrowym osobnikom… Niektóre porozkładały na powierzchni morza swoje parasole i podryfowały tam, gdzie zawiódł je morski prąd – na inne morza i oceany, by tam czynić zło, bo jak to powiadał stary Santiago meduzy były złe  i poza rekinami, których Stary nienawidził z oczywistych względów, gardził meduzami ((…)opalizujące banieczki  były piękne. Ale były też najzdradliwszą rzeczą w morzu i stary lubił patrzeć, jak pożerają jej  duże żółwie morskie.(…) i lubił też deptać meduzy na plaży po sztormie, i słuchać, jak pękają (…)).

            Te, które niegdyś pływały się w błękitnych wodach morza  i któregoś dnia zostały  wyrzucone na brzeg, leżały skuszone słońcem, pławiąc się w jego cieple, nieświadome, że czeka na nie niechybna śmierć. Ej! nierozsądne Meduzy nieświadome swego losu! Żadnej  refleksji! Żadnej pokory! W twarzach niepokalanych inteligencją, w pustych spojrzeniach czaiły się złośliwe błyski. Coraz bardziej wyciągały swoje macki, coraz bardziej uruchamiały swoje parzydełka, pozostawiając bolesne, jątrzejące rany. Nawet wtedy, gdy człowiek chciał ratować je przed zgubą. Głupie Meduzy! Nie kąsa się reki, która karmi, nie odcina się sznura, który ktoś trzyma nad przepaścią!

 …

            Chciałam być jako ów mędrzec, co to – ryzykując  własnym zdrowiem, życiem,  co nie zważając na toksyny zawarte w ich jadzie, które to powodują ogromne cierpienia, ból nie do przetrzymania a niekiedy do omdlenia – wytrwa  w swojej misji czynienia zmiany świata, czynienia dobra… Ale nie udało się. Okazałam się bezsilna wobec rozmiaru i liczebności tych stworzeń…wobec owego tajemniczego zjawiska Skazy, które bywa utrapieniem dla rybaków, dla turystów, dla spacerujących brzegiem, którzy to zamiast bursztynów, znajdowali Meduzy.

            Skończyło się!  I nie ma do czego wracać. Może czasem spojrzę w tamtym kierunku, pojadę kiedyś rowerem. Ale… bez sentymentów. Smutno mi, że tak muszę myśleć, że nie umiem inaczej, smutno mi, że nie znajduje w sobie zmiany, jakieś nauki… Kiedyś myślałam, że napiszę o tym książkę… Lecz, na miłość Boga, o czym miałabym pisać….


poniedziałek, 11 czerwca 2012



Muszę pisać, bo tak mam… Inni mają dar milczenia ja nie! Na szczęście i nieszczęście…

2012 rok! Data jak każda inna… Nie usiłuję doszukiwać się żadnych znaków. Ani w numerologii, ani w kartach, ani nigdzie… I w ogóle oszukuję siebie słodko, że obce są mi wszelkie wróżby, horoskopy i zaklinania ( i nie mam pojęcia, dlaczego zobaczywszy czarnego kota, czekam aż ktoś inny przejdzie mu drogę, a zapomniawszy czegoś, przysiadam i liczę do dziesięciu). Pewnie to taka moja chłopsko – filozoficzna spekulacja gdzieś zaczerpnięta z Blaise'a Pascala, że bardziej opłaca się wierzyć niż nie wierzyć, bo… ( tu można się odwołać do wszelkich źródeł podających ów „zakład Pascala”. Mniejsza o to…Coś innego  zaprząta mnie od pewnego czasu… Nie zamierzam tu dokonywać jakiejkolwiek analizy siebie samej, bowiem psom na budę ona, ale tu właśnie – parając się z tym, co chcę puścić w świat, co zaś nie – uświadomiłam sobie, że nie potrafię żyć bez słów, bez pisania… I czy to będzie opowiadanie, czy wiersz, czy jakieś felietonik pożal się boże… to uwielbiam ów moment przelewania siebie i nie – siebie, moment spłukania, oczyszczania… Moment stwarzania, konfabulacji, moment idealizowania, przekształcania. Czasem prawdopodobny, czasem życzeniowy, niekiedy rozrachunkowy, niekiedy całkiem wyssany z palca… dla wyzwolenia emocji, pobudzenia wyobraźni, dla prowokacji i dyskusji… dla … nie wiedzieć czego. Jest jak jest!
   Wiele osób, z którymi tworzę mniej lub bardziej ścisłe relacje zadaje mi pytania: „ Po ci to, po co piszesz? Po co obnażasz swój świat? Po co wypowiadasz się  a'propos czegoś, a często i bez związku?
    Nie wiem. Ale wiem, że gdyby ktoś kiedyś odebrałby mi możność pisania… umarłabym… Słowa niewyrzucone w przestrzeń zdusiłyby mnie, rozerwały od wewnątrz… dlatego muszę pisać. bo to jest ujście, zapora wyrównująca poziom,  bo to jest wentyl bezpieczeństwa, co to chroni mnie przed katastrofą. W tym indywidualnym wymiarze, ale tak czy siak rzutujący na innych ( szczególnie na najbliższych, którzy cały czas usiłują radzić sobie ze mną).
Cokolwiek odbiegłam od tematu… Zaczęłam o 2012! Właśnie! To rok, kiedy wróciłam do poezji. Po pięciu powieściach, ciężkich próbach prozy, dosłowności, historii, po opisywaniu życia takiego powszedniego ( nawet jeśli wszystko zdaje się być tylko fikcją, moją opowieścią), wróciłam do przeżyć, doznań, impresji… One to bowiem konstytuują moje pisanie, one powodują, że muszę zarejestrować  to, co we mnie NATYCHMIAST. I choć za moment wszystko staje się nieaktualne, choć staje się nieprawdą, choć budzi zdziwienie, a często litość, współczucie…choć konstruuje ( siłą rzeczy) wizerunek mnie jako kobiety totalnie pogubionej niczym Barbara Niechcicowa, to jednak to poezja ( nie wiem, czy mogę to tak nazwać, bo to wielkie słowo jest) pozwala mi na to, bym dała upust emocjom, co to pęcznieją we mnie i nie dziwota, że muszą znaleźć ujście gdzie bądź. I oto poniżej zebrałam to, co się urodziło.


***

Na mojej komodzie stoi
zastęp aniołów

Jedne z połamanymi przez Marcela skrzydłami
-bo czynił ruch
nie zważając na ich świętość

Inne wyblakłe
od nasączonej związkami powierzchniowo czynnymi
szmatki
którą ich smagam
wprawną ręką
wyuczonym od dawna gestem

gospodyni domowej

bez żadnej głębszej myśli
czy atencji
albo jeszcze innej formy
oddania im czci

choćby w postaci
wody czystej
bez octu

dla oczyszczenia

Jeden
spowity celofanową
peleryną
uśmiecha się
tajemniczo

a może to
ironia
ukryta w błysku
folii

A niektóre unoszą
wymalowane na odczepnego brwi
jakby chciały mnie zapytać
co tu robię

Chciałam zignorować ich obecność
bo twarze miały bez życia
i nie były wiarygodne
a w zagłębieniach rys
niedających się wypełnić
niczym

osiadł kurz

To po co miałabym się
wygłupiać
składając przed nimi ręce na „amen”?

lecz zdjął mnie strach
gdy zatrzepotały połamanymi skrzydłami
a oczy były pełne wyrazu
Strzepując zakurzoną szmatkę
by przepędzić związki powierzchniowo czynne
szeptałam

na wszelki wypadek

Ty zawsze przy mnie stój
teraz
i na wieki
wieków

amen

Erotyk o bardzo niejasnej retoryce

uciekł mi sen
spod powiek!
choć zaciskałam je mocno
aż mroczki tańczyły pod nimi

niczym złośliwe chochliki

chciałam go zatrzymać
wewnątrz siebie

końcówki obrazów
wymykały się
spłoszone muzyką mistrzów
ograną w tandetnych dzwonkach
monofonii

dalekiej od gregoriańskich chorałów
szukając rąbka śliskiej kołdry
walczyłam, by zatrzymać
ciepło twoich rąk

wyślizgnąłeś się
ukradkiem

zapach nocy rozcieńczył się
w filiżance kawy

w fusach zakręcił się
twój obraz
porwany przez spijanego przeze mnie
ślimaka

cały dzień czułam na ustach
smak nocy

Na tyłach kościoła

Objuczony troskami
nie wiem czy śpisz
czy tylko myślisz
z zamkniętymi na amen oczami
na tyłach kościoła
schowany przed ludźmi i ich
pokręconymi losami
skulony i mały
wobec
wszystkich trosk świata

oparłeś głowę na rękach
i udajesz, że zbyt jesteśzmęczony
by przerywać sobie drzemkę
na okoliczność mojej wizyty
a może

ta ludzka część Ciebie
poddała się
przecząc dogmatom o

Twojej równości z Najwyższym

W narożniku ogrodu
niemal oliwnego
biała Matka Boska
rozkłada swoje ramiona
ale ja ufam mężczyznom

Ogrzewa Cię
rozbuchany przeze mnie ogarek
który stał się
wielkim płomieniem

Drga brązowa powieka
prawego oka

Cisza

Tylko stuk startych obcasów
wte i wewte
drepczący po betonowej ścieżce
podrywa Ciebie z zamyślenia

Unosisz wyrzeźbione brwi
Jakbyś igrał ze mną

Ścieram kurz z korony cierniowej
jeden cierń zostaje mi w dłoni
rzucam go w trawę
na której w grudniu kwitną białe stokrotki

bo staje się

cud

Zdumiona Matka Boska
wzrusza białymi ramionami
Wracam do swojego świata
lekkim krokiem

oderwany z twojej korony cierń
zmieszał się z przypalonymi główkami zapałek
wtórując moim krokom
niczym portorykańskie marakasy


szelesty obudziły we mnie sens

Zostałeś za plecami
zdmuchując płomień
który rozpaliłam Tobie

na tyłach kościoła

***

Mogłeś mnie Panie
uczynić ślepą
nie widziałabym wtenczas
psich odchodów  na białej płaszczyźnie zimy

Mogłeś

Mogłeś mnie
zrobić i głuchą
byłaby spokojniejsza,
kiedy za drzwiami
huczy świat
polifonią

Mogłeś

Mogłeś pozbawić  mnie
mowy
i tyle słów zostałoby niewybrzmiałych
darując wielu ludziom
na ten przykład
przykrości,
prawdy

lub …
złości
Mogłeś

Mogłeś dać serce
kalekie
któremu zbędna
miłość
i nienawiść

Mogłeś

I rozumu mogłeś pozbawić
bo często w życiu zawadza

ale Ty
dałeś mi wszystko

prócz sił
co to udźwignąć pozwolą
i oczy zamknąć spokojnie,
gdy noc dopomina się snu
i ustom zamilknąć nakażą
gdy gniew dopomina się słów
i sercu – by bić zaprzestało,
gdy  rytmu ucichnie ton


femme fatale     

kim jest tak kobieta co stoi przy lustrze
-z bezczelnie wydętymi ustami siekącymi
niemym krzykiem przestrzeń bystrym okiem
spowitym mgłą obojętności naznaczonej na piersi
przyczepionym agrafką czerwonym sercem

kim jest ta kobieta w chuście okrywającej niczym
turyński całun z odbitym na nim wizerunkiem
pięknej Salome  budzącej zachwyt lubieżnych mężów
bawiąc się żądzą ich spojrzeń odwróconych od oczu Jana
zdumionego obrazem  fantazmatu wyłamującego się z wszelkich reguł

Kim ona jest? nierzeczywistym bytem tkwiąc w kamiennym bezruchu
pozostaje zespoleniem mistyczno- religijnym  pląsa wśród męskich obaw i lęków
dając im rozkosz i okrucieństwo wieczną tęsknotę i radość opłacając
obłędem aż po horyzont życia…

***

zaplątałam się we własne myśli
szukając tej
która wczoraj nie dała mi żyć
tocząc mnie
milimetr
po milimetrze

zamotałam się we własnych słowach
z których żadne
nie przebiło powietrza
pozostając niewybrzmiałe

ością w gardle stanęło

przełknęłam
dławiąc się goryczą
z trudem  łapiąc oddech

wymsknęłam się z twoich rąk
kalekich chłodem
i sztywnością palców zaciśniętych na powierzchni
drugiej dłoni

swojej

świadomość końca ruszyła z posad
nasze życie
pukładane
niczym mozaika z Pafos
na której majestatyczny Aion
strzeże Wiecznego Czasu

obojętni
zasypiamy
zapominając topografie swoich ciał

oddaleni
ledwie na odległość
oddechu

sami sobie


***

wrócę na pewno wrócę tam
gdzie wygłaskane stopami
trotuary wiodły mnie prosto przed siebie
wśród dyskretnych śladów mauretańskich
władców zaklętych
w białe kamienie

zanurzę się w zapachu drzew owocowych
i w twoich dłoniach kalekich
spierzchniętych od żaru
sztywnych  niczym igły pinii
z palcami pokrzywionymi  i sękowatymi
jak to wiekowe drzewo oliwne na  Placu Cort

wrócę  tam by pod cienistym dachem
pasażu Born spojrzeć w chłodne oczy kamiennych sfinksów
strzegących  wejścia do raju
majestatycznych posagów
co to mają w sobie więcej ciepła niż ty

to one  cię obdarzą  jego cząstką
byś mógł mnie ożywić
bym zmartwychwstała
po raz kolejny

wrócę na uliczki czerwonych latarni
gdzie pod żółtymi fasadami domów
znudzone czekaniem
ziewają dziewczyny chętne

oddać tobie nadmiar swojej miłości
byś mógł nią obdzielić
wrócę na gorące plaże
gdzie niebo łączy się z morzem
popłyniemy na koniec błękitu
i tam znajdziemy swój początek

***

Skazał ją na wieczną pastwę milczenia Po tym jak
wykrzyczała mu siebie głosem rozdzierającym przestrzeń
Tabuny słów ugrzęzły w martwej ciszy czekając na poruszenie
potem wyszedł trzaskając drzwiami aż rozpłatała się na dwoje futryna

Miałki czas w klepsydrze zaklęty wprawił się w osłupienie I stanął
nieruchomo A potem wypełzły omszałe wspomnienia dni
kiedy słowa jeszcze tworzyły galaktykę znaczeń złudzeń i marzeń
choć już nieuchronnie zmierzały w bezsłowną przepaść 

Zataczała w powietrzu kręgi  a może usiłowała rozedrzeć
ową paranoiczną przestrzeń w której flotylle przemilczeń sunęły
niczym białe łabędzie  gotowe do ostatecznej pieśni zwieńczonej
akordem c- dur Dryfowały w świecie ich ciszy nie zawijając do brzegu
ani  jej  ani jego

i w końcu dotarły

Wrócił trzymając za pazuchą to jedno słowo
kroplą krwi  w ręku płonęła róża z wystającego kolca zmiażdżonego
prawym kciukiem   W uszach brzmiała pieśń dziękczynna:
Dzięki ci Panie że wywiodłeś mnie z pułapki milczenia

I nikt nie widział skąd ta przemiana
z samotności
czy aktu pokuty

Zaraz też stał się cud

Słowo ciałem się stało
Sakrament dotyku wypełnił się
Nastąpiło błogosławieństwo ciał

Ite, missa est

taka sobie rymowanka

za mało mnie kochasz
bym mogła pofrunąć do nieba
choć dziś mi znów skrzydła przypiąłeś
i lekkie są tak jak potrzeba

to jednak u dołu mych nóg
u pęcin cherlawych i chudych
pałęta się łańcuch tych spraw
zamilkłych zastanych i …trudnych

i chociaż na minut piętnaście
uniosłam się  łapiąc motyle
lecz…wyfrunęły wraz tobą
i nie wróciły za chwilę

i gdybyś dołożył choć miarkę
do tego co wcześniej dostałam
motyli nie spłoszyłby nikt
w mym ciele na zawsze bym miała

lecz w życiu zaiste tak jest
że kiedy nakarmi się chuć
nieważne są słowa ni  gest
ni skrzydeł motylich szum

bo motyl jak wszystkim wiadomo
ulotność wpisaną ma w życie
zabawi na krótko rozbawi
a potem ulotni się skrycie

i pozostawi po sobie
subtelnych skrzydeł szelesty
i każe czekać aż znów
pojawi się ów cielesny

nazwany z nazwiska imienia
z numeru buta adresu
z prawdziwą genealogią
co doprowadza do kresu

oziębłe sfery intymne
wystygłe wulkany ognia
co wraził się we mnie i stał się
niezbędny mi niczym woda

i żyć bez niego nie umiem
choć przy nim wciąż czuję niedosyt
znak to że akurat mnie
taki pisany jest motyl

***

Jak perła zaklęta w muszli czekam na ciebie
wiotką ręką
wodzę po wewnętrznej stronie muszli  
ledwie chwytam igrające w szczelinie światło
iryzujące obłoki przepływają  leniwie po złotej spirali perłopława
nieświadomego  swego wnętrza

Dotykasz konchy kanciastymi palcami 
w wyżłobieniach  szukasz
niecierpliwie spełnienia
wślizgujesz się  do wnętrza

Perłowa masa
poddaje się lubieżnym pieszczotom 
za moment nastąpi otwarcie
nieuniknione jak grzech


***

gdybym nie umiała mówić
tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu
niczym biały łabędź

pewnie mógłbyś mnie kochać
dumnie przyglądając się
jak sunę dostojnie przez życie
przebijam przestrzenie
bez cienia protestu
w niemym zachwycie
nad światem
który dałeś

może nawet

mógłbyś mnie pokochać
po raz wtóry

gdyby udało ci się zaznać
samounicestwienia
na szczycie spełnień

gdybym nie umiała mówić
tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu
niczym kamień

pewnie mógłbyś mnie dotykać

bez obawy
że pokaleczysz dłonie
o kanty mojego ciała
opornego na dotyk

może nawet mógłbyś mnie pieścić

gdyby udało ci się zaznać
spełnienia na jego
obojętnej  na  dotyk
strukturze

gdybym nie umiała mówić
tkwiąc w jakiejś dziwnej formie mutyzmu
niczym ryba

mógłbyś mnie omotać siecią

żądając trzech życzeń
młodości
bogactwa
wieczności

i otrzymałbyś

lecz zaiste
powiadam ci

gdybym nie umiała mówić
tkwiąc nadal w owej niemocie

nie wiedziałbyś
jak zapalić słońca
jak przetrwać do jutra
jak żyć

***

leżę na końcu świata
prawa ręka zwisa bezwładnie
na granicy  nieba i ziemi
brodząc we wszechświecie
lewa wzdłuż mnie
przykryta kamienną kołdrą

stwarzam ciszę ze zdań utkniętych
w szczelinie między nami

smakuję noc
która pozostała na końcu języka

materace
odległe galaktyki
Andromeda i Perseusz
gdzie jeszcze wczoraj gmatwałeś moje sny
z determinacją odpierając atak Meduzy
uciekając przed jej wzrokiem

bo kamień nie zna uczuć

teraz już tylko na wspólnym niebie
dalecy od siebie
o tysiące lat świetlnych

unoszę kołdrę odsłaniam
kawałek nieba
szukam słów
by zaklinać czas
przywrócić miłość
odkurzyć omszałe wspomnienia
i zapalić słońce

leżę na końcu świata
prawa ręka zwisa bezwładnie
na granicy  nieba i ziemi
brodząc we wszechświecie

lewą sprawdzam
czy bije jeszcze proteza mojego serca


***
kiedy sen nie chce przyjść
noc trwa w nieskończoność
pod powiekami zaciśniętymi do bólu
łomoczą
czarne myśli
jak ćmy szukają światła
z nadzieją
na unicestwienie

plączą się jedna  w drugą
supłają w gordyjskie węzły
skazując na
wieczną udrękę

ociężałe wczorajszym dniem
opłakane cichymi łzami
co to pozostają
niewyschniętym śladem na poduszce
stłamszonej dłońmi
pustymi od lat


i tylko sufit pozostaje
oswojoną przestrzenią
z niezmiennie
od lat dyndającym żyrandolem
czekającym na pstryk
albo słowa jutrzni
co odgoni
uwieszone nade mną myśli
i pospieszy ku ratunkowi memu


Ps. Nie wiem, czy to wypada ani, czy to ma znaczenie, ale zapraszam do owego członkowstwa ( już jest 11! członków)

środa, 6 czerwca 2012

Swoista forma ekshibicjonizmu, czyli ...oczyściłam się. Oczyściłam się i wróciłam do domu…


Swoista forma ekshibicjonizmu, czyli ...oczyściłam się. Oczyściłam się i wróciłam do domu…

                 Kiedy dopadają mnie różne frasunki, strapienia, udręki, kiedy nie radzę sobie z nadmiarem zdarzeń, zarówno tych będących moim udziałem jak i tych ode  mnie niezależnych, kiedy świat, który wokół przetacza się, zdaje się być za ciasny dla wszelkich moich oczekiwań, przytłacza wielością niespełnień, krzyczy goryczą, zabiera godziny snu, co to winien być ozdrowieńczy, a jest li tylko fatalną kontynuacją…. Kiedy to wszystko się dzieje, a ja ze swoją małością, brakiem sił, niezaradnością tkwię w tym ubabrana po ostatni czubek…. Musi się coś zdarzyć. Koniec świata albo jego początek… Całkowity reset albo transformacja… Bo inaczej się nie da! Brakuje tchu, zbyt krótki oddech, zbyt czarna noc, zbyt nikła przyszłość – bez nadziei…

                Nie mogę tańczyć boso na plaży Capo Verde, nasłuchiwać obco brzmiących, zupełnie niezrozumiałych, ale kojących niczym mantra  kreolskich, nostalgicznych pieśni, co to pozwoliłyby mi na powrót do świata harmonii, spokoju i  wewnętrznej radości. Nie mogę  tańczyć boso sirtaki z podkasanymi nogawkami niczym Zorba na plaży Stavros…. I w ogóle po cóż wymieniać inne ekscentryczne miejsca, skoro obwarowana ramami ( praca, dom, pieniądz) na niewiele mogę sobie pozwolić. A poza tym: po cóż szukać czegoś poza życiem… od poniedziałku do soboty! Jest jak jest! I basta!

                I właśnie wówczas, w takich chwilach totalnego zwątpienia  pojawiają się Bieszczady. Jako odtrutka, jako antidotum na wszystko, jako zapomnienie… Już jadąc autokarem za Sanokiem, serce mi rośnie na widok dzikich, porośniętych bukami zboczy. Na pozór łagodnymi i malowniczymi… Zewsząd otaczają nas kotliny, nad którymi rano przetaczają się ciężkie chmury i nigdy niewiadomo, czy zawisną mgłą, czy osiądą na zieloności, czy skroplą się w się w mżący, czy siekący deszcz.  Droga pnie się serpentynami w górę, w uszach zatyka… Setki kilometrów od problemów, od cywilizacyjnych rozterek.  Raz po raz pojawia się „miejscowy” lub zbłąkany turysta… Czas zwalnia… Nieważny poniedziałek czy środa… Może tylko niedziela. Wówczas to można trafić do urokliwego kościółka, co to kiedyś był cerkwią, gdzie zdarza się (jak choćby w Górzance w dawnej cerkwi, a obecnie kościele pod wezwaniem św. Paraskewii ksiądz erudyta, pasjonat i kolejny „bieszczadzki kaskader” Piotr Bartnik który to, nieświadom swego działania, aplikuje człowiekowi kolejną dawkę uzależniającego bieszczadzkiego bakcyla.

                A potem  góry… Żadnego ekstremum! Nie stać mnie na wyczyny! Mam dzieci, mam męża, przyjaciół i cel...  Idę w góry…  Pierwsze metry palą mi mięśnie i klnę w niebogłosy, zarzekając się na śmierć i życie, „że to ostatni już raz”. Pot ścieka po tyłku, makijaż poranny spływa z każdym metrem pokonanym z uporem.  Potem buki zawłaszczają mnie i jest żmudnie i nudnie… Nie myślę o niczym jak tylko o tym, by przestały mnie piec zbolałe nogi i bym doszła do miejsca, w którym owa wyprawa przestanie wydawać  się bezsensowna… Spod stóp wyślizgują się mokre kamienie… Pachnie żywica… Jakieś ptactwo hałasuje wśród zarośli i w gałęziach rozzieleniałych do granic zieloności….. Z metra na metr nogi przyzwyczają się do wysiłku. Iść. Iść w nieskończoność! Iść przed siebie! Brodzić w zieleni! Ciągnąć się w górę, by, ocierając pot z czoła, by wyrównując oddech, spojrzeć wokoło… Zatopić się w zieloności bieszczadzkich gór….

Łzy wymieszane z potem - soki życia ( jedne i drugie mają słony smak) spływają strugą po twarzy…  Czas staje w miejscu…  Nitki ścieżek wiją się w oddali…

                Na szlaku jeszcze pusto, choć już raz po raz widać sznureczki wędrowców… Samotników, romantyków… a może ignorantów… Jest cudnie i cudnie jest…. Wiatr osusza mokre od łez poliki… Można sobie popłakać… Z metra na metr zmienia się krajobraz. Nikną góry, pojawiają się kolejne…  Niezmienne pozostaje uczucie „brodzenia”, nurzania w „zieloności” niczym w sonetach akermańskich.

Niekiedy trzeba przystanąć. Trzeba, by nabrać sił… By nabrać dystansu… Spojrzeć wstecz… ogarnąć przestrzeń z boku, przypatrzeć się temu, co przed…. Niekiedy należy podjąć decyzję… Może nawet zejść z drogi, zboczyć, skręcić, zaniechać dalszego parcia na przód… albo nawet zawrócić… ale trzeba iść… Tak czy siak… bo tylko ruch jest gwarantem zmian….




Ps. Grażyna! Tobie...







Ps2. Bożena! Tobie....

niedziela, 27 maja 2012

O książce Jolanty Kwiatkowskiej „Przewrotność dobra”




O książce Jolanty Kwiatkowskiej „Przewrotność dobra”



„Zdarza się, że czasem ktoś mówi, iż „ucierpiał wskutek kary za wyrządzone Dobro”. Jak to jest możliwe? Kto zesłał tę karę? Z pewnością nie Bóg! Czy zatem świat – czy zatem świat zbłądziwszy w swej mądrości nagradza zło, a Dobro karze?  A jednak nie, słowo „świat” nie znaczy tego. Nie znaczy tego, co mówi. Jest niewłaściwie użyte. Albowiem, mimo że słowo „świat” zdaje się wielkie i straszne, to jednak musi być posłuszne temu samemu prawu, któremu podlega najnędzniejszy i najmniej znaczący człowiek. Ale nawet gdyby świat zebrał wszystkie swoje siły, to i tak jednej rzeczy nie jest w stanie dokonać: nie potrafi ukarać niewinnego(…). To cudowne, tu jest granica, granica niewidoczna jak nitka, którą łatwo mogą przeoczyć nasze zmysły, ale mocna jak wieczność w oporze przed jakimkolwiek jej naruszeniem”[i][1]

            W zasadzie nigdy nie zajmowałam ] się recenzowaniem książek i nawet wówczas, gdy mam napisać o swoich własnych, przychodzi mi to z trudem. Nie czuję się w żaden sposób uprawniona. Boję się też, że nie wydobędę owej esencji książki. Że nie dopatrzę, nie doszukam odniesień i  w ogóle. Ponadto czytam bardzo dużo, a nawet bardzo bardzo i najzwyklej szkoda mi czasu, by potem jeszcze zajmować się lekturą, biorąc pod uwagę fakt, że zazwyczaj, jeśli książka jest frapująca, czytam notując. Stąd całe kalendarze mam popisane moimi zapiskami, skojarzeniami, refleksjami, pytaniami…. Oczywiście, nie każda czytana rzecz zajmuje mnie tak, by się nad nią roztrząsać i choć wszystkie kończę, co niektóre odkładam na półkę bez żadnego komentarza. Pozostają li tylko kolejną pozycją na regale i nie mam potrzeby wracać do niej w jakikolwiek sposób.

            Inaczej przydarzyło mi się z książką Jolanty Kwiatkowskiej „Przewrotność dobra”. Uderzyła z całym impetem w mój świat  skrystalizowanych co do pochodzenia, znaczenia, norm etycznych, tej całej sfery mojego definiowania oraz rozróżniania dobra i zła.

            Fabuła jest dość prosta i niechaj się pisarka nie obrusza, dość banalna. Mało! Trudno wyobrażalna, bowiem taka kondensacja zła spotykająca jedną osobę jest wręcz nieprawdopodobna, choć skądinąd wiadomo, że istotnie życie może napisać najbardziej niewiarygodny scenariusz.

Oto mamy do czynienia z bohaterką, która wzrasta w ohydnym domu: z okropną matką, obrzydliwym ojcem i nade wszystko z nikczemnym bratem, który zdaje się być pierwszą przyczyną jej udręczonego dzieciństwa. Jakby tego było mało to i inni: nauczycielka, ksiądz również wpisują się w ów ohydny świat. Nie dziwi więc fakt, że dziewczynka dość szybko wyrabia w sobie pewien mechanizm konfabulacji, podporządkowany naczelnej idei – Dobru, co też pozwala jej funkcjonować dość sprawnie poza domem.  Dorotka jest dobra i się stara. Dzielnie znosi wszystkie niegodziwości ojca, matki, brata, księdza… Pomaga jej w tym kąt w szafie, który stanowi jej azyl i choć drętwieją nogi i przygniata ciężar odkurzacza, nauczyła się niczym tybetańscy jogini wytrzymywać ból, znosić drętwienia kończyn. W imię Dobra!!! I tu jeszcze jestem pełna współczucia dla Dorotki – Idiotki  i w duchu myślę o tym, że wprawdzie nie jest to jedyny głos pisarki, ale na pewno bardzo donośny w sprawie przemocy, mobbingu, tudzież innych podłości, jakie dorośli mogą zgotować dzieciom.

            I dalej powieść toczy fabułę…  w oryginalnej formie, a mianowicie wszystko, co ma miejsce w świecie przedstawionym jest transpozycją baśni o Calineczce, rozwiniętą w e-maile do Jaskłółczaka (nazwanie adresata też nieprzypadkowe). Gdzieś około tego miejsca – jeszcze powoli, jeszcze tak na granicy uczciwości, dziecięcej niewinności i perfidii – Dorotka ewoluuje. Zaczyna się owa transformacja, która powołuje do życia Dorotę – perfekcjonistkę, manipulatorkę, na tym etapie absolutnie świadomą celu – chce koronacji! Chce być królową! Chce luksusu godnego królowej! Nie zadowoli się byle czym, żadnym półśrodkiem, substytutem… Dorota (chyba już Dorota) zaczyna działać ( a często nie działać) w imię naczelnej idei Dobra. Wydaje się, że jej plan jest misterny i do końca przemyślany.  Pozwoliła na śmierć brata, ojca z matką… W imię Dobra i pod jego sztandarem.  Pozwala na uwielbianie siebie, pozwala na obdarowywanie siebie niepoślednimi podarunkami: mieszkanie, ubrania, wycieczki… Pozwala Adamowi pozostać w Tokio i zjeść fugu ( choć wiedziała, że umierająca żona Adama jako warunek ich wspólnego życia zakazała mu tego… Mam wrażenie że Dorota wiedziała, iż Adam podejmie ryzyko i nie umiem odeprzeć od siebie myśli, że Dorota liczyła na  to, że trafi się jemu kawałek, z taką zawartością tetrodotoksyny, która pozbawi go życia i udręki po śmierci ukochanej żony – Ewy, jej zaś „doda” rekwizytów, by koronacja była jeszcze świetniejsza. Dorota żyje. Żyje zgodnie z zasadami „wpojonymi” przez „najbliższych”. Czyni Dobro gdzie się da i nie da. Dorota Dobroczyńczyni. Dorota Święta. Dorota, dla której nie ma żadnych przeszkód, by dopiąć celu. Oczywiście, wszystko dzieje się w imię Dobra! Niezmiennie!

            I… nagle nie wiem… Czytam. Wracam i doczytuję od nowa… Tracę z oczu bohaterkę…. Mętni mi się jej obraz i już nie wiem, czy mam do czynienia z naznaczonym wszelkimi niegodziwościami biednym dzieckiem, czy rodzącą się femme fatale, kobietą – modliszką,  współczesną Lilith, aniołem … czy diabłem…

Pisarka rozpoczyna świetną grę z nami…. Grę intelektualną i przemyślną. Manipuluje naszymi emocjami, wodzi nas po etycznych meandrach… Miota naszymi emocjami jak jej się żywnie podoba. Motamy się w ocenach, zmieniamy nasz stosunek do Doroty –naprzemian wielbimy, współczujemy i … wątpimy… ale wątpimy na krótko, bo Dorota nadal roztacza wokół siebie Dobro… Ludzie ją uwielbiają, ufają jej bezgranicznie, oddajają swój los w jej ręce z przeświadczeniem, że oto dostąpili bram nieba – ich sytuacja się zmienia- zawsze na korzyść…

 I tu właśnie zaczęła się dla mnie przestrzeń dla moich refleksji, wszelkich spekulacji pseudoetycznych,  które spędzały mi sen z powiek, ruszyły z posad moje zastałe definicje, moje ustalone progi między tym, co dobre, a co złe… W głowie pojawiły się pytania, dla których usiłowałam znaleźć odpowiedź. I znajdowałam! I oto Dorota Cichocka objawia mi się jako perfekcjonistka daleka od owego altruizmu, od owej bezinteresownej postawy czynienia Dobra ot! tak. Dorota nie jest już Dorotką – idiotką,  pokrzywdzoną przez spatologizowaną rodzinę. O nie! Ona uknuła oto ów misterny plan. Dorota działa i chce! Coraz więcej! Na swoją koronację! I to chcenie nie jest li tylko życzeniem, lecz konkretnym działaniem, skrupulatnie zaplanowanym i pozbawionym spontaniczności. I tu już mamy do czynienia z myśleniem osoby całkiem świadomej, mało! – niezwykle inteligentnej. Czy dalej można ją usprawiedliwiać podłym dzieciństwem? Czy można pozwolić jej pozostać poza wyborami moralnymi? Pozwolić na brak odpowiedzialności? W imię czego? W imię ohydnych, bo ohydnych, ale zadawnionych ran, nawet jeśli jątrzące i dotkliwie bolesne? Dorota pragnie dla siebie rekompensaty za przeszłość i to jest bardzo wygórowane powetowanie krzywd. Chce koronacji! I owo usiłowanie bycia królową jest tym, co dokonuje się de facto i jest przyczyną pewnych ruchów, za które ponosi odpowiedzialność. Czy dalej współczujemy? Nie wiem. Dorota i Dorotka – idiotka coraz bardziej rozmywają się, tracą moją sympatię, moje zaufanie…. I choć w głowie wciąż szamoce się obraz pokrzywdzonego ze wszech miar dzieciństwa, jednak… Jakoś mi nie pasuje to wyrównywanie rachunków…. Dla mnie Dorota jest etycznie zupełnie nieodpowiedzialną osobą. Człowiek jako istota moralna jest aktywnym centrum świadomości. Świat musi być dla niego przedmiotem kontemplacji i czymś, na co może czasem oddziałać przyczynowo.

„Pragnąc dobra oznacza widzieć granicę, poza którą nie można wykroczyć. Istnieją czyny, których człowiek nie popełniłby, niezależnie, co za nimi przemawia. (…) Jedynie trzymanie się takiej granicy może nadać życiu człowieka jakiś  rodzaj spójności”(  Kierkegaard ).Natomiast rozmaite przypadki „dwulicowości”, które Kierkegaard przeciwstawia pragnieniu dobra, umożliwiają co najwyżej pozorną lub przypadkową spójność, Gdy zmienia się okoliczność, to dwulicowy człowiek zmuszony jest do działań, których sens sprzeczny jest z sensem jego działań z okresu przed zmiana okoliczności.

Język powieści.

Z początku raziło mnie wszechobecne słowo Dobro - pojawiające się w różnych kontekstach, w różnych formach deklinacyjnych, to samo z przytaczanymi cytatami, które skądinąd ważne, mnie zakłócały tok czytania. Ale z pewnością pisarce nie można odmówić lekkiego szafowania językiem, swobodnych dywagacji odwołujących czytelnika do różnych dziedzin. Tam, gdzie należy nazywać rzeczy po imieniu, tam to czyni, ale  nie pozbawia czytelnika erudycyjnych wystąpień, co jeszcze bardziej podnosi wartości książki.

Można mówić, że „Przewrotność dobra” Jolanty Kwiatkowskiej to literatura społecznie zaangażowana – owszem, biorąc pod uwagę piekący, wstydliwy temat. Ale nade wszystko to dyskurs filozoficzny o Naturze Dobra.

Jolu! Dziękuję za tę powieść!

Ps. Dla tych, którzy nie znają powieści, tekst ten może stanowić słowny bełkot albo być zachętą do poznania materii mojego „wywodu”. Dla pozostałych- pretekst do dyskusji



[1] S. Kierkegaard, Purity of Heart, Fontana Books 1961,s85



[i]