poniedziałek, 5 marca 2012

Skoro powiedziałam "a", powiem i "b".

Skoro powiedziałam "a", powiem i "b". Utworzyłam ten blog, bo chciałam się dzielić. Tym, co ze mną, we mnie i w ogóle. Widzę, że to dość trudna praca, bo trzeba pisać, pisać i o czymś.
Dzisiaj sobie wymysliłam, że napiszę o tym, co piszę... Wcześniej pisałam o pisaniu i języku, dzisiaj o moich  ( że tak zabrzmi! ) Bohaterach...

 Kobiety. Fascynują mnie kobiety. Jako temat. Wszystko, co jest ważne, ineteresujące, niebezpieczne, czy w jakikolwiek inny sposób pobudzające emocje, cały ich arsenał – od miłości, po nienawiść, wiąże się ze światem kobiet i tylko one umieją je ukazać. Mężczyźni kryją się, zaskorupieni w sobie niewiele pokazują, choć to oni są owymi prowokatorami i pod ich wpływem wyzwalane są owe emocje. Tak więc świat kobiet jest niewyczerpanym źródłem tematów. Wprawdzie powiadają, że Szekspir napisał już wszystko i tak w istocie pewnie  jest, bowiem jestem przekonana, że już nic ponadto co jest nie istnieje, cokolwiek pomyślimy, zdrada, miłość – taka, siaka, z różnymi zakończeniami, z różnymi zwrotami akcji, między różnymi osobami, czy też nie tylko osobami, wszystko! – zapewne  znajdziemy tego literacki, filmowy, malarski przekaz. Bo inaczej być nie może, skoro człowiek rodzi się z takim samym garniturem emocji. I to gdzie żyjemy, z kim, jak i tak dalej wyzwala poszczególne z nich. W różnym czasie, w różnym natężeniu, różnie długo. Jesteśmy więc kombinacją tych emocji. Skład ich zapewne jest stały, a tylko to, że posiadamy ich różne ilości (owych emocji), decyduje o różnorodności, konstytuuje nasze życie. Czy moje bohaterki mają pierwowzory? Na pewno tak. Myślę, że w każdej kobiecie jest jakaś cząstka. Którejkolwiek z nich. To jest to, co powiedziałam wcześniej. Moje bohaterki mają swoje kośćce w rzeczywistych postaciach. Owe postaci są pomysłem, niekiedy pretekstem do opowiedzenia jakiejś historii, która sama w sobie już niewiele ma wspólnego z daną osobą. To jest potwierdzenie tego co powiedziałam – nie da się nic nowego wymyślić, bo wszystko już było! Nawet jeśli jestem osobą piszącą baśnie, fantasy, tworzę jakieś surrealistyczne obrazy,  abstrakcyjne na pozór, bo nie widać na nich konkretnego kształtu, to i tak to wszystko  jest w kontekście rzeczywistości, choćby było  najbardziej posuniętym jej zaprzeczeniem.Czy ja jestem bohaterką, czy to moje życie? Oczywiście też nie! Choć nie ulega wątpliwości, że świat, który stwarzam  siłą rzeczy przepuszczam przez swój filtr, piszę swoim językiem, wymyślam własne reguły. W takim sensie mogę mówić, że w moich książkach jestem ja sama. Jeśli piszę na przykład o muzyce i jej wykonawcach, o relacjach między twórcą a jego dziełem i o odbiorcy, zarówno jednego jak i drugiego, czyli odbiorcy dzieła, ale też odbiorcy artysty jako artysty, to wypowiadam siebie, swoje zdanie. I to pozwala mi np. słuchać Janis Joplin, ale nie wpadam w zachwyt na jej fantastycznym życiem i tragicznie piękną śmiercią. To kwestia wyboru. Pięknie śpiewa i ok.! Dany jej był dar – głos, ale i rozumu też jej nie pozbawiono. Czy lepiej by brzmiała? Nie wiem.
Ja cieszę się że zostałam obdarowana możliwością pisania. Nie mówię o zdolnościach, talencie. Wolę słowo „możliwość”, nie jest takie ciężkie i zobowiązujące.
***

kobiety  mojego życia
feministki
matki
stare panny
kochanki
nie moje
(ja jestem nudnie monogamiczną żoną)
żeby choć jedna dziwka się trafiła
dla urozmaicenia

niosą swoje dzieci
z siatkami pomidorów
karkówki i gazetą
wieczorem spoglądają swoim mężom
prosto w plecy
satynowe koszule zamieniają
w zapach krochmalu i lenora

rano długo
bardzo długo
przeglądają się w lustrze
szukają potwierdzenia
własnego istnienia


Wciąz czekam na komentarze. a może do końca już nikt nie dochodzi? No! Gośka! Przemyśl to sobie



sobota, 3 marca 2012

Sous le ciel de Paris ( fragment Toni- a propos Paryskich klimatów


XXI.  Sous le ciel de Paris


http://www.youtube.com/watch?v=uOXzGtlLGgw

- Paryż! Patrzcie państwo! Jaka światowa się stała! Pomietło jedno! Z niczym wziąłem, karierę mi zrujnowała! A teraz… ? Dama! Kurwa jej mać! Jak mamusia! – pijany bełkot Romana słychać było na ulicy.


            Dawid przystanął przed klatką schodową, oparłszy się na kuli, przyjął pozycję, która dawała mu możliwość jak najdokładniejszego oglądu. Nasłuchiwał. Miał świadomość, że ze  swoją niesprawnością niewiele mógł, zwłaszcza w bezpośrednim starciu z ojcem- silnym rosłym facetem, ale ściskał w ręku telefon. Był gotów dzwonić gdzie popadło – do księdza, na policję, do dziadków. Gdziekolwiek. Tylko chodziło o ten moment. Wyczucie. Tuż przed. Nie za wcześnie, by niepotrzebnie nie narazić się na zbędne komentarze, szczególnie te, podbarwione litością lub – te sardoniczne z domysłem: „ Tego się można było spodziewać, wcześniej czy później.”  Nie chciał wysłuchiwać rad, słów otuchy, nie chciał zawierzać spraw Bogu. Był mężczyzną! Kiedyś, w zasadzie nie tak dawno, kiedy Tonia zachorowała, postanowił, że już nigdy nie pozwoli na jej cierpienie, że już nigdy nie pozwoli wypłynąć żadnej łzie, która ją zaboli. Chciał, by była szczęśliwa i uśmiechnięta. Jak w bajkach poznanych w dzieciństwie  z wyczytanych przez Tonię książek, widział siebie – szukającego dla niej złotego ziela, kwiatu paproci, cudownego źródełka. Ale one były dziecięcą imaginacją, a tu trzeba było działania jak najbardziej „na serio”, więc  trzymał palec na numerze Policji, żeby tylko zdążyć, utrafić, zanim znów stwierdzi, że  nie jest w stanie jej obronić.


- Nie boję się ciebie – usłyszał spokojny ton matki. – Już nie.


A potem usłyszał trząśnięcie drzwi i nie zdążył uciec. Uciec? W jego przypadku było to niemal groteskowe. Kule rozsypały mu się swoim zwyczajem. Zanim zdołał je pozbierać, poczuł dłoń Toni.


- Widziałam ciebie z okna. Ty głuptasie! Idę. Nie wiem, dokąd. Wrócę po ciebie. Wiesz o tym?- Tonia była spokojna. Opanowana. Jego słowa nie poraniły jej. Już nie.


- Wiem  – powiedział Dawid. Właśnie teraz sytuacja wymagała od niego męskości i chociaż łzy cisnęły mu się do oczu, to – wytrzymał. Nie pozwolił żadnej zwątpić w jego hardość. 


            Tonia przytuliła syna. Na chwilę. Wiedziała, że takie gesty czasem są bardziej przykre niż kojące.


             Z mieszkanie dobywały się przekleństwa, dźwięki rzucanych przedmiotów, ale to nie był już jej świat.  


Kiedy się obróciła, zobaczyła syna, jak rozmawiał z kimś przez telefon. I będąc już na skrzyżowaniu, widziała radiowóz na sygnale zmierzający w stronę jej domu. „Mądry chłopak”- pomyślała. –„  Da sobie w życiu radę. To po mnie!”





            Wyjazd do Paryża okazał się o wiele prostszy i bardziej realny niż się zdawało. Unia Europejska. Tonia do tej pory nie miała zdania na jej temat. Wysoka polityka była dla niej od zawsze tylko tematem telewizyjnym i to takim, który natychmiast zmuszał Tonię do zmiany programu. Tonia nie próbowała doszukiwać się związku między polityką a jej życiem, toczącym się w określonym czasie i miejscu.  Nie widziała sensu oddawania głosów we wszelkich głosowaniach, toteż do żadnych wyborów nie przystępowała, mimo nalegań i nacisków dzieci- Marcina i Kaśki, którzy wyrósłszy w  niezainfekowanych komunizmem środowiskach, wierzyli w siłę jednostki i możliwość zmian. Oni właśnie należeli do pokolenia international.  Znali języki, nie bali się świata. Przestrzeń, w jakiej się poruszali była zdecydowanie bardziej elastyczna i za sprawą znajomości owego języka bardziej obłaskawiona. Poza tym młodzi nie mieli takich dążeń do zasiedlania się, zakorzeniania. Nie czuli potrzeby przytwierdzania się do miejsca, zaznaczania tego miejsca swoimi śladami. Na wieki wieków. W przeciwieństwie do nas, naszego pokolenia – szczególnie tu – na tak zwanych ziemiach zachodnich.  Nam trudno było, ba! jest  przesadzać się, pielęgnujemy te swoje, dopiero co wykształcone korzonki. Nasi rodzice przybyli „skądś” i zanim zaczęli wrastać, częstokroć poumierali, pozostawiając nam owo tworzenie „ojcowizny”. I tak skupialiśmy się na tym, by jak najgłębiej, najspójniej wejść w te nasze miejsca. Gromadzimy wszelkie prawa własności, użytkowania na wieczność.  I nim zdołaliśmy się cokolwiek ukorzenić, to oto okazało się, że świat się otworzył, a nasze dzieci nie mają potrzeby wrastania w jedno miejsce. Wszędzie czują się dobrze, wszędzie są w stanie stworzyć dom.  I znów trzeba widzieć, że to zwłaszcza tu – na Zachodzie Polski. Nasze dążności do tworzenia małych ojczyzn są zagrożone, zachwiał się nasz – dopiero  co – misternie konstruowany system wartości, wymknął się spod naszej kontroli. Mając ową świadomość, że jesteśmy w zasadzie jedynym ogniwem pełnym, trwałym, bo tu się urodziliśmy, tu żyjemy i na dobrą sprawę nie ruszymy się stąd, bo część już naszej genealogii jest na cmentarzu, chcielibyśmy zatrzymać tu nasze dzieci, ale ów proces ukorzeniania został przerwany. Zarówno poprzedniemu, jak i następnemu ogniwu brakło rzetelnego spoiwa. Zwłaszcza następnemu. Choć i jednemu i drugiemu nie można odmówić prawa do konkretnego wytłumaczenia, podyktowanego mocnym historycznym uwarunkowaniem. Najpierw wojna, która rozdzieliła, rozrzuciła i podzieliła. Teraz Unia, która  niejako z założenia ma łączyć. Zniesione granice. Wspólne niebo.


             Być może tak trudno było wyobrazić sobie Toni, że czas zmienić swoje miejsce. Jeśli tylko odnajdzie tam siebie, jeśli tam spełnią się jej marzenia. Tonia sposobiła się do tej wielkiej przeprowadzki, ale najpierw musiała odpocząć, nabrać dystansu. I do domu, i do Karla. Tylko z daleka mogła spojrzeć na to wszystko prawdziwie. Postanowiła wyjechać. Za czym zatęskni? Czego jej zbraknie lub nie zabraknie?


Paryż. Już sama nazwa była magiczna i nieprawdopodobna. Ale to ona przywodziła na myśl dziewczęce marzenia. Inny świat – wąskich uliczek, romantycznych klimatów i nastrojowych zakątków, gdzie historia współżyje z dniem dzisiejszym, gdzie wielki świat godzi się z prowincjonalnością, gdzie przeciwieństwa, nie zwalczają się, ale paradoksalnie koegzystują obok, tworząc niezwykłą harmonię. Tam możliwe jest wszystko. I oto tam zmierza Tonia. Oddzielona słuchawkami od świata  po raz kolejny słuchała Edith Piaf, mrucząc przeciągle  razem z artystką.


 Sous le ciel de Paris
S’envole une chanson
Elle est née d‘aujourd’hui
Dans le coeur d’un garçon
Sous le ciel de Paris
Marchent les amoureux
Leur bonheur se construit
Sur une air fait pour eux
Sous le pont de Bercy
Un philosophe assis
Deux musiciens, quelques badauds
Puis des gens par milliers

Sous le ciel de Paris
Jusqu’au soir vont chanter
L’hymne d’un peuple épris
De sa vieille Cité
Prés de Notre-Dame
Parfois couve un drame
Oui, mais à Paname
Tout peut s’arranger
Quelques rayons du ciel d’été
L’accordéon d’un marinier
L’espoir fleurit
Au ciel de Paris

Sous le ciel de Paris
Coule un fleuve joyeux
Il endort dans la nuit
Les clochards et les gueux
Sous le ciel de Paris
Les oiseaux du Bon Dieu
Viennent du monde entier
Pour bavarder entre eux
Et le ciel de Paris
A son secret pour lui
Depuis vingt siècles il est épris
De notre île Saint-Louis

Quand elle lui sourit
[1]
Il met son habit bleu
Quand il pleut sur Paris
C’est qu’il est malheureux
Quand il est trop jaloux
De ses millions d’amants
Il fait gronder sur eux
Son tonnerre éclatant
Mais le ciel de Paris n’est pas longtemps cruel…
Pour se faire pardonner, il offre un arc-en-ciel…





            Oto jedzie. Muzyka kołyszę ją, oplata się swoimi ramionami niczym artretyczna diva, z którą pewnie mogłaby stawać w szranki  o bardziej pokręcony życiorys.


Osiemnaście godzin w autokarze! Nie zdecydowała się na podróż z Violą, bo musiała uporządkować kilka spraw.  Nie mogła też tak bez rozmowy z dziećmi zniknąć i potrzebowała ich przebaczenia za przeszłość, teraźniejszość, i błogosławieństwa. Chciała wpatrzyć się w ich oczy.


Nie oczekiwała wiwatów, ale otrzymała je. Kaśka, Marcin i Dawid w szczególności, klaskali w ręce z radości. Prześcigali się w pomysłach, by jak najszybciej wyprawić matkę w świat. Przynosili przewodniki, rozmówki polsko – francuskie. Córka to nawet wyposażyła Tonię w kilka zestawów szykownych fatałaszków w paryskich – jak  to nazwała – deseniach, co by nie wyglądała niczym z Dziebiurgowa. Rozważali wspólnie: samolot, pociąg, zgodnie uznając ten pierwszy jako najlepsze rozwiązanie, ale Tonia nawet nie chciała słuchać.


Autokar. Jakaś firma przewozowa znaleziona przez Dawida, zdawała się być rzetelna i wiarygodna. Kilka telefonów, a następnie pociągiem do Poznania. Tam wszystkim zajął się Marcin, bo Kaśka akurat miała jakieś „niecierpiące zwłoki sprawy”. Taki świat!





            Wyjechała po południu, więc niewiele dnia jej zostało, a noc jest od tego, by spać. Zmęczona ostatnimi zdarzeniami, zdezorientowana w swoich emocjach, potrzebowała snu.





            Viola, koleżanka z dzieciństwa. Mieszkała na tym samym podwórku. Właściwie, to przyjeżdżała tu do swojej babci. Czasem na wakacje, a czasem na kilka miesięcy. Nie wiem, jak wyglądały sprawy formalne związane ze szkołą dziewczynki. Fakt faktem, że wiele lat później stała się dobrze wykształconą, mądrą kobietą.  


Była córką matki, która niegdyś wyjechała do Paryża. Nie powiodło jej się w miłości. Francuski kochanek szybko znudził się młodą Polką. Trochę dorabiała, sprzątając domy, później kelnerzyła w jakiejś podrzędnej restauracji na jednej z bocznych uliczek, ale bardziej intratne, a i niejako jako jedyne źródło utrzymania  okazało się świadczenie usług swoim młodym ciałem, różnym panom, którzy mieszkali w okolicy czerwonych latarni, położonej niedaleko Rue Foyatier, urzekającej staromodnymi gazowymi lampami, choć w rzeczywistości były zupełnie normalne – elektryczne- i tylko udawały, że są w dawnych czasach. Tu z resztą na każdym kroku  człowiek miał wrażenie, że życie udaje inne niż jest. Lepsze, gorsze.


Tu też na Montmare, pomieszkiwała kątem u jakiegoś podrzędnego, zapomnianego artysty, który po kolejnym koniaku spowodowanym chronicznym brakiem weny, uzurpował sobie prawo do zażyłości z głośnymi  przedstawicielami paryskiej bohemy takimi jak Patachou, czy  Georges Brassens, i  który też niejednokrotnie oczekiwał od madame Sophie zadośćuczynienia za mieszkanie w postaci różnych seksualnych fantazji. Być może to on był dawcą nasienia, bo o ojcostwie w jakiejkolwiek formie trudno było tu mówić. Zofia sama nigdy nie mówiła na temat ojcostwa, nie dopominała się jakichkolwiek zobowiązań alimentacyjnych. „Niepokalane poczęcie” – żartowała, kiedy ktoś indagował, by wydobyć z niej nazwisko ojca Violi.    


Oddech wielkiego świata  rekompensował jej tęsknotę do poprawnego życia i wstyd.  


Córka nie wiedziała o profesji matki, bowiem ta nigdy żadnego z klientów nie przyprowadzała do domu, a również, kiedy szykowała się do pracy, starała się nie wzbudzać podejrzeń córki. Ze wszech miar starała się chronić córkę i zapewnić jej w miarę normalny dom, taki z obiadami, wspólnym odrabianiem lekcji i chichotach przed telewizorem. Ta, po wielu latach, dowiedziała się o „zawodzie” matki, ale ani nie zrobiło to na niej większego wrażenia, ani nie zmieniło jej miłości i szacunku do niej. Nigdy też nie zapytała o ojca, pojmując dojrzale, że skoro matka sama o nim nie mówi, to widocznie nie był watr uwagi. I tyle! Za to na zawsze zapamięta mieszkanie na poddaszu, na śniadanie świeżą bagietkę lub croissanta, a wieczorem wino, które matka sączyła powoli, refleksyjnie na tarasie w grupie niewielu, ale wiernych  przyjaciół, patrząc z wysokości na te obce, ale pokochane bezmiernie zapuszczone ogrody, otulone bluszczem- ową  kwintesencję francuskości, która mimo osobistej porażki, i przegranej nie pozwoliła jej nigdy opuścić Francji.


            Viola wiele lat poświęciła matce, już jako dorosła, wykształcona paryżanka. Sophie długo chorowała. Tak naprawdę Tonia nigdy nie zapytała, na co. Bo i przyczyna nie była istotna dla całości owej historii.





            Ranek pokazał się Toni absolutnie w innym wymiarze. Zdawała sobie sprawę, że jest w podróży, z której już nigdy nie wróci taka sama. Któryś raz z rzędu Edith Piaf wlewała się w jej mózg tęskną melodią i cudownie ochrypłym głosem, szczególnie ujmującym, kiedy to  kończyła się pierwsza fraza i wybrzmiewało liryczne „mmm mmm”. Nie wiedziała, która jest godzina, ale po pozycjach pasażerów, ciszy przerywanej lekkimi pochrapywaniami i westchnieniami poznawała, że to bardzo wczesny ranek.
Francuska koleżanka czekała na nią na przed dworcem Gare Montparnasse.

- Do końca nie wierzyłam, że się zdecydujesz – wykrzyknęła Viola. Wyglądała szykownie, choć bez żadnej ostentacji, jakiej człowiek oczekiwałby od paryżanki. Na pozór swoboda czy wręcz nonszalancja: prosty żakiet, tweedowa spódnica do niskich skórzanych półbutów, niedbale zwisająca w zagięciu łokcia torba i szal opleciony wokół szyi bez żadnej prawidłowości: końce na różnej wysokości, przeplatana strona lewa z prawą- tak trochę „przez przypadek, bez pomysłu”, w rzeczywistości jednak wymagało to zapewne konkretnego czasu przed lustrem.


            Viola mieszkała w eleganckiej i tętniącej życiem dzielnicy Paryża przy Rue des Ponthieu, niemal vis a vis Hotel Beauchamps, niedaleko serca Paryża – Avenue des Champs –Elysées. Było to jedno z najbardziej atrakcyjnych miejsc. Drogie i trudne do zdobycia. Violi się to udało. Głownie za sprawą swojego męża Paula – finansisty, rodowitego paryżanina i rasowego Francuza, takiego z odziedziczonym majątkiem i stosunkami, z wiekową tradycją, typowego szowinisty francuskiego, którego pewnego razu – absolutnie i nieoczekiwanie – najpierw urzekła słowiańska uroda Violi, potem zaś obrazu uwielbienia dopełniła jej inteligencja. Mimo pewnych głosów sprzeciwu rodziny, a również nieskrywanej niechęci do Polki o podejrzanej proweniencji, Paul ożenił się z nią. Czasem i niechęć, i wszelkie animozje związane z osobą Violi ustąpiły miejsca (by nie skłamać – ni mniej, ni więcej) uwielbieniu, bowiem w istocie była to kobieta, która zupełnie nieświadomie dla niej samej i wręcz bezwiednie zjednywała sobie ludzi, roztaczając wokół siebie aurę spokoju, elegancji i wytworności, godna niejednego utytułowanego nazwiska. Paul świata poza nią nie widział i, na ile mógł (a mógł niezwykle wiele), zaspakajał wszelkie zachcianki żony, łącznie z zapewnieniem przyjaciółce żony „nieziemskiego pobytu w sercu Europy”.





- Po tylu latach masz prawo mnie nie znać- rzekła Tonia, ale zabrzmiało to tak ciepło i normalnie, że nie stanowiło przyczynku do kontynuacji. Poza tym była zmęczona, co odczuła dopiero wówczas, gdy kierowca oznajmił, że za godzinę będą w Paryżu. A to był czas, gdy odpływała beztrosko, gdy sen stawał się na tyle piękny i abstrakcyjny, że warto było się jemu poddać, choćby na zawsze. Teraz, kiedy już miała pewność, że cel jest tuż, odczuła owo zmęczenie, zwielokrotnione lękiem, niepewnością i poddała się mu, dając się prowadzić do samochodu koleżanki, jakby w transie. Nieobecna, nieświadoma. Automatycznie wykonując  elementy wszelkiego poruszania się: chód, siad, wysiad, chód.  Pewnie gdyby ją wówczas ktoś zapytał, gdzie i po co jest, nie umiałaby odpowiedzieć. Tępym wzrokiem przesuwała po mijanych ulicach Paryża, nie zapamiętawszy najmniejszego  bodaj szczegółu. Viola raz po raz spoglądała w lusterko samochodu, ale nie odzywała się nic  a nic.  Niesamowity takt i intuicja!


Niewiadomo, ile czasu zajęła droga do domu, ale i to nie miało żadnego znaczenia. Po kilku zdaniach informacyjnych, dotyczących głównie topografii mieszkania, Tonia zasnęła. Nikt nie liczył jej godzin snu.





           








Pod niebem Paryża ulatuje piosenka
Narodziła się dzisiaj w sercu jakiegoś chłopca
Pod niebem Paryża spacerują zakochani
Ich szczęście buduje się na melodii stworzonej dla nich
Pod mostem de Bercy siedzący filozof
Dwóch muzyków, kilku gapiów i ludzie w milionach

Pod niebem Paryża aż do wieczora będą śpiewać
Hymn narodu zakochanego w swoim starym mieście
Niedaleko Notre-Dame czasem rozgrywa się dramat
Tak, ale w Paname wszystko może się ułozyć
Kilka promieni letniego nieba, akordeon marynarza
Nadzieja kwitnie na niebie Paryża

Pod niebem Paryża płynie radosny strumyk
Usypia nocą nędzarzy i żebraków
Pod niebem Paryża ptaki Dobrego Boga
Przybywają ze wszystkich stron świata, by porozmawiać między sobą
A niebo Paryża ma swój sekret dla siebie
Od dwunastu wieków jest zakochany w wyspie Swiętego Ludwika

Kiedy ona uśmiecha się do niego, ono zakłada swoje niebieskie ubranie
Kiedy pada nad Paryżem, to znaczy że jest nieszczęśliwe
Kiedy jest zazdrosne o jej miliony kochanków
Zsyła na nich w złości swój piorun
Ale niebo Paryża nie gniewa się zbyt długo...
Aby mu wybaczono, ofiaruje tęczę...
[1]

Sobotnia playlista z dominantą we francuskiej nucie

Sobotnia playlista z dominantą we  francuskiej nucie  
Zaczęło się niewinnie. Sobota. W końcu, po całym tygodniu pracy, chwila wytchnienia. Można by do kina, ale Marcel coś niedomaga. Wyjść z domu – trudno! A poza tym byłam rano ( zdjęcia poniżej). Szłam z psem, upajając się ciepłem ogrzewającym moje plecy. Chciałam, by droga do domu wydłużała się. Pies podskakiwał z radością, coraz skacząc na mnie w poczuciu swej psiej radości. „Życie mimo wszystko jest piękne!” – pomyślałam. Spacer! To jest to! Sobota! Właśnie wtedy stać mnie na bezkarne marnotrawienie czasu. Uwielbiam zachodzić nad jezioro, uwielbiam park, uwielbiam nie śpieszyć się….
A potem kawa, której pozwalam nawet wystygnąć, bo w tygodniu nie wiem, kiedy ją wypijam…
I wieczór…
Słyszę Bajora, który śpiewa francuskie piosenki… Paryż! (Muszę tam wrócić…) Przysiadam się do Krzysztofa. I zaraz rozbrzmiewają się francuskie nuty. Jest i Joe Dassin, i Edith Piaff, i Yves Montand, i Catherine Deneuve. A potem leci już wszystko, co się da!
I kończymy wieczór niefrancuskim, ale bardzo polskim Grechutą: „tyle było dni”…
I świta mi myśl: Kurcze! Jakie to fajne! Jakie mądre! Jakie normalne i zwyczajne! I w rzeczy samej: Gdyby nie wierzyć, że warte są tylko te dni, które jeszcze nie znamy, i ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy ... to życie nie miałoby sensu….
A ja… chcę żyć!
Ps.(Dałam kiedyś Krzysztofowi magnes ( tak  na lodówkę). Druga fraza wypisana na nim mówiła: (… ) najlepsze dopiero przed nami…)
nade wszystko


      

piątek, 2 marca 2012

Nie mam na nic czasu...


Nie mam na nic czasu…



Kiedyś usłyszałam, że do tego, aby życie miało sens potrzebne są trzy elementy: praca, pasja i rodzina ( kolejność  absolutnie przypadkowa). Wówczas  jakoś nie zawracałam sobie tym głowy, choć widać coś było na rzeczy, skoro utkwiło mi to i schowało gdzieś w zakamarkach umysłu. Dzisiaj sobie o nich przypomniałam i odkryłam, że oto szczęśliwie posiadam wszystkie te elementy i nawet dość proporcjonalnie rozłożyły się one w moim życiu… Tak sobie mniemałam zaspokojona i zadowolona z siebie, gdy oto usłyszałam: że za mało zajmuję się domem, że zbyt mało wkładam w pracę. Dowiedziałam się że, pasja jest jak zazdrosny kochanek – albo mu się poświęcasz w całości, albo znika…

Przeżyłam szok! Pierwsza reakcja była agresywna i skupiona przede wszystkim na odpieraniu ataków, potem przyszły łzy, które płynęły i płynęły… a potem przyszła refleksja…

W rzeczy samej kiepsko wyszedł mi ten bilans. W domu „koty” latają po kątach, w zgłębieniach listew zebrał się kurz, świat spoza okien jest nieco poszarzały i niewyraźny (ale, nie daj Bóg, słońca, bo ono wszystko zdemaskuje). W torbie mną i gną się sterty kartkówek, rozprawek i innych prac. Synowie – albo dzwonią, albo stoją i pytają, czy „teraz mam czas?”. Wzruszam usprawiedliwiająco ramionami i patrzę ze spojrzeniem: „nie teraz”.

Przyjaciółka nie dzwoni… pewnie wie, że jestem „zakopana” i nie chce dokładać… A ja siedzę przy komputerze i, od nie wiem kiedy, wpatruję się w moją kolejną powieść „Matka i córka” i … tylko wpatruję się, bo nie mam czasu, by przeczytać te kilkanaście stron i poprowadzić to dalej...

Nie byłam u Taty, nie byłam u mamy, bo nie mam czasu. Nie poszłam na spacer, bo szkoda czasu. Co się dzieje z moim czasem?! Jestem coraz bardziej w sobie…

Może to najnormalniejsze lenistwo, a może czas mi się kurczy… Sprawdzam zegarki, by zobaczyć, że wokół wszystko jest jak było. I chyba we mnie coś się zmienia…

Jutro siądę z piórem w reku i ustalę nowy plan… Życiowy remanent. Idzie wiosna! Wiosna idzie! Czas wyjść!





***

codziennie porządkuję świat

wyznaczam koniec rzeczom martwym

odkurzam te które jeszcze się nadają

naprawiam to co jeszcze się przyda



codziennie dokonuję ewidencji

przeprowadzam remanenty

robię bilans

-winien i ma

codziennie odkrywam debet

na rachunku mojego być

i nie mam jak uzupełnić braków



albo zabraknie sił

albo pomysłu

albo okazuje się

że rachunek trzeba już zamknąć



więc czekam na monit

-kara i odsetki

za życie niedopełnione



*** ( do Herberta pierwszy raz)



nie, panie Herbercie,

mój Cogito to nie jest ten sam

którego mi przedstawiono

to Don Kichote

na dwóch prawych nogach

co nigdy nie był sobą



to nie podróżnik

co zjadł wszystkie rozumy

i umie odróżniać dobro i zło



mojemu świat stoi na głowie



***



czas otrzymał skrzydła

i odleciał

zawieszona w dziwnym teraz

nie umiem nazwać tego, co było



słońce-jak słońce

było

narodziło się z czasem

albo w czasie



przestrzeń ograniczona

poza nią nie ma nic



rozszczepiona w rzeczywistości

jestem materią nieciągłą

zdolną być wszędzie i nigdzie



jestem cieniem idealnego bytu

z którym nigdy nie będę stanowić

idealnej jedności



I  oczywiście dotrwałym do końca dedykuję;


http://www.youtube.com/watch?v=QCn5S5nGGHE











czwartek, 1 marca 2012

Czy następuje kryzys męskości? (Znalazłam wśród swoich plików i się mądruję…. A może ktoś zechce podyskutować)

Czy następuje kryzys męskości?
(Mając w domu pieciu facetów- to bardzo ryzykowne pytanie)


 Czy prawdziwy mężczyzna znika z horyzontu? Czy pytanie: Gdzie ci mężczyźni? – jest  nie tyle pytaniem, co wołaniem na ratunek zagrożonemu gatunkowi ? Czy kultowy film „Seksmisja” jest wizją proroczą przyszłego świata? Czy.....? Można by mnożyć podobne pytania w poszukiwaniu odpowiedzi na jedno zasadnicze: Czy mamy do czynienia z kryzysem męskości? Zarówno męskość jak i kobiecość można określić jako zbiór zachowań i przekonań związanych z rolami, jakie mężczyźni i kobiety pełnią. Dotyczą one specyficznych cech charakterystycznych dla płci; anatomicznych, funkcjonalnych oraz tych związanych z podziałem pracy, jak i osobowościowych atrybutów kobiet i mężczyzn.


Na każdą z tych ról składają się pewne stereotypy, które są kulturowymi uogólnieniami na temat właściwości kobiet i mężczyzn. Ma to związek również z pewnymi normami czy też przekonaniami o tym, jak mężczyźni i kobiety powinni bądź nie powinni się zachowywać. Sądy na ten temat, przekazywane z pokolenia na pokolenie, obecne są w obyczajach, kulturze, środkach masowego przekazu. Zwłaszcza te ostatnie fundują nam niezły mętlik w głowie. Otóż; z jednej strony prezentują nam obraz „prawdziwego” mężczyzny- ogorzałego faceta, z silnie rozrosłymi barami, nietkniętego jakąkolwiek kosmetyką, gotowego do podejmowania ryzyka, żądnego przygód, którego dominantą jest nieujawnianie uczuć, brak wrażliwości, a jeśli zajdzie konieczność – zdolny jest do posługiwania się przemocą Z drugiej strony mamy zupełne przeciwieństwo - uroczy   Czaruś, wymuskany, gładki, goniący za najnowszymi trendami mody – począwszy od świata ubiorów, jak i kosmetyków, gadżetów, skończywszy na modnych zachowaniach. Wrażliwy, czuły, walczący o prawo do wychowywania dzieci, często nieporadny życiowo, tak, więc korzystający z różnych form pomocy( prawnej, socjalnej, socjoterapeutycznej, itd.) I to właśnie ten stanowi przyczynek do toczącej się i coraz bardziej popularnej dyskusji nad kryzysem męskości.


Świat zdaje się krzyczeć: „Mężczyzna w defensywie!”. A mnie się widzi, że mężczyzna wydaje się pozostawać na swoim, odwiecznie przynależnym mu miejscu. To kobieta jest w ofensywie i twardo brnie do przodu. Błąd, jeżeli ową ekspansję kobiet pojmuje się jako rywalizacje płci, czy dążenie do dominacji.


Wszechstronny rozwój świata, nieubłagana ekonomia, postęp techniczny otwarły swe dotychczas dla kobiet niedostępne podwoje. Postęp techniczny - znacznie uchylił furtkę prowadzącą do świata rzeczy męskich, świata urządzeń i rzeczy – umożliwił kobietom wykonywanie zawodów „męskich”, które li tylko z nazwy takowymi pozostały, bowiem o ich specyfice nie decydują już takie atrybuty męskości jak siła fizyczna, ale odpowiednie kompetencje, czy umiejętności możliwe do opanowania zarówno przez jednych, jak i drugich przedstawicieli płci. Kobiety „wyszły” z domu może nie tyle szukać niezależności, co współzależności, która narzuca chociażby ekonomia. A skoro tak- to i polityka i życie społeczne, kultura i wszelkie inne domeny, które do tej pory były jej nieznacznie znane dopominają się o jej współuczestnictwo w ich tworzeniu. Następuje przemijanie czy tez wymiana zachowań.


Zarówno feminizacja jak i kryzys męskości są syndromem fobii społecznych, których przyczyny tkwią może nie tyle we wzajemnym strachu przed sobą, co w szalonym tempie zmian społecznych, ekonomicznych, kulturowych. To ono prowadzi do podziału, prowokując wzajemne ataki. I tak pod ostrzałem znaleźli się mężczyźni postrzegani jako narcystyczni (pomijam tu rzeczywistych Narcyzów i zachowania ekstremalne, które występują niemal we wszystkich dziedzinach życia).


Jednakowoż, dlaczego nie spojrzeć na to inaczej. W dobie rozwoju medycyny, farmakologii, kosmetologii, przy jednoczesnym ogromnym wzroście tempa życia, obserwujemy swoisty kult ciała. Być może wypływa on z tego, że pędząc przez życie nie zauważamy zmian, jakie czas wyciska na naszym ciele – nie tylko wewnątrz jego, ale i zewnątrz. Dbanie o siebie higiena życia- szeroko pojęta - w przypadku mężczyzn postrzegane są jako wyraz zniewieścienia. Czemuż nie postrzegać tego jako zjawiska pozytywnego? Doznania estetyczne związane z percepcją ciała ludzkiego, a szczególnie męskiego znane są od starożytności. Pięknie zbudowane, muskularne ciało mężczyzny stanowiło o jego męskości.


Z czasem następowała zmiana upodobań – ogorzały, zaniedbany, mężczyzna stanowił wzór męskości. Tego zewnętrznego wizerunku dopełniały cech osobowościowe- niezależność, twardość, chłód emocjonalny. Sprzyjały temu różnorakie uwarunkowania życia społecznego.


Ciągle jednak rozwijający i zmieniający się świat dokonał swoistego przeobrażenia, które nie zawsze i nie przez wszystkich, zwłaszcza tych głęboko utwierdzonych w stereotypowym myśleniu jest łatwe do przyjęcia. Kobieta wkracza na arenę. I myślę – nie po to , by walczyć, czy wpędzać mężczyzn w kompleksy, ale często po to, by partycypować w tym częstokroć morderczym zmaganiu się z życiem. Zajmuje miejsce obok, jako partnerka, nierzadko przejmując role męskie. Mężczyzna ustępuje jej miejsca albo też zajmuje jej miejsce. Ot! Taka nieoczekiwana zmiana miejsc. I tu nasuwa się koncepcja androgynii, w której za cenne uznaje się posiadanie zdolności do szerokiego korzystania z tradycyjnych sposobów zachowania i do radzenia sobie z problemami specyficznymi dla obu płci. Zachęca kobiety i mężczyzn do przyswajania sobie cech i zachowań przeciwnej płci. Zdaniem niektórych stanowi idealny model zdrowia psychicznego. / Androgyne-w mitologii greckiej matka przedhellenskiego klanu, który uniknął przejścia z systemu matriarchalnego na patriarchalny, związany z nobilitacja dzieci zrodzonych z niewolnika .Androgyne przyklejała sobie fałszywa brodę/


W latach 80- tych wpływ androgynii przeniknął do mody i stylu życia. Myślenie o własnej męskości czy kobiecości jest nadmiernie dominowane przez stereotypy. A oczywistym wydaje się, iż fakt bycia mężczyzną czy kobietą nie wymaga dowodu.


Mężczyźni niekoniecznie stracą na swej męskości, nie dotknie ich kryzys męskości, gdy pozwolą sobie na przypisane stereotypowo kobietom cechy- dbający o siebie, pachnący, czuły, a przy tym operatywny, zaradny mężczyzna – to ideał. I może to właśnie mężczyzna świetnie wpasował się w marcusowską wizję orfeuszowsko - narcystycznego  doświadczenia świata, w którym filozof Herbert Marcuse upatruje ważny składnik autentycznej egzystencji odrodzonego człowieka będącego zaprzeczeniem cywilizacji represyjnej?


W związku z tym może, więc warto przełamywać stereotypy, nie szukać przysłowiowej „dziury w całym” i zgodnie z arystotelesowskim nawoływaniem zachować we wszystkim umiar, poszukać złotego środka. Wanda Sztander pisze(niebieska Linia4/15/2001Dyskusja o kobiecości i męskości): ”Świat kobiet i świat mężczyzn uzupełniają się. Gdyby nie to, co męskie, bylibyśmy ubożsi o rozumienie prawideł wszechświata(...) jest coraz więcej przepustek do obu światów dla przedstawicieli obu płci nie tyle przeciwnej, co dopełniającej się”.


Tak więc zostawmy może problem kryzysu męskości, jest tyle ważniejszych – choćby  wszelkie ekonomiczne. To że następują zmiany w świecie, we wszystkich jego aspektach, przyjmijmy jako naturalne i nieuchronne.