niedziela, 22 lutego 2015

Joanno Sałygo!

Zdarzyło się  Nie wiem nic o Tobie, ni o Twoim cierpieniu! Zresztą jesteś już zgoła zupełnie innym bytem, który zapewne nie przejmuje się rozterkami takich jak ja. Przypadkiem kupiłam książkę ( bo była w pakiecie pod warunkiem, że kupowało się „ileś”. Nic mi nie podchodziło. Przy „Chustce” też sie wahałam, ale suma summarum wybrałam, bo była w rekordach wyświetleń (a często gęsto z moją powieścią „Tonia”). I może przez ów fakt pewnych doświadczeń związanych z podejmowaniem desperackiej walki z chorobą nie bardzo miałam ochotę na lekturę. Tym bardziej, że ja wymyśliłam po części moją historię, Ty oparłaś ją o najintymniejsze aspekty doświadczeń. Nie czytałam Ciebie. Z lęku. Przesycona wielością innych propozycji ( Czasami wołam w niebo, Oskar i Pani Róża, czy chociażby Con  Amore), dystansowałam się od tego tematu, który jednak chciał nie chciał – dotykał bez żadnej subtelności najcieńszych warstw mojej osobowości. Żyję w kręgach i uściskach raka. Mój tata, jego brat, mamy brat, teściu, teściowa – to zaledwie garstka.  
Mniejsza o moje asocjacje. Dzisiaj za sprawą G. zostałam wywołana do odpowiedzi  i otrzymałam zadanie. Film Joanny Kopacz Joanna. Tak mam, że muszę widzieć więcej zanim obejrzę film. Pozlepiałam to co już wiem, z tym, czego nie jeszcze wiedziałam.  Wrzuciłam w Youtube… Reportaż za reportażem, strona fundacji Chustka.Totalna erupcja emocji!  
Joanno! Gdzieśkolwiek jest jeśliś jest! Wygrałaś tę batalię! Fundacja, książka, reportaże, nominacja do Oskara! Dla twoich bliskich – męża Piotra, Jasia, dla innych bliskich – może to i pocieszenie warte funta kłaków, ale czas mija i goi rany…. Z czasem przyjdzie świadomość sensu. I tego życzę wszystkim podobnym…

ps.
Dzisiejszej nocy Gala Oskarów. Obyś święciła swój sukces!



niedziela, 1 lutego 2015

Trochę się tłumaczę


Trochę się tłumaczę
- Śpisz – usłyszałam ostatnio i nie do końca zrozumiałam, o co chodzi. – Od listopada nie napisałaś nic na blogu. Zaglądam i  nic. A czekam!
Najpierw rzuciłam jakąś wymijającą odpowiedź, że coś tam, coś tam, ale potem pomyślałam, że – istotnie. Pewnie wynika to z tego, że najzwyczajniej nic mi się nie ciśnie do głowy. Do końca roku byłam mocno skupiona na powieści „Tam, gdzie twój dom”, która zyskała uznanie mojego wydawnictwa, co skutkowało podpisaniem umowy i teraz czekam na ciąg dalszy ( korekta, okładka, zapowiedzi). Wiele czasu poświęcam Marcelowi, którego uczę, jak się uczyć i gospodarować czasem. W wielkim stopniu absorbuje mnie czytanie (tyle ważnych i dobrych książek ukazało się na rynku, a ja nie potrafię przejść obok tego obojętnie). Nadto wszystko jeszcze nie dzieje się nic takiego, co domaga się spisania. Żyję powoli, niespiesznie. Żadnych fajerwerków, ale nudy też nie ma. Niekiedy drażni mnie rzeczywistość, w której żyję; ludzie, sytuacje, ale staram się omijać je szerokim łukiem albo interpretować. Coraz częściej też zdaje sobie sprawę, że prawdziwe życie to to, które jest tuż obok mnie i jestem w stanie w znacznym stopniu wpływać na jego jakość. Był czas fascynacji poznawania nowych miejsc, ludzi, ale minął, a może  tylko nieco przycichł. Nie znaczy to, że  nie wpuszczam do swojego życia nowych ludzi. Nie! Ale mam tak  duże grono przyjaciół, znajomych, że nie czuję pustki. Od czasu do czasu znajomości „weryfikują” się, znikają ludzie jak na FB. Czasem bez pożegnania. Bywa! „Przychodzimy, odchodzimy, Leciuteńko na paluszkach. Szczotkujemy, wycieramy buty nasze, twarze nasze. Żeby śladów nie zostawić, żeby śladów nie zostało(…)”- J. Jęczmyk
Lubię mój spokój. I choć czasem gdzieś z zakamarków wyrwie się uśpiona tęsknota za czymś nieokreślonym, to pozwalam jej poćmić, a potem przeganiam, bo moje życie jest tu i teraz. Mogłam wybrać inaczej. Mogłam. Ale wybrałam tak. Życie składa się w wyborów i cokolwiek jest, zawsze mogłoby być inaczej. Mnie się marzy, bym jak najdłużej mogła wybierać.



wtorek, 11 listopada 2014

Ano, tak to w życiu jest…


Przyjechał mój brat. Przyjechał, bo listopad  i cmentarz wypada nawiedzić, i przy okazji siostrę. Wszak każdy ma swoje życie coraz mniej czasu i miejsca w sercu dla innych. Domy rozrosły się, synowie porośli, dojrzeli. Swoją drogą nie przeszkadza mi fakt, że co rok jestem starsza – taka kolej rzeczy, nieuchronna niezmienność ludzkich losów. Jakże świetnie egzemplifikuje się tu filozoficzny paradoks, że świat jest niezmienny w swej zmienności. Nie zamierzam jednak filozofować, bo taki ze mnie filozof jak … . Daruję sobie porównanie. Ale wracając do moich pokrętnych spostrzeżeń. Otóż nie boli mnie fakt, że co rok jestem starsza, że jakkolwiek optymistycznie nie patrzeć na życie- to niewątpliwie połowę życia na pewno mam za sobą. Ale boli mnie, może nie tyle boli, co uwiera  i trudno mi przyjąć, że moi synowie są coraz dalej ode mnie. Radzą sobie bez moich rad, nie potrzebują głaskania po głowie… Konstruują sobie własne światy i bardziej delikatnie, ale konsekwentnie i na pewno nieodwracalnie zmieniają sobie „emocjonalne priorytety
Marcel zapytał:
-Mamusiu! Marcin to już mnie nie kocha tak mocno jak kiedyś.
Był w tym pytaniu jakiś cień smutku. Musiałam mu odpowiedzieć. Szukałam słów, aby zarówno były prawdziwe, ale, by nie zabolały. Nie znalazłam.
- Nie, synku – powiedziałam bez przekonania. – Po prostu kocha cię inaczej.
Długo w nocy kołatały mi się wspomnienia z mojego dzieciństwa, mojego brata, dla którego byłam wszystkim. Przypomniałam sobie jego słowa, kiedy niósł mnie ledwie przytomną do szpitala i na drodze stanął mu K.
- Jeżeli ona umrze to cię zabiję.
                Dziś ma swoją rodzinę, ja swoją… Mijamy się w życiu. Bywa.

Nie mam  w stosunku do życia wielu  oczekiwań. Jest jakie jest. Bardziej dobre niż złe. Ale chciałabym, by moi synowie umieli się odnajdywać i być ze sobą. Wszak braćmi sobie są…

wtorek, 14 października 2014

Czas Facebooka


- Wiesz. Chyba zlikwiduję swój profil na FB – powiedziała to bez żalu ani skargi w głosie. Tak jak się mówi o „przewietrzeniu” szafy. Wyrzuca się zbędne szmatki, w których nikogo już nie można oczarować, ująć czy zaskoczyć. Wyrzuca się, choć bywa, że z czasem melancholijnej jesieni albo niżu hormonalnego cechującego się labilnością emocjonalną, ambiwalentnością uczuć niekiedy żałuje się owego desperackiego kroku rozprawienia się z jakimś etapem. (Ów etap zdaje się być równie enigmatyczny co całość niniejszego tekstu.)
-A po co? – zapytał beznamiętnie, bo mimo iż sam na przekór mniemaniu o konstytutywności FB jako narzędzia świadczącego niezbicie o faktycznym istnieniu osoby, nie posiadał tzw. profilu, ale miał świadomość niekwestiowanego wpływu onego na losy człowieka ( tu czytaj; maluczkiego, wyskocznego sroce spod ogona, pozbawionego energetyzmu, spadłego w wirtualną w przestrzeń, pojawionego jak grom z jasnego nieba, niekiedy ku ubawieniu innych, ale  też upierdliwie jak wrzód na dupie).
- A nie wiem… ale siedzę jak durna przy ekranie, oglądam setki głupich filmików, zdjęć osób, których na żywo raczej nie mam szansy poznać i  nawet nie wiem, czy bym chciała. A poza tym zobacz… Mam tylu znajomych, spośród których jakiś co najmniej tysiąc deklaruje, „że mnie lubi”, a coraz większa pustka obok mnie.
- Nie przesadzaj! Jest jesień i robisz się sentymentalna – skonstatował. – Idź na spacer. Jest ciepło i  przyjemnie. Może kogoś spotkasz, a jak nie to idź do Galerii. Może tam będzie Halinka, to sobie pogadacie. Albo popatrzysz sobie przez okno restauracji. O tej porze tyle osób się kręci po ulicach.

niedziela, 28 września 2014

Kiedy tylko zbliża się jesień… Uwielbiam jesienne popołudniowe drzemki


Kiedy tylko zbliża się jesień, czyli...uwielbiam jesienne popołudniowe drzemki

(Może chcę stworzyć nowy cykl: Jesienne popołudniowe drzemki, czyli miałam dzisiaj piękny sen...)



Jeszcze na dworze grzeje dość mocno, jeszcze w korytarzu nie kłębią się kurty, szale i czapki. I światło zwłaszcza w pełni dnia nie zdradza nadchodzących mroków, ja już wyczuwam… owo usypianie, spowolnienie, misiowe rozleniwienie. Wczesne popołudnie przynosi ogromną potrzebę zwinięcia się w kłębek, otulenia miękkim kocem i zapadam… Na minut piętnaście, na godzinę….

Zapadam w sen i śnię…

I tak miałam dzisiaj piękny sen…

Oto jestem wciąż piękna i młoda. Na nieznanym lądzie tańczę na białym piasku Dominikany Śpiewa mi Cesaria swoje „Embracacao”, czyli że nie tylko jest cierpienie na świecie, ale można uwierzyć w szczęście… . Gdzieś daleko, daleko, w oddali słychać dźwięki bachaty wyśpiewywanej wprost do zachodzącego słońca. Wokół wszyscy wolni od przyziemnych spraw typu: banki, zobowiązania i logistyka związana z dzieckiem realizującym rodziców plan o iście renesansowym wychowaniu, czyli  śpiewam, tańczę, recytuję… Wokół mnie w tanecznym pląsie pojawiają się obce twarze. Gorące promienie smagają skąpo odziane ciała, wiatr owiewa ogorzałe od skwaru twarze, biały piasek parzy stopy. Ze wzrokiem wbitym wprost w mój wzrok szepcą w nieznanym języku: szamańskie zaklęcia, pogańskie modlitwy,  a może skargi i złorzeczenia… Podnoszę głowę. Oślepiają mnie promienia słońca, gorący piasek parzy w  gołe uda, woda ma słony smak… Obce miesca… Nie takie były moje marzenia. Nie takie…

            Budzi mnie całus Marcela, który oznajmia z dumą, że dzisiaj nauczył się grać „Ody do radości” . Wstaję cokolwiek wypoczęta i z radością stwierdzam: Dobrze, że jestem tu, gdzie jestem


***

ona tańczy na dzikiej  plaży Samana
bachatę
szalona Isadora
z nieobecnym partnerem
który zniknął

już dawno nie zostawiwszy serca

i adresu

morska bryza studzi ogień jej ciała

spowitego w księżycowe pareo

pod którym falują swobodnie

opuszczone wyspy piersi

włosy oddane wiatrowi

plączą się między palcami

zjawiskowego kochanka

szumi czarne morze

nadaje rytm

przyspiesza bicie serca

rozkręca sztywne biodra tancerki

 muzyka

w  niej

tańczy ciało

i krew w żyłach

takt w takt

amotny spektakl nie ma końca




***

przeszłość zaklęta w kropli łzy
wypuszczonej na wolność
przy bezwolnie puszczonej pamięci
budzi zdumienie

odkrywaniem faktów
wyssanych z codzienności

bez skargi
ciśnie się do głowy
tworząc łańcuch przyczyn i skutków
z konsekwencjami na całe życie

fantasmagoria!

wszak wiem
nie można życia pędzić
tańcząc na tafli
nieznanego morza
ni brodzić po dywanach utkanych
z mgielnych chmur

więc

miękką stopą wtapiam się
w twardy grunt
i trwam