sobota, 11 sierpnia 2012

Sentymentalna idiotka o porcelanowych oczach… czyli, o co mi właściwie chodzi, że szukam dziury w całym, czepiam się jak rzep psiego ogona wszystkiego, do czego można się przyczepić


Sentymentalna idiotka o porcelanowych oczach… czyli,  o co mi właściwie chodzi, że szukam dziury w całym, czepiam się jak rzep psiego ogona wszystkiego,  do czego można się przyczepić



                Kiedyś, kiedy żył mój tata  i obserwował  ludzi, którym się dobrze powodzi – mieli dobre domy, ładne żony, udane dzieci, a mimo to zwis wargi widniał na ich twarzach – nie mógł powstrzymać się od komentarza: W głowach im się poprzewracało! ( tak naprawdę w jego wersji nie było głowy tylko zgoła inna część ciała. Bo on umiał się cieszyć wszystkim. Kochał świat, kochał ludzi… Wzruszał się szybko, oczy mu się moczyły z byle powodu. A bo to maj, bo ciepło, bo dziecko się uśmiechnęło, bo słowik zaterlił… Często siadał sobie przy oknie i śpiewał…. Sąsiadki wyłączały telewizor i słuchały… Szły pod niebo rosyjskie ballady i dancingowe szlagiery…

                A ja? Wychowana w tej atmosferze spokoju,  szczęścia i względnego dostatku wyrosłam na smutaskę. Wciąż mi czegoś brak, o coś mam pretensję do świata.  Gonię własny cień i ciągle mi źle. Zatopiona w jakimś wyimaginowanym świecie, potykam się o nieistniejące przeszkody. Niezadowolona, zgorzkniała, kapryśna….  Szukam życia wyczytanego z książek, romantyczności z lirycznych wersów(choć przecież wiem, że romantyzm z romantycznością niewiele ma wspólnego)i nawet pozwoliłam sobie na poszukiwanie szczęścia w teorii (kilka pojęć nawet znalazłam, bo okazało się, że to nie tylko mój problem, ale rzecz ciągnie się od zarania dziejów). Przykładałam moje życie do obranego, ustalonego wzoru i … I nic! Nijak szczęścia nie doznałam.  Smutaska! Psiakrew!

                Ludzie patrzą na mnie z boku i kiwają z zazdrością głowami: piękna ona, piękny on, dzieci piękne  i taka piękna miłość….

                A mnie trafi gorączka niespełnień, kompleksów i  mniemań o życiu wyjętym rodem z amerykańskich produkcji firmy MGM, takich american dream, w których wszelkie mrzonki mają szansę na realizacje de facto. 

                Patrzę w lustro – ogląd zdaje się kiepski… Dzieci, lata, trudy życia – zrobiły swoje… Cóż, że niekiedy słyszę: „Pani!? Pani ma synów ponad dwudziestoośmioletnich?! A w życiu! Ja bym pani samej tyle nie dał!”   

A ja… wszak swój rozum mam, a i lusterko stanowi niezłe źródło wszelkiej weryfikacji… Niemniej jednak kiwam głową w podzięce, bo co jak co, ale wiem, że za komplement należy się trochę serdeczności. Potem idę, odruchowo szukam jakiegoś odbicia – w witrynach sklepowych, w przypadkowych lustrach samochodów parkujących tuż przy chodniku… Majaczy mi kontur jakby mój, ale nieco odległy i zamazany…

 I tu nasuwają mi się pewne reminiscencje z młodości, może i nawet nie a'propos.

                W podlotowych latach jako bywalczyni obozów, kolonii, a na domiar osoba bardzo zakompleksiona poszukująca akceptacji zasłyszałam gdzieś piosenkę kolonijną… Temat banalny, by nie rzec trywialny. Pozwolę sobie zacytować fragment:

Mówią o mnie dookoła szeptem i na głos

Jaka brzydka z niej dziewczyna nie do wiary wpros

Każda z moich koleżanek jakiś talent ma

A ja nie potrafię śpiewać, tańczyć  ani grać.

Ref.

Lecz chociaż jestem brzydka, zapewnić mogę was

Że chłopcy o mnie myślą i dzwonią cały czas

Spotkania wyznaczają przychodzą pod mój dom

A mnie dziewczęta czarownica zwą



 … a potem było najważniejsze:

(…)Moje piękne koleżanki nie zazdroszczę wam

I dlatego może właśnie szczęście w życiu mam.

                Śpiewałyśmy tę piosenkę, każda z osobna, bo przecież każda chciała mieć tę swoją solówkę, po to, by usłyszeć spadający deszcz komplementów, zaprzeczeń… „Nie! No co ty! Ty jesteś tak ładna! To nie o tobie. Ale ładnie śpiewasz, tańczy, recytujesz…. Itd.”  Żadnej też, Boże broń, nie interesował ów zawarty na końcu „przekaz moralny”. Chodziło wszak o to, by usłyszeć te wszystkie komplementy i zapewnienia. To była najlepsza terapia! Człowiek czuł się szczęśliwy, życie stawało się znośne, uśmiech jak tralala gościł na twarzy.

                Ale jak długo można śpiewać jedną piosenkę?! Ograła się, znudziła, zginęli ci chłopcy, powychodziły za mąż tamte dziewczyny…. Czas czynił swoje.  I nie wiem, czy ten uciekający czas, czy ten bieg zdarzeń powodowały, że smutniałam, smutniałam i stałam się taka smutaska. Piszę smętne, wiersze, powieści, śpiewam smętne piosenki i nawet na pianinie wygrywam smętne  rosyjskie ballady lub francuskie smętne hymny miłości Edith Piaff….

Dzisiaj powiedziałam sobie: Koniec! Koniec kropka! Staję przed lustrem i patrzę uparcie. Zmieniam okulary, by kształty wyostrzyć. Żadnych przekłamań!

Jestem piękna! Zgrabna! Zdolna! Inteligentna! Skromna!( bowiem skromność skarb dziewczęcia) I jeszcze pięknie śpiewam, gram, tańczę…. I …. Jestem z Paryża!(ups! ciut! poniosło)

 I to się nazywa samoterapia!! Precz syndromie starzejących się kobiet!! A kysz! A kysz!



A na koniec niechaj zaśpiewa Edyta: „Uparcie i skrycie! Och życie kocham cię, kocham cię nad życie!




A dla mojego taty:

Ojciec



Ojciec nie nosił

czarnej teczki

nie potrząsał garścią kluczy



Nie marszczył złowrogo czoła

nie unosił zdumionych powiek

kiedy mu oznajmiłam

że zostanie dziadkiem.



Wieczorami nie snuł opowieści

o honorze, bitwie, poświęceniu

ale

śpiewał rosyjskie ballady

zapomniane przez system i ludzi

nikt ich nie słuchał



czasami z kieliszkiem wódki

kłócił się o miejsce w życiu

albo płakał,

bo serce miał za małe na świat



był mimozowy



ze spojrzeniem filmowego amanta

i sylwetka młokosa

w wieku pokwitania

wyglądał cudownie tandetnie



wstawał ze słońcem

kładł się z kurami

zasypiając wszelkie niepokoje dnia



i zawsze miał czas powiedzieć:

„życie jest piękne”



Któregoś dnia posmutniał

spotkał swój czas

zrozumiał,

że tylko świat wieczny jest.



Płakał parkowi i słońcu i ptakom

A życie było takie piękne…



Zostały dźwięki Batumi

i harmonista mi gra

w wiśniowym sadzie

kiedy spotykam się z ojcem

po kryjomu

czasami przelatuje mi ptakiem

zapachnie bryzą

albo wyrywa z nocy uśpionej

krzyczy z fotografii:

„życie jest piękne”








niedziela, 5 sierpnia 2012

Wakacyjny luz, czyli o tym, że istnieje piękny świat. I, choć nie ma w sobie owej wieczności jak świat, w którym żyjemy, ale jest cool i ok., i super, i ekstra… i w ogóle…..


Wakacyjny luz, czyli o tym, że istnieje piękny świat. I, choć nie ma w sobie owej wieczności jak świat, w którym żyjemy, ale jest cool i ok., i super, i ekstra… i w ogóle…..



            Nadmorski kurort. Od pewnego czasu, a tak mniej więcej zaraz po trudnym okresie transformacji, niewielka wioska rybacka przeobraziła się w  niemal wielkoświatowy kurort. Wraz z upływem czasu z krajobrazu znikały odrapane ściany budynków FWP, z pożółkłymi firanami,  z wąskimi tapczanikami typu „miś”, z umywalkami i kolorowymi plastikowymi czerwonymi  miskami na taboretach stojących tuż przy umywalce. Ale i tak owe „standardowe” budynki ośrodków, domków kampingowych pomalowanych zieloną olejnicą z szeregiem natrysków niekiedy kilkadziesiąt metrów usytuowanych od domku były często – gęsto powodem westchnień, za którymi czaiło się zazdrosne kłucie w sercu. Widok rodzin wysiadujących na gankach, dzieci bawiących się w piaskownicach pomalowanych na kolorowo (każdy drewniany bok kwadratowy na inny kolor) czaił wieczorami się pod powiekami, wypierając codzienne obrazki.  Wieczory na takich wyjazdówkach były wesołe! Oj Były! Bo co jak co – bywało w różnych okresach, że brakowało w sklepach wszystkiego – ale  jakimś dziwnym zrządzeniem losu, połączonym z wykształconym przez wieki polskim sprytem  i szaloną zdolnością operatywności zawsze znalazło się jakiś trunek rozwiązujący język, uszlachetniający serca, którym nagle zachciewało się bić szybciej w rytm śpiewów przy wtórze gitar albo przy dźwiękach knajpianej kapeli wygrywającej modne szlagiery. I nie tak jak dzisiaj - każdy ma swój grill, swoje ognisko, swoją gitarę lub słuchawki na uszach. Do każdych uszu, przez indywidualne słuchawki sączy się inna muzyka, co przejawia się między innym tym, że każdy sobie podryguje w różnym rytmie.

             W połowie września wioska zapadała w jesienno- zimowo- wiosenny letarg, by z końcem czerwca odżyć na nowo w przewietrzonych pokojach, odnowionych machnięciem pędzlem po zastrupianych ścianach, wypraniem ułożonych na łóżkach kraciastych kocach, jednakowych we wszystkich pokojach ośrodków FWP. W kątach, zakamarkach w szafach  pałętał się zapach  wilgoci pomieszany z butwieniem i  wieloletnim zużyciem.

            Ale (ja) wtedy nie szukałam pięknych światów. Chyba było  we mnie coś nieuświadomionego wówczas,  co można by było dzisiaj określić jako przeświadczenie jakobym żyła NA NAJLEPSZYM ZE ŚWIATÓW.

Człowiek jednak jest jaki jest i jak mu jest dobrze, to z czasem okazuje się, że jest niedobrze i szuka. Szuka. Kombinuje, próbuje poprawiać, ulepszać, ubarwiać…. I po wielkich wysiłkach psu na budę wszystkie starania, bo jest tak jak jest, la vita continua… Barujemy się z codziennością, szamoczemy z problemami, targamy się za kudły z życiem, które nie odpuszcza. Nocami zasypiamy swoje rozczarowania w wywołanych snach, które reżyserujemy zanim zapadniemy w rzeczony sen. I tam bywa, że znajdujemy piękne światy, które nie wyglądają nijak jak nasz – ten, który znamy albo taplamy się w jakiś nieczytelnych zdarzeniach, nie próbując ich przywołać rano, albo wręcz odwrotnie- rzucamy się w wir życa, by zapomnieć o wyśnionych snach… .

            Piękny świat spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, czyli nieoczekiwanie i bez żadnego mojego przygotowania. Spadł na mnie z całym impetem, rzucając mi się na oczy, na uszy, na inne zmysły i najmocniej uderzył w moją niematerialną część – w  moje emocje.

            Idę więc sobie podświetloną, architektonicznie obmyślaną, wieczorem podświetlaną promenadą nadmorskiego kurortu. Niebo gwiaździste nade mną, prawa moralne….. czort z nim! Gwar, tumult, polifonia w najlepszym wydaniu! Z pubów, tawern, restauracji, co to niegdyś były nadmorskimi knajpkami, w których pan Bogdan lub jakiś inny pan śpiewał robiąc się na Młynarskiego: „Jesteśmy na wczasach” albo na Gąsowskiego „Zielone wzgórza nad Soliną” ( choć po prawdzie to stamtąd na Solinę to ho, ho!)… no właśnie - to stamtąd dobiegają tony: „nossa, nossa, Assim voce me mata…” lub zupełnie egzotyczne „Tche, tche tcherere…”. Parkiety ekskluzywnych lokali świecą pustką, ale co tam! Piękny jest świat!

            Oto idzie para – mąż i żona. Ona podbarwiona po całodziennym pławieniu się w słońcu balsamem brązującym z drobinkami szczerego złota, on zaś zaprawiony przed wyjazdem ćwiczeniami z Male Men'a. I ten mąż, który, w tamtym świecie jest jakiś taki  nijaki, w tym świecie nagle zdaje się być przystojniejszy i cokolwiek przypomina znanego aktora Cloney'a, albo innego Pitta… i ta żona, co to w świetle nadmorskiego słońca też jakaś inna – bardziej wygładzona, bez śladów cellulitu, objawów starzenia w postaci bruzd i kurzych łapek w okolicach oczu… I dzieci ( jeśli są – a są, bo w pięknym świecie świat dziećmi stoi) zdają się być jakieś grzeczniejsze i mniej upierdliwie…Tak! To jest piękny świat! Świat, który się śni! Świat umyślony w przeszłości! Zdjęty z kolorowych folderów, plakatów… Świat imaginacji i fikcji…

            Wszyscy się obejmują, tworząc takie swoiste łańcuchy szczęścia o wielkich, błyszczących ogniwach, z wygrawerowanymi nazwami światowych marek, pobrzękującymi bransoletami, łańcuchami ze złota słusznej próby 585. Na szyjach, prócz tych wielkich niczym wielkie oczyska (a nie oczka) łańcuchach (biedny Marley od Dickensa uginałby się jeszcze bardziej) dyndają aparaty fotograficzne z obiektywami o średnicy większej niż największa czara puzonu. Pięknie jest!  Ulice, uliczki i tłumne deptaki epatują miłością, seksem, spełnieniem… Piękny świat! Szczęścia dopełniają „lampiony szczęścia” lecące w niebo z pobożnym życzeniem wypełnienia braków, które zostały w świecie poza tym… Hotelowe, pensjonatowe, kwaterniane pokoje jęczą seksem… . Pięknie jest! Poza oknami, za którymi faluje i szumi zimne morze pozostaje ŻYCIE…Piękny świat wart jest ceny!!!

            Ranek wstaje… Sen pryska…. Coś, co ma swój początek, musi mieć i koniec…. Kończy się PIĘKNY ŚWIAT! I tylko ten, który jest trwa. Bo… wieczny jest….Ot! To!

            A człowiek, choćby … taka ja…  cały rok ma na to, by tęsknić do PIĘKNEGO ŚWIATA….


















sobota, 28 lipca 2012

Coś poza związkiem, poza sensem….., czyli trzeba marzyć … i wierzyć, bo życie płata różne figle…

Coś  poza związkiem, poza sensem….., czyli trzeba marzyć  … i wierzyć, bo życie płata różne figle…


Przepraszam. Przepraszam i kajam się przed Wami! Miałam stworzyć z tego jakiś wpis…. , ale… Zabrakło mi siły ( po ludzku), chęci (po ludzku)… pomysł kołacze się we łbie ( takie- kiełbie we łbie). Tymczasem dla nadania f o r m y – coś!



                      ***

kropla

brzemienna  kolejną łzą zawisła

na brzegu rzęs

wahając się

spaść

czy

perlić się w ukryciu


strząśnięta  nieopatrznym ruchem powieki

rozpękła się niczym mydlana bańka


spłynęła 

żłobiąc koryto zmarszczki

pozostawiając kolejny ślad na mapie twarzy

umęczonej nieustanną zmianą mimiki

następnej roli do odegrania

bez  zbędnej eksklamacji i teatralnych gestów


w rwącą strugę

zebrana

pozostawiła gorzki smak na końcu języka

***



wieczory są najpiękniejsze

to nic

że ranek był podły

a cały dzień niósł gorycz porażki


pocałunki zostały

w  rannych zwidach

w nieprzetartych po nocy powiekach

w niespłukanych ożywczym strumieniem wody

w pełnej samotności łazience


śniadanie legło na obrusie

dalekim od tego na obrazie Maneta

( choć zbędny zdaje się być ten drugi…

a może nie)



trywialny obiad ze sztuką mięsa

po nim sjesta

(wyrzucone poza nawias spełniającej się bajki)


a romantyczna kolacja

skończyła się na przyswojeniu pojęcia ze słownika

suchego

zupełnie nie a'propos

ale z sympatycznym konsonansem

pachnąca śledziem i octem

jak za czasów sponiewieranych przez współczesność


ale wieczór jawił się

fantasmagorią

w której można zakląć świat

zrodzić miłość wypełniającą

absolutny desygnat

pozostający w sferze

wiecznych oczekiwań



wieczory są

obietnicą spełnienia

do rana

kiedy świt przyzywa nowy dzień








wtorek, 24 lipca 2012

Tamtego lata w Santa Ponsa, czyli o tym, że nie można się do czegoś tak bardzo przyzwyczajać i o tym, że tak czy siak – wszystkiego mieć nie można.


Tamtego lata  w Santa Ponsa, czyli o tym, że nie można się do czegoś tak bardzo przyzwyczajać i o tym, że tak czy siak – wszystkiego mieć nie można.



            Wakacje trwają. Wypogodziło się i przyniosło te same tęsknoty i marzenia. Jak za dotknięciem owej czarodziejskiej różdżki, która to nigdy nie zechciała wpaść w moje ręce, wróciło wspomnienie gorących plaż, ciepłych mórz, wina na tarasie i zachodu słońca w różnych odcieniach. I nawet specyficzny zapach wyspy  ma zgoła inny wymiar. Nie jest już nieprzyjemnym smrodem, zatykającym nozdrza, ale wonią nieodłącznie związaną z tamtym latem. Patrzcie państwo jak to się człowiekowi w głowie przestawia! I nawet żar lejący się z nieba, przed którym trudno było się gdziekolwiek skryć, dzisiaj jest ciepłem kojącym i lubym! Nie mówiąc o plaży, na której można było legnąć z rozkoszą albo wczesnymi godzinami rannymi, albo też wieczorem ( najlepiej kiedy szarzało, plaża pustoszała oddając turystów pubom, barom, restauracyjkom tętniącym polifonicznym głosem). I nawet upalne noce, które nie pozwalały spać i, którym to towarzyszyło nieustanne regulowanie klimatyzacji dzisiaj zdają się być  nocami spełnień i  bóg wie, czym jeszcze! I w ogóle dzisiaj wydają się mi tamte lata jakąś bajką, w której dane mi było być.

            Na ekranie mojego notebooka migają zdjęcia; ja w morzu, ja przy morzu, ja na leżaku, ja z drinkiem, ja pod palmą, ja pod girlandą w Valldemossie,( bo akurat było jakieś wielkie święto jakiejś ichniej świętej), ja tu, ja tam… Piękna, opalona, wyzwolona ze sztywnych kostiumów belfrowskich. Eh! Życie! Fajnie było! Ale to już przeszłość!

            Któregoś lata na tej piaszczystej plaży pełnej ludzi z całego świata leżymy sobie. Ale leżymy sobie rodzinnie. Ja (no bo jakże!), mój mąż i moi wszyscy synowie, a jeszcze synowa, a jeszcze jej koleżanka i koleżanki koleżanka. Jest błogo! Obrazek włoskiej rodziny! Wiele słów i wiele śmiechu. Dumna jestem! Spoglądają na mnie oczy z sąsiednich ręczników. Moi synowie przy mnie!  I jeden z moich synów zapytał:

-Mamusiu! ( tak do mnie mówią). Czy dziesięć lat temu marzyłaś o tym, że będziemy całą rodziną leżeć na jednej piękniejszych plaż Majorki?

Otworzyłam oczy i odpowiedziałam:

- Ja dziesięć lat wstecz, nawet nie bardzo wiedziałam, gdzie się Majorka znajduje, bo nie miałam potrzeby zgłębiać takiej wiedzy, skoro wczasy na Majorce a b s o l u t n i e były poza sferą moich marzeń.

- No tak! – rzekł zdawkowo.

A ja sobie myślałam, jak mi jest dobrze.

            Potem zdarzyło mi się jeszcze kilka razy polecieć tu i ówdzie. I kolejne foldery ze zdjęciami, na których ja pod palmami, na plaży itd.

Wakacje nad ciepłymi morzami stawały się pewną normą, pozostawała kwestia miejsca, terminu… Normalka!

            A teraz guzik!

Od połowy roku kombinowałam, szukałam ofert ciułałam…Wieczorami  oglądałam filmy na Youtubie, nocami widziałam siebie na tych plażach, wracałam do  znajomych miejsc i żyłam nadzieją, że to już wkrótce…

Pewnej soboty  przysiadłam przy komputerze. Siedziałam, grzebałam, sprawdzałam oceny, ceny… Znalazłam! Super oferta! Już pływałam w ciepłym morzu, już rozkoszowałam się niegasnącym słońcem. Wybierałam sukienki, klapeczki, nawet włosy zamierzałam przefarbować, bo miałam określoną wizję siebie, która później świetnie byłaby oddana na tysiącach kolejnych zdjęć. Dzwonię więc do niego z wypiekami na twarzy, z podekscytowaniem:

- Zarezerwowałam wczasy – krzyczę w słuchawkę dumna z siebie za operatywność, cierpliwość, skrupulatność ( bo przecież musiałam przelecieć nie tylko oferty biur podróży, ale sprawdzić oceny na różnych portalach, przeczytać opinię, zobaczyć filmiki). – wyjeżdżamy  piątego! All inclusive, basen przy hotelu, plaża też! Wow!

Cisza. Sekunda, druga….

- Absolutnie! Absolutnie nie pojedziemy! Ja mam zobowiązania, terminy, muszę zakupić wózki…

- Ale…

- Porozmawiamy jak będę w domu! Tymczasem odkręć to!

            Zobaczyłam jak pierzchają moje marzenia. Szust! Poszło jedno (to o gorących wodach). Szust! – drugie! ( o plażach i promieniach słońca liżących moje ciało). Szust! Kolejne i kolejne….

Odkręciłam.

            A potem on wrócił do domu i długo cierpliwie tłumaczył mi, że tego lata jest inaczej. Że kryzys i ciężkie chwile. Że firma i trzeba pilnować. Że … wszystkiego mieć nie można…Tak po prostu.

 

            Upał! Parne powietrze wisi ciężko. Z rzeczki płynącej przy moim domu zawiewa prawie jak na wyspie… Siedzę sobie, sączę wino, na ekranie migają obrazki; ja na plaży, ja w morzu….

On siedzi w pokoju i ogląda wiadomości. Jest spokojny i wyluzowany. Firma pod okiem.  Ciepło jak na Majorce. Jest dobrze. Może tylko czasem rzuci okiem na ekran notebooka… ale przecież wie, że wszystkiego mieć nie można…




niedziela, 15 lipca 2012


Sobotnio – niedzielna  play lista bez klucza, ale za to bardzo różnorodna i sentymentalna….      



Dawno sobie nie słuchałam, dawno nie tworzyłam sobie play listy i w ogóle tak się jakby zapuściłam. A bo to wpierw był koniec roku szkolnego i najzwyklejsze zmęczenie, a potem początek wakacji i najzwyklejsze planowanie… I jakoś tak zeszło… Brakowało nastroju, pretekstu… Człowiek (a zwłaszcza taki dziwny jak ja tak ma, że do wszystkiego potrzebne mu tło…. I to nie jakieś tam byle jakie, ale wypełnione niuansami, zaspakajające jakieś takie dziwoty i fantasmagorie. Nic więc dziwnego, że ze mną tak trudno… A może to najzwyklejsze lenistwo…

Ale wczoraj przysiedliśmy.
               Dzień się kończył, za oknem szarawo i wcale nieletnio. Burze szalały, wichry wiały… Ale w domu lubo i przytulnie… I chociaż nie było mnie jakiś czas- czysto, pousadzane i … ( jakby chcieli mi udowodnić, że sobie doskonale dają radę, a ja i tak widziałam ich palce na blatach, drzwiczkach, smugi na lustrach, poupychane rzeczy bóg wie jakie i bóg wie gdzie), bo nawet kwiaty podlane i słoje z owocami zasypane cukrem  postawione na nalewki stały na parapecie i kuchennym pomocniku, a glinianym garncu kisły się ogórki roztaczając zapach po całej kuchni.
Deszcz ostro zacinał, siekąc po szybach, że szkoda było słów, bo trzeba by było krzyczeć do siebie… Szkoda słów.
Ale nic to! Ani ten deszcz, ani czarne chmurzyska za oknem.Wróciłam do domu i kolejny raz odkrywam, że owo banalne „wszędzie dobrze….” , naprawdę się sprawdza. I jak bardzo człowiek by się nie bronił, to nie ma co – w końcu i tak pojawia się tęsknota… i nijak wyprzeć się tego nie można. .Niby kilka dni, a tyle spraw się nagromadziło do „obgadania”. Jest dobrze…. Zasunięte rolety, przymknięte okno.
I lecimy! Zrazu  subtelnie i tak dziwnie nie a'propos
(nie wiem, dlaczego on- Seweryn Krajewski. Może dlatego, że mimo wielu lat, które popłynęły wartko i niemal niedostrzegalnie, on zawsze pozostał jako mgliste wspomnienie… Wspomnienie zywe i wciąć na czasie…. On…i ona…. I co z tego że banalne!
To były lata osiemdziesiąte… Małe pomieszczenie naszych tamtejszych przyjaciół… E. i M. Wówczas uznawaliśmy się za swoistą bohemę naszego małego B. Wprawdzie nie wszystkie postulaty cyganerii spełnialiśmy ( żart!), niemniej coś tak  zawłaszczyliśmy sobie – może   demonstracyjną pogardę dla konwenansów, może trochę wzbudzaliśmy kontrowersje ( acz w wąziutkim gronie). Teraz nieistotne… Niemniej wówczas na pewno słuchaliśmy tego, czego nie musze się wstydzić. Oglądaliśmy to, czego nie muszę się zapierać i ogólnie było OK. I wtedy właśnie całkiem zawładnęła mną miłość ( miłość absolutnie poligamiczna) do Portera – walijskiego muzyka, który po wielu, wielu latach związał się z naszą młodą wokalistką Anitą Lipnicką. Wtedy to oszaleliśmy na punkcie tego:
Pokój pod hotelem był mały i ciasny…Carmenowy dym czasem uwalnialiśmy otwierając okna… Struga światła i muzyki wtłaczała się niewielkimi szparami i niewielkimi ścieżkami do naszych pośniętych mózgów… Pięknie było!!! Eh….
Potem nagle ( dzięki Ci You Tube) szybko przenieśliśmy się w świat inny nieco w swojej wymowie i scenerii. Czas kanasty i partnerskich gier i gierek, którym towarzyszył ambitnie on – Michał  Bajor
(Bywa tak, że wspomnienia bolą… Nie wiedzieć dlaczego… muzyka, rytm, słowo…)
            Deszcz cichnie, noc granatowieje….
On szuka… Bez pomysłu… pojawiają się nazwiska i znikają. Niektóre powodują zapalenie się czerwonej lampki… jak to…
"On zmienił mnie mój Charlie Charlie
To zaczęło się latem rok wstecz
Mimo młodych lat już zdążył gwiazdą być
Jak wiesz bardzo dobry miał styl
Taki słodki miał styl(…)”
Pięknie….
Myślenie o tych, których nie ma… Jakoś nie da się żyć tylko „teraz”…
Przeszłość panoszy się w nas nawet wtedy, gdy udajemy, że jej nie dostrzegamy
http://www.youtube.com/watch?v=zS64PO20nAU&feature=fvwrel
Przepraszam, jeśli kogoś ubodłam…. Życie wtedy dopiero jest wytrawne, jeśli posiada wszystkie smaki - słodko-  kwaśno- słodko- gorzki….
Dla rozluźnienia
Buika- moje ostatnie odkrycie ( romans jazzu, flamenco i soulu)
http://www.youtube.com/watch?v=B8SVDn34vVQ
            Potem powiedziałam mu:
- wiesz, ja chyba w poprzednim życiu mieszkałam na Capo Verde… Może nawet byłam biedna, ale szczesliwa. Tańczyłam boso na białym piasku plaż, którym morze zabiera przestrzeń….Bo inaczej skąd wzięłaby się owa wierność marlina, co to do brzegu płynie za swoim samcem mimo że mam wiele szans na inne, może nawet lepsze życie…
I zaraz on szuka jej… Cesarii
http://www.youtube.com/watch?v=d5tZBNPLE10
           Deszcz ustaje, noc jest prawie czarna, bo ksiażyc  też schował się przed deszczem…
Dom… Mój dom… tu jest moje miejsce….I niechby nie wiem, co. I niechby nie wiem, gdzie i kto… to …
http://www.youtube.com/watch?v=KpBMYjnCLRU
            Noc! Piewersza od kilku dni…. Ale pierwsza…(nieletnim i bardzo starszym, ignorantom i malkontentom, oziębłym materialistom i nudnym pragmatykom… nakazuję spać! Wszystkim innym dedukuję: