środa, 4 grudnia 2019

O burzeniu murów, przekraczaniu granic, likwidowaniu blokad, czyli o wyciąganiu dłoni i skutkach owych działań…


.
Rzadko wchodzę w rolę coach’a, trenera personalnego, terapeuty, uzdrowiciela dusz, doradcy, mentora, chociaż paradoksalnie życie napisało mi scenariusz, w którym znamienitą część mojej egzystencji strawiłam jako pedagog, nauczyciel, polonista, wychowawca, słowem – belfer( - ka – tu: w poszanowaniu dla społecznej dyskusji na temat żeńskich form  nazw zawodów i tytułów). Ale dzisiaj pewna intymna sytuacja życiowa skłoniła mnie do pewnej refleksji. A mianowicie; ogromnej siły potrzeba, by przełamać pierwsze lody, zwłaszcza, gdy są na pozór nie do przełamania – grube i twarde, niepoddające się nawet ociepleniu klimatycznemu. By przebić głową mur – większy niż berliński ( który summa summarum rozpadł się) i masywniejszy jak chiński. O co mi chodzi? Zanim zanudzę Czytelnika domorosłymi teoriami na temat przełamywania barier, opowiem banalną historię bez przesłania i bez misyjności.
            Miałam koleżankę w pracy. Nieco młodsza ode mnie. Ładna, bogata, chyba niegłupia. Nie zawiązałyśmy przyjaźni na śmierć i życie, ale dogadywałyśmy się dobrze w codziennych, zwykłych sprawach. Co słychać? Ok! Albo: Do kitu! Fajną masz kieckę! Lub: Nic mi się dzisiaj nie chce! Może nie było filozoficznych pogadanek na temat sensu życie, celu, roztrząsania problemów ontycznych, zgłębiania tajników na miarę antropologów. Było normalnie! Takie zwykłe babskie o dupie maryni. Ale któregoś dnia moja interlokutorka zamilkła. Na amen. Jak zaklęta w kamień księżniczka jakby dopadła ją nieubłagana,  acz dziwna  afazja. I nie tylko przestała do mnie mówić, przestała mnie słyszeć i widzieć. Mijała mnie jakbym była transparentna! Długo zachodziłam w głowę, cóż to się stało, droga moja? Jakąż krzywdę ci wyrządziłam, że mijasz mnie pełna obojętności. Jakbyś przechodziła przez cień. Bez oczu, bez uszu, bez krwi i serca. Lata mijały ( całkiem jak w ludowej baśni). Nie, żeby mnie ten fakt obchodził tyle co zeszłoroczny śnieg, o nie, nie! Zadrą w sercu mi była owa dziwna sytuacja. Owszem, często rozmyślałam nad tym, co mogło się stać, że nagle stałyśmy się sobie – mało że obce, mnie się stała pierwszym wrogiem, celem ataku, rezerwuarem złych emocji. I trwało to! Eskalowałam ataki, by jak najbardziej dopiec, złamać, ośmieszyć, wyszydzić. Udawało mi się! Wszak człowiekowi jakoś tak łatwo złe wychodzi! W domu rozpamiętywałam swoje wygrane bitewki. Z początku z szaloną satysfakcją świeciłam swoje małe triumfy, ale z czasem pojawił się smutek. Po wygranej – smutek. Większa wygrana – bardziej dojmujący smutek!  I tak smutek tężał we mnie, rozrastał we mnie jak wielkie drzewo. Coraz gorzej mi było z tymi moimi virtuti militari. Ciążyły mi na piersi, przydawały tyle wstydu i poczucia małości, a jak najmniej chwały.
Któregoś dnia, spotkawszy rzeczoną na korytarzu, zagaiłam:
- Dzień dobry! Czy widziała pani może mojego syna? Zapomniał zeszytu z historii. Pewnie boi się, że dostanie naganę.
Z początku wzdrygnęła się. Stanęła unosząc głowę jak surogatka wypatrująca nadciągającego zagrożenia. Nie wiedziała, czy znów nastąpi atak. Z ziemi. Z powietrza.  Po chwili nieco zdezorientowana odpowiedziała:
- Widziałam. Pytał, czy jego mama jest już w szkole.
Wymieniłyśmy się uśmiechami. Teatralnymi i sztucznymi jak ciepłe lody.
A potem jakiegoś innego razu zapytałam o godzinę. I jak tam czwarta „c”. I o pogodę, bo to zawsze bezpieczny temat. I pochwaliłam, że fajne okulary. I jakiś dowcip (krótki, by nie przeginać) wkradł się niby nic. I przyszła pora na temat matki i ojca, który umarł po ciężkiej chorobie. I na plany i marzenia życiowe…
            I, nie wiem, kiedy, ale poczułam, że jakoś ciut lżej mi w życiu. Jakaś tama została przerwana, dając ujście złym emocjom. Jakieś drzwi się otwarły bez konieczności użycia łomu lub pukania w nieskończoność. Jakieś słowa się zrodziły, które już dawno wykreśliłam ze słownika. Jakieś gesty potrafię wykonać, chociaż zdawało mi się, że ręce mi zesztywniały. Jakieś rzeczy o Tobie potrafię pojąć, które wydawały się nie do pojęcia.
Zbliża się czas Bożego Narodzenia, czas końca roku, czas Nowego Roku… ale tak naprawdę każdy czas jest dobry, by usunąć z naszej ścieżki życia kłody, by pozrywać łańcuchy, by wyciągnąć rękę, by powiedzieć – cokolwiek – by nie milczeć bez potrzeby, choć wiemy, ze złotem bywa i  nie mówić bez potrzeby, zwłaszcza, gdy słowa jak miecz…
Może być lepiej, piękniej może być. Naprawdę J


2 komentarze:

  1. Pani Gosiu, dziękuję za tę opowieść, za to zwierzenie. Niestety opisywana przez Panią sytuacja jest mi nader bliska, a dodam, zdarzyła się mi nie raz. Zagadkowe są to czasy i peypetie ludzi się w nich poruszających. Potrzeba zrozumienia dla otaczjących nas ludzi i okoliczności w jakich się znajdują.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Małgosiu ja mam taką sytuację życiową Jest to osoba z rodziny.Bardzo nad tym boleję bo na prawdę nie mam pojęcia dlaczego Ona tak pielęgnuje w sobie złe emocje.Jestem od niej 15 lat młodsza co w pożnym wieku juz nie jest dużą różnicą.Kochamy tego samego męższczyznę i Bóg mi świadkiem nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi.Nie wiem ,czy dam rady jak pani pisze..... usunąć z naszej scieżki kłody ,wyciągnac reke by nie milczeć bez potrzeby......... Spróbuje dużo zdrowia Pani życzę

    OdpowiedzUsuń