poniedziałek, 7 marca 2022

O Epizodach z życia mojej mamy

 

 

 

"Epizody z życia mojej mamy" - to najbardziej osobista moja powieść. Jest w niej mnóstwo sytuacji, z którymi spotkałam się osobiście albo które zaobserwowałam, albo które sama zainicjowałam. Ale tak naprawdę poza mną nikt nie wie, gdzie kończy się prawda , a gdzie już wkracza fabulacja. To również powieść o współczesnej rodzinie, o relacjach jakie zawiązane są w jej obrębie. Lubię tę powieść, choć jest niewielkich rozmiarów i być może okładka nie przyciąga. Cóż! Okładki już chyba zawsze pozostaną tym najsłabszym ogniwem. Jak więc mam przekonać Czytelnika? Powieść zdobyła uznanie Czytelników na portalu Granice. pl., ale czy to jej jakoś szczególnie pomogło? Nie wiem. z pewnością nie zaszkodziło. Poniżej wklejam wywiad, którego udzieliłam portalowi Granice.pl przy okazji ukazania się tej powieści.

 

 

 

 

Nie ma lepszego pomysłu na powieść niż życie. Wywiad z Iwoną Żytkowiak

Data: 2020-11-02 15:39:25Autor: Patryk Obarski

– Życie zawsze jest inspiracją. Obserwuję ludzi, domyślam się ich historii, podpatruję, podsłuchuję, przepuszczam przez własny filtr, dopowiadam. Nie znam żadnej książki, która nie traktowałaby o życiu. Nawet jeśli historia jest najbardziej niewiarygodna, fantastyczna, to i tak odnosimy się do niej w kontekście tego, co prawdziwe i żywe – mówi Iwona Żytkowiak, autorka książki Epizody z życia mojej mamy

Nasze życie składa się z wielu krótkich, pozornie mało znaczących epizodów?

Myślę, że życie to jednak proces liniowy, ale to też taka fabuła, na którą składają się wszystkie elementy, więc w oczywisty sposób jest tu pole dla epizodów. Epizody czasem mają to do siebie, że można się ich pozbyć bez szkody dla całości, zapewne rzadko wpływają na długość życia (chociaż w przypadku Mamy z mojej powieści dzieje się inaczej – nie chcę jednak zdradzać zbyt dużo), ale na pewno nadają życiu kolorytu. To one sprawiają, że życie nie jest monotonne, choć to wcale nie znaczy, że lepsze, czy gorsze.

Może to wina naszej pamięci? Nie pamiętamy całej historii, wszystkich wydarzeń, całego ciągu przyczynowo-skutkowego, pozostają w pamięci tylko najbardziej emocjonalne momenty?

To wszystko zależy, jak pojemna jest pamięć i jakie wyznaczamy  w niej miejsce naszej dla naszej przeszłości

Czasem pamięć stanowi pułapkę, w której utyka coś, na przykład wspomnienie czegoś przykrego, co nam się przytrafiło i w żaden sposób nie da się go wytrzebić z pamięci. Fajnie by było, gdybyśmy hodowali w sobie tylko dobre, bo to nas buduje, pomaga w chwilach, kiedy szaro, buro albo jeszcze gorzej.

Pamięć bywa krnąbrna, niekiedy natrętnie podsuwa nam coś, o czym chcemy zapomnieć. Ale jest też tak, że udaje nam się zapomnieć o tym, co złe, a pamiętać tylko dobre rzeczy. Mamy tendencje do idealizowania przeszłości, zwłaszcza, gdy nie łączy się ona z czymś nieprzyjemnym. Zapomnieć złe to chyba błogosławieństwo.

Obserwuję, że wielu ludzi jednak dobrowolnie rozdrapuje rany, pławi się w samoumęczeniu. Myślę, że taki stan rzeczy zakorzeniony jest w naszej historii i kulturze chrześcijańskiej. Zarówno jedna, jak i druga – takie mam wrażenie – żąda od nas jeżeli nie nieustannej martyrologii, to na pewno oczekuje wiecznej pamięci. Proszę zwrócić uwagę na fakt, jak wielki mamy wysyp literatury wojenno-obozowej. Auschwitz pojawia się w połączeniu z tyloma rzeczownikami, że nawet nie wiem, kogo z Auschwitz mam się teraz spodziewać. Lubimy epatować takimi uczuciami. I, proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie jest cynizm czy ignorancja z mojej strony. Szanuję historię i wiem, że jeśli ją zingrorujemy, zakłamiemy, pominiemy, to ona się na nas zemści. Ale czy to oznacza, że wciąż musimy rozdrapywać ledwie zabliźnione rany. Kiedyś na warsztatach literackich jedna z pań, zapytana o to, co ostatnio czytała i jakie emocje wywołała w niej lektura, podała tytuł jednej z tego typu powieści i dodała, że ileś nocy nie mogła spać, że książka sponiewierała jej uczucia. Zapytałam, dlaczego nie odłożyła jej na półkę. Nie wiedziała. A ja myślę, że to jest trochę tak, że my lubimy się bać, lubimy czytać o różnych okropieństwach, bo to pozwala na taką konstatację: inni mieli gorzej, a ponadto czujemy się na swój sposób szlachetniejsi poprzez takie syntoniczne postrzeganie dramatów. Może jednak czas już pozwolić ranom na zabliźnienie? Przecież blizna i tak zostaje na całe życie.

I jeszcze jest religia, która upowszechnia myślenie – tu też takie mam wrażenie, że tylko ten, kto jest biedny, nieszczęśliwy i cierpiący godny jest, by dostąpić zbawienia.

A jeśli chodzi o o to, co w naszej głowie zakotwiło? Po co pamiętać wszystko? Szkoda zaprzątać sobie myśli – zwłaszcza, że żyjemy raz i raczej nie mamy szans na naprawę błędów

Życie to coś więcej niż tylko piękne chwile… Mówią o tym Epizody z życia mojej mamy

Jasne! I ja nie wiem, czy to nie jest dobre. Nie wiem, czy dałabym radę żyć w stanie permanentnego szczęścia. Czy aby na pewno wówczas miałabym świadomość tego, że właśnie doznaję tego stanu. Czy nie jest tak, że dobro istnieje tylko w kontekście zła, że jest szczęście, bo jest nieszczęście, a piękno – bo są też rzeczy niepiękne. Myślę, że na tym polega codzienność, zwyczajność życie, że mamy możliwość doświadczać różnorodności stanów. Nieustanne bycie na górnym „c” musi być bardzo eksploatujące, a poza tym musi otrzeć się o monotonię i nudę. Moja bohaterka celebruje piękne chwile, napawa się nimi. Dla niej taka retrospekcja jest swego rodzaju remedium na gorsze dni, ale też bodźcem, który popycha do prowokowania, uczestniczenia w kolejnych „epizodach”.

 

Epizody z życia mojej mamy to słodko-gorzka opowieść. Życie matki nie jest usłane różami, jak niektórzy usiłują nam wmówić?

No pewnie! Tak jak życie ojca, życie dziecka i – mogłabym mnożyć… W pewnym stopniu wyraziłam się już na ten temat. Życie w ogóle jest bardzo trudne, jeśli oczywiście podchodzimy do niego refleksyjnie. Trudno pogodzić własne priorytety z potrzebami i oczekiwaniami innych. Mogę się zżymać na fakt, że wciąż muszę mieć na oku innych, nosić w sercu troskę o nich. Ale przecież Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że człowiek nie jest samotną wyspą, że zawsze jest w konsytuacji z innymi. Owszem, można podejść do życia, poddając się bezwolnie, temu, co nam przyniesie, można dryfować na oślep, ale wtedy musimy liczyć się z tym, że możemy znaleźć się w punkcie najmniej dla nas pożądanym. Życie trzeba brać w swoje ręce. Na tyle, na ile jest to możliwe, a to zawsze jest jakaś walka, w której trudno o róże.

A stereotyp Matki-Polki? Wyssany jest z palca?

Zaobserwowany! Mimo wielu głosów, ruchów feministycznych, walk o parytety, wciąż jesteśmy osadzone w tradycji przedorzeszkowej. Zresztą taki stereotyp  utrwalają teksty kultury. Proszę zwrócić uwagę jak wciąż żywy jest przekaz kobiety walczącej o swoje prawa, zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza w Polsce. Ileż głosów z trybun sejmowych z ust polityków pada, w których słyszy się nawoływania: do garów, do dzieci! Mamy XXI wiek, a polskie kobiety wciąż walczą o prawo do samostanowienia o sobie. A może jesteśmy w takim punkcie historii, w którym dokonuje się przełamanie stereotypów?

Główna bohaterka opowieści z biegiem lat uświadamia sobie, czego jej brakuje. Nie da się zaplanować życia z wyprzedzeniem ?

Z tym planowaniem to trochę jak powiedzeniem Człowiek strzela, pan bóg kule nosi (śmiech). Nie chodzi mi tu o konkretnego boga, ale o swoistą formę fatalizmu, czy – jak kto woli – przeznaczenia, opatrzności. Moja bohaterka planuje sobie życie, wytycza cele, chociaż podświadomie wierzy, że co ma być, to będzie.

Marzenia należy realizować za wszelką cenę?

Czy za wszelką? Nie stać by mnie było na szczęście, jeśli miałoby ono się stać kosztem czyjegoś dyskomfortu. Słabe to byłoby poczucie spełnienia. Ale trzeba wypracowywać kompromisy. Nie wyobrażam sobie jednak, czym byłoby moje życie bez marzeń. Wciąż mam nowe marzenia i coraz większy apetyt na życie.

„Ważne, że wszyscy są zdrowi” – to utarty slogan, słowa, które często powtarzamy. Może jest w nich trochę prawdy? Czy, goniąc za swymi ambicjami, nie zapominamy czasem o dobru, które otacza nas na co dzień?

Trochę boję się takich sformułowań: najważniejsze, że zdrowi. To jest jakby oczywiste i – jak mawiał Jan z Czarnolasu – doceniamy je wtedy, gdy się zepsuje. Ale, na litość! Nie chcę upatrywać szczęścia tylko w tym, że jestem zdrowa. Chcę być kochana, szczęśliwa, chcę być piękna i umiarkowanym bogactwem też nie pogardzę, chcę poznawać ludzi i świat, przeżywać tysiące epizodów, które ubarwią moje życie. Nie chcę upychać pieniędzy w pończosze, by były na czarną godzinę. Na lekarstwa, na lekarza. Jak każdy boję się choroby i cierpienia, ale nie chcę, by myśl o tym, strach, że tak się stanie, konstytuował moje życie. Staram się dbać o zdrowie, żyć zdrowo, nie szarżuję, unikam głupiego ryzyka.

Mama Ksawerego swoją niemoc przelewała na papier w notesach, które trafiły do kartonu po butach. Pisanie może dać nam siłę? Pomóc nam przetrwać?

Nie musi to być pisanie, ale wszystko, co odetnie nas od codziennych spraw, co pomoże nam na regenerację, na nabranie dystansu. Kondensowanie w sobie wszystkiego bez możliwości uruchomienia jakiegokolwiek wentyla bezpieczeństwa w postaci choćby rzeczonego pisania jest ryzykowne. Podejmowanie takich prób ucieczki od realności w jakiś sposób gwarantuje, że nie eksplodujemy, nie zejdziemy na zawał albo nie wyskoczymy przez okno. Poza tym czasem zwerbalizowanie problemów wymalowanie, wytańczenie, wyćwiczenie pomaga w konfrontacji, po której okazuje się, że nie taki diabeł straszny

Każda matka powinna wyznaczyć granice, by nie dać sobie wejść na głowę?

Każdy – nie tylko matka, bo każda osoba, która ceni sobie autonomię –  musi wyznaczać granice, ustalać własną strefę komfortu, nie może pozwalać nikomu i pod absolutnie żadnym pretekstem na przekraczanie tych granic. Bycie dobrą matką to nie oddawanie siebie bez reszty, nie pozostawiając niczego dla siebie. To nie ma nic wspólnego z miłością. Bycie dobrą matką nie może być za cenę cierpienia, znoszenia upokorzeń, tolerowania aktów niesubordynacji, nie może wiązać się z uczuciem bycia wykorzystywaną. 

Historię swojej matki w Pani książce spisuje jej syn. Myśli Pani, że jego opowieść jest pełna? Że jest coś, czego nie powiedział – lub nie napisał – a co ważne mogło być dla jego mamy?

Od początku założyłam, że narrator nie wie wszystkiego, nie widzi wszystkiego, stąd tytułowe Epizody. Poza tym czytelnicy, którzy już przeczytali moją powieść, musieli się zorientować, że poprowadziłam z nimi pewną grę. Oddałam prawo głosu synowi, który pisze o matce ze swojej perspektywy, ale tak naprawdę nie określiłam jego wieku. Raz ma szesnaście lat, raz – dwadzieścia, innym razem filtr, jaki stosuje, to filtr dzieciaka, którego postrzeganie świata, a nim i matki, siłą rzeczy jest niepełne, czasem infantylne.

Epizody z życia mojej mamy to więc opowieść nie tylko o tytułowej matce.

To też opowieść o rodzinie. Wzajemnych relacjach, cieniach i blaskach.

Opowieść z życia wzięta?

Życie zawsze jest inspiracją. Obserwuję ludzi, domyślam się ich historii, podpatruję, podsłuchuję, przepuszczam przez własny filtr, dopowiadam. Nie ma lepszego pomysłu na powieść niż życie. Zresztą nie znam żadnej, która nie traktowałaby o życiu. Nawet jeśli historia jest jak najbardziej niewiarygodna, fantastyczna, to i tak odnosimy się do niej w kontekście tego, co prawdziwe i żywe.

O czym powinny pamiętać wszystkie matki, zmagające się z prozą życia?

By nie dać się przytłoczyć codziennością, nie pozwolić nikomu, by strącił nas z piedestału. Jesteśmy najważniejsze. Dla siebie nade wszystko, a dla innych też musimy plasować się na wysokich pozycjach. Poza tym, nie możemy dać sobie wmówić, że mąż i dzieci są absolutną esencją naszego życia. To my jesteśmy jego treścią. Dzieci i mąż są dodatkiem. Bardzo ważnym i dodającym barw, dobrze, by był to dodatek ekskluzywny, który ubogaci nasze życie, a nie przytłoczy.

Każda kobieta, każda matka zasługuje na swoją historię?

Absolutnie! Potrzeba tylko sprawnego języka.

Książkę Epizody z życia mojej mamy kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 18 lutego 2022

Są książki, o których nigdy się nie zapomni, czyli o Kochałam, gdy odeszła Anny Augustyniak

 













Dzisiaj chcę podzielić się z Wami kilkoma zapewne niedogłębnymi refleksjami, ale płynącymi z serca. Na gorąco, tuż po lekturze. Rzecz dotyczy książki Anny Augustyniak Kochałam, gdy odeszła. Zdarzyło mi się przeczytać wiele książek, dotyczących tak delikatnej materii jaką stanowi strata kogoś bliskiego, kogoś najbliższego, choćby Ingi Iwasiów, „Umarł mi”, Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, Roberta Rienta „Duchy Jeremiego”,  w pewnym stopniu tematu dotyka Ellene Ferrante  w „Obsesyjnej miłości”, sama nawet pokusiłam się o napisanie i mam nieskromne poczucie, że wyszło mi niezłe studium samotności kobiety po stracie męża  - „Czas Lucji”. Ale to co zrobiła Anna Augustniak - to majstersztyk najwyższych lotów, to doszczętna wiwisekcja nie tyle samej śmierci, co umierania. To osobista, intymna obnażająca niemal do cna, do kości, rozkładająca na czynniki pierwsze na atomy, na kwarki opowieść. Opowieść? Nie wiem, czy to jest dobre określenie. Opowieść ma bowiem pewną ustaloną konstrukcję, stałe składowe. Ma nerw ciągnący się od pierwszej do ostatniej strony, jest w niej również pewna zmienność zdarzeń, sytuacji, dążących do określonego finału. Tu nie ma żadnej chronologii. Anna Augustyniak oferuje nam krótkie passusy, czasem sprawiające wrażenie jakby były wyrwane z szerszego kontekstu. Płacze, lamentuje, modli się, złorzeczy, wyśpiewuje peany, nenie, laudy. Rozdziera siebie i czytelnika. To córka bolejąca, rozpamiętująca, złorzecząca. Ucieka się do próśb, gróźb, które kieruje do matki, do Boga, Jezusa Chrystusa, do Jahwe?

Anna Augustyniak oswaja nas ze śmiercią poprzez serwowanie nam czasem drobiazgowych, czasem, nieodartych z fizjologicznych  detali scen, obserwacji. Nie bawi się w subtelności, choć nie można odmówić czułości. „Leje się z ciebie. Z wszystkich otworów się leje, wylewa się fala soków. Leżysz w trumnie, a pod tobą ukrywa się warstwa substancji płynochłonnej Suchutko. Czyściutko”, „Jesteś ciastowatą, bulgoczącą breją…”, „”Żabi brzuch podnosi się coraz wyżej”, „Myszygene, śmiałaś się moja memełe. Wariatka, śmiałaś się, moja mamusiu” Ale czy dzięki temu oswajaniu mniej boli? Absolutnie. Boli jak cholera to współuczestniczenie!

I jeszcze ten język! Pełny patosu, biblijny, szalenie inteligentny i bogaty. Ale jest też i tak, że  kolokwializmy współistnieją na równi z pięknym artystycznym językiem, pełnym metafor, aluzji. Jest i furia. Pretensja, złość Anna Augustyniak nie bawi się w subtelności, kiedy rozpacz sięga zenitu „Zasnęłaś w Panu, Co zapierdolenie”. Ale przecież choć brzmią jak brzmią, to nie obruszamy się. Jest w nich bowiem niewysłowiona rozpacz. „Śnisz mi się ciągle, w różnych proporcjach umierania do choroby jasnej. W różnych rodzajach agonii do kurwy nędzy. I po parę jeszcze opłakiwań siebie przychodzisz. (…). A potrafisz przećwiczyć mnie w ciągu jednej nocy cztery razy, Cztery śmierci, do cholery, cztery różne  sposoby konania. (…) Daj spokój, mamo, daj spokój”. I jeszcze te pytania, które z oczywistych względów pozostaną na wieki retoryczne, pełne dramatyzmu, beznadziei i smutku.

Książka Anny Augustyniak to wielogłos kulturowy, religijny, etyczny. To przemycanie elementów rytu chrześcijańskiego i żydowskiego, to rozliczne odwołania do literatury, malarstwa, to absolutny popis erudycji. To majstersztyk utkany ze słów, tworzących obrazy, które pozostają w człowieku na długo.  To lektura nie do zapomnienia.

Książka rozmiarowo skromna. Można przeczytać za jednym razem. Ale ja nie dałam rady. Musiałam, chciałam rozłożyć ją sobie w czasie. Zabierając się do kolejnej lektury, musiałam odczyścić umysł, by nic nie zaburzyło percepcji

Bo piękna

Bo po kilku stronach emocje szalały

Bo bliskie mojemu doświadczeniu

Bo prawdziwe

Bo mądre

„Mamo, list do ciebie piszę, w nim prośba, jeśli zaistniałaś gdziekolwiek, czekaj tam na mnie, Podkreślę wyraz „czekaj”.

Ps. Dziękuję, Pani Anno! I choć o niczym nie marzę, jak o braku takich doświadczeń, to chylę czoła przed Panią.

A co do poszukiwaniu analogii z inną książką. Jeśli można wymyślić podobną formę dla podobnej treści, jeśli istnieje tak bliźniacze podobieństwo przeżyć i doświadczeń… Cóż…

poniedziałek, 13 grudnia 2021

(Nie)fajny film wczoraj widziałam...


            Rzadko zdarza mi się komentować komentarze w przestrzeni internetowej  odnośnie jakiś zdarzeń, jednak dzisiaj natknęłam się na opinię Manueli Gretkowskiej o filmie Dziewczyny z Dubaju. (https://ksiazki.wp.pl/manuela-gretkowska-ostro-o-filmie-dody-bajkowo-sfilmowane-dawanie-du-6714909682137888aI), o ile nieczęsto zgadzam się z ferowanymi przez panią Gretkowską sądami, o tyle dzisiaj, gdybym miała taką sposobność, podziękowałabym jej osobiście za to, że wypowiedziała się na powyższy temat, również i w moim imieniu.                                    Dziewczyny z Dubaju! - film w reżyserii Marii Sadowskiej! ( Marysiu jak ja ceniłam twoją wrażliwość i subtelność, co się zadziało, co poszło nie tak? )Dwie i pół godziny!                                                                               
Wiedziona nadzieją, że być może nie będzie to absolutne dno, wybrałam się do kina! Już po wstępnych kadrach nadzieja prysnęła jak mydlana bańka. W zasadzie, nie znając wcześniej fabuły, już wiedziałam, co będzie dalej i jak to się skończy! Dlaczego nie wyszłam? Nie  wiem, na pewno nie dlatego, że liczyłam na jakiś suspens, bardziej dlatego, że nie lubię ostentacji! A tymczasem na ekranie proklamacja seksworkingu, sutenerstwa i porno-sceny, wyjęte rodem z porno-produkcji, dalekie od subtelności i erotyzmu płynącego z kultowej Emmanuelle. Ten pobudzał wyobraźnię i zmysły, pozostawiając niedosyt, a tu? Tu mamy na talerzu podane wszystko! I to, co smaczne i to, co jest nie do przełknięcia! I, o ile aktorkom nie można odmówić urody i profesjonalizmu, odegrały swoje sceny jako żywo!, o tyle realizatorkom/ torom trzeba odmówić  umiejętności sublimowania obrazów. Dwie i pół godziny! Seks oralny, analny, trójkąty, wielokąty, grupensex, koprofilia! Matko wszystkich matek niedziewiczych! Czego tam nie było!  I nawet jeśli autorki obrazu pokusiły się o jakieś niby przesłanie, niby ostrzeżenie, niby czort wie  co, to i tak zrobiły to kiepsko. Sztampowo, nieoryginanie, tanio.  Ba! ja doszukałam się nawet w końcowej scenie na schodach pewnych paraleli z Dantem, ale chyba mnie poniosło  sądząc, że twórcy filmu mieli na względzie jakieś kosmologiczno - eschatologiczne zapędy. Wprawdzie zewsząd słychać było żałosne jęki i bólu i cierpienia, ale to bodaj tyle asocjacji.                                               I chyba mi się nie chce dalej pisać o tym.                                                                          A film zbiera laury! Oglądalność winduje. Sale kinowe wonieją (śmierdzą to takie nieeleganckie)podnieceniem i nerwowo zjadanym popcornem. Szkoda, że żyjemy w świecie, gdzie wciąż w cenie jest seks, taniocha i banał. A nade wszystko pieniądz! Ha! Pieniądze to wszystko!                    Dziewczyny z Dubaju, „Ileś tam dni” pani Blanki, twarze Greya… , tak łasi i spragnieni jesteśmy byleczego. A przecież wokół nas tyle ofert ciekawych, niezłych, nieocierających się o banał, kicz i bylejakość. Może najzwyczajniej łatwiej nam sięgać po powyższe. Są na wyciągniecie ręki. Są łatwe! „Cymbałkto chce, żeby zawsze wszystko łatwo.”, Kto to powiedział? Bodajże Korczak! Że co? Że niemodny i przebrzmiały i że dla dzieci  jego nauka?

środa, 4 sierpnia 2021

Oswoić strach

            Nie pamiętam, kiedy mój egzystencjalny spokój został zburzony przez lęk przed śmiercią. Nie znaczy to, że kiedyś o niej nie myślałam. Myślałam. Ale kiedyś, gdy byłam młoda, miałam skądinąd mylne przeświadczenie, że może się ona trafić na skutek …przypadku. W zasadzie w grę wchodził bodaj tylko wypadek. Nie umiera się ot! tak sobie - myślałam.

Byłam dzieckiem, gdy moja starsza koleżanka zginęła pod kołami wojskowego samochodu. W moim młodzieńczym życiu był to jednostkowy przypadek. Tak wyjątkowy, niewiarygodny a zarazem tragiczny, że na całe lata utkwił mi w pamięci. …Potem zdarzyło się, że umarł ktoś młody…Smutna wieść roznosiła się po mieście lotem błyskawicy. Że dziecko, że zatruło się, że rozpacz, że tyle miało życia przed sobą. Przerażało mnie to, ale szczęściem - mimo wszystko- wciąż ja osobiście daleka byłam od doświadczenia śmierci. Miałam mamę, tatę, babcie, dziadków, wujków i ciocie. Wszyscy mieli się dobrze - przynajmniej ci, którzy w jakiś sposób pojawiali się na mojej orbicie. Śmierć omijała moją rodzinę. Najbliższych. Była jakąś bliżej nieznaną historią. Dawno temu umarła jakaś babka, jakaś ciotka, daleki krewny. Umarli, bo byli starzy. Nażyli się!

W moim dzieciństwie nie było pasków na ekranie telewizora, na których na okrągło przesuwają się wiadomości, w których dominują dramatycznej doniesienia: ktoś kogoś zamordował, mąż żonę, syn matkę, matka dziecko… Zginęło kilkanaście, -dziesiąt osób w zamachu, wybuchu, ataku, katastrofie, powodzi, tsunami, pożarze… Niezliczone tysiące śmierci, które - o zgrozo! - robią coraz mniejsze wrażenie. Ludzie co się stało z naszą empatią! „Dziwna arytmetyka współczucia!”

 Na pierw­szej stro­nie

mel­du­nek o za­bi­ciu 120 żoł­nie­rzy

 

woj­na trwa­ła dłu­go

moż­na się przy­zwy­cza­ić


tuż obok do­nie­sie­nie

o sen­sa­cyj­nej zbrod­ni

z por­tre­tem mor­der­cy

 

oko Pana Co­gi­to

prze­su­wa się obo­jęt­nie

po żoł­nier­skiej he­ka­tom­bie

aby za­głę­bić się z lu­bo­ścią

w opis co­dzien­nej ma­ka­bry


trzy­dzie­sto­let­ni ro­bot­nik rol­ny

pod wpły­wem ner­wo­wej de­pre­sji

za­bił swą żonę

i dwo­je ma­łych dzie­ci


po­da­no do­kład­nie

prze­bieg mor­der­stwa

po­ło­że­nie ciał

i inne szcze­gó­ły

 

120 po­le­głych

da­rem­nie szu­kać na ma­pie

zbyt wiel­ka od­le­głość

po­kry­wa ich jak dżun­gla

 

nie prze­ma­wia­ją do wy­obraź­ni jest ich za dużo

cy­fra zero na koń­cu

prze­mie­nia ich w abs­trak­cję

te­mat do roz­my­śla­nia:

aryt­me­ty­ka współ­czu­cia

 ( Pani Cogito czyta gazetę Zbigniew Herbert)

         Miałam prawie czterdzieści lat, kiedy się przydarzyła. Owa pierwsza ważna śmierć, która uczyniła mnie dorosłą. Świat już nigdy nie był taki sam. Ja już nigdy nie byłam taka sama. W moją powszedniość wkradła się myśl o śmierci. Z początku jawiła się z rzadka, na krótko i dawała się przegnać inną. Nie zasadzała się na dłużej. Ale z czasem stawała się treścią przedsennych refleksji, niekiedy wybudzała mnie, pozostawiając rozedrganie, które potrafiło przyćmić każdą radość. Snułam fantasmagorię, tworzyłam scenariusze, wymyślałam światy „po”. 

Strach rozrastał się we mnie, pęczniał, anektował wolne przestrzenie, wypełniał tkanki, krążył w żyłach. Był wszechobecny.Starałam się żyć ostrożnie, oglądając się za siebie, iść przez życie na palcach jakbym stąpała po kruchym lodzie. Niekiedy udawało mi się zepchnąć strach przed śmiercią w zakamarki umysłu. Ten jednak wyzierał nieproszony, szczerzył zęby, obezwładniał. Czasem bałam się tak bardzo, że pragnęłam, by stało się już. Natychmiast. By już było po. Strach odbierał mi radość życia.

            Dzisiaj (chyba) nauczyłam się z nim żyć. Oswoiłam go. Dzisiaj wiem, że śmierć jest nieuniknioną konsekwencją, realizacją banalnej prawidłowości, skoro człowiek się urodził, to musi tez i umrzeć. Nie ma ucieczki, nie ma wyjścia, nie ma alternatywy. Kiedyś sobie tak napisałam:

 

 



Pierwsza śmierć była

jak spełniona apokalipsa

rozrywała żyły

pulsowała w każdym milimetrze

zmęczonego ciała

nie dała żyć

 

była dniem i nocą

świtem, zmierzchem

snem i śnieniem.

 

Druga śmierć przyszła spokojnie

nie darła szat

nie toczyła łez

oglądana drugi raz

czasem budziła zdziwienie

że tak wcześnie

że tak cicho

że mogła zaczekać

 

Trzecia śmierć

była faktem

nie może więc być

tematem oryginalnej poezji

(Trzy śmierci Iwona Żytkowiak)


poniedziałek, 7 czerwca 2021

Jest jak jest i dobrze mi tak

 



 

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam żyć świadomie, czyli refleksyjnie. Nie pamiętam, kiedy zaczęłam analizować, przewidywać wyciągać wnioski, planować. Kiedy zrozumiałam, że życie to nie bezwolne dryfowanie, poddawanie się nurtowi, gdzie mnie rzuci to rzuci, co się stanie, to stanie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że przypadek, przypadkiem, ale chyba nie do końca tak jest, że to on konstytuuje nasze życie. Kiedy dostrzegłam, że wiele zależy ode mnie, że owszem, zdarza się, gdy coś wymyka się mojej kontroli, ale rzadziej to się zdarza, kiedy staram się trzymać swoje życie w cuglach.

            Pewnie, że można żyć z dnia na dzień, czekać z założonymi rękami na to, co przyniesie los. Niekiedy, patrząc na co niektórych zdarzyło mi się zazdrościć tego traktowania życia jak wielkiej przygody, tej zgody na jego nieoczekiwaność, która zapewne - zdarzyło się nie raz - okupiona była lękiem, stresem, może rozczarowaniem. Ale pewnie też wyzwalała ową adrenalinę związaną z podejmowanym ryzykiem i czyniła życie kolorowym. Można i tak. Ale ja staram się nadawać mojemu życiu określony, pożądany przeze mnie kształt. Czy mi to wychodzi? Często tak, choć zdarza się, że sprawy wymykają się mojej kontroli,  płyną swoim nurtem i czasem nie mogę odwrócić ich biegu. Bywa, że koniec okazuje się niezły, ale bywa też i kiepsko. Samo życie! - chce się wówczas rzec. - Raz na wozie, raz pod wozem. Nie ukrywam, że zawsze ciężko znosiłam rozczarowania, fakt, że coś zadziało się wbrew moim oczekiwaniom przytłaczał mnie, ale rzadko poddawałam rewizji swoje mniemania o życiu i tkwiłam w stanie permanentnego nieszczęścia, bo nic nie było takie jak chciałam. Unieszczęśliwiałam wszystkich wokół, gubiłam sens.

Swoją drogą z owymi oczekiwaniami też różnie bywało. Zmieniały się i zmieniają. To, że mając lat dwadzieścia oczekiwałam zupełnie czegoś innego niż obecnie. Jest to oczywistość. Niemniej jednak z wiekiem udaje mi się łatwiej pogodzić z tym, że czasem moje życzenia sobie, a życie sobie. A może dzieje się tak dlatego, że mniej chcę. Nie ma we mnie już owej zachłanności. Oczekiwałam szalonej, romantycznej miłości takiej z mydlanych oper, rodziny, która mieściłaby się w umyślonej przeze mnie ramie, pracy dającej satysfakcje, pieniądze i możliwości samorealizacji, grona przyjaciół wspierających mnie w razie potknięć, w żadnym wypadku nie przywidziałam kłód pod nogami… Eh! Głodna byłam wszystkiego! Otrzymywałam namiastki. Zawsze wydawało mi się że coś jest nie tak, nigdy nie było „spektakularnie”.

Tak mi się wtedy wydawało. Wtedy? Właściwie nie potrafię określić kiedy? Bo dzisiaj myślę sobie, że otrzymałam bardzo dużo. Człowieka - Przyjaciela, który idzie ze mną ramię w ramię, choć przecież bywało, że droga pięła się pod górę, meandrowała niebezpiecznie, wiodła na manowce. Ileż razy stawaliśmy na rozdrożu z pytaniem: Dokąd teraz? Razem? Osobno? Niezliczona ilość pytań bez odpowiedzi. Druzgocące poczucie klęski, niespełnienia.  

A jednak wciąż kroczymy obok siebie, ze sobą i choć zdarza się, że coraz częściej widzimy kres tej drogi, to i tak nic nie odbierze nam radości z tej wspólnej wędrówki. Oglądam się wstecz, co miałam wówczas jako dwudziestolatka, co mam teraz. Dzisiaj wiem, że wówczas nie miałam nic. Teraz jestem bogata. Mam fantastycznych synów, którzy wprowadzili do naszego życia swoje kobiety - piękne, dobre i mądre, mam wnuki, mam grono sprawdzonych przyjaciół i poczucie, że mimo wszystko dostałam więcej niż oczekiwałam.

            Lubię swoje uporządkowanie świata. Pewnie, że ktoś może rzec, że to nudne i pozbawione…  Gdybym miała możliwość, powtórzyć to wszystko, z całym dobrodziejstwem, ze wszystkimi wzlotami, upadkami, z całym wachlarzem emocji, z chwilami permanentnego szczęścia i nieszczęścia, z deficytami i superatami - powtórzyłabym. Eh! Powtórzyłabym.