poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Jaka książka jest dla mnie najważniejsza? A jaka dla Was?


Kiedyś  portal Szczecin Czyta postawił mi takie pytanie. Odpowiedziałam, ale  dzisiaj zastanawiam się, czy tak jest? A książka ma dla Was znaczenie? 

Poniżej mój
tekst ze strony Szczecin Czyta
Jaka książka jest dla mnie najważniejsza? To pytanie, które nie ma szans, by zyskać odpowiedź jednoznaczną. Nie potrafię na nie odpowiedzieć. Z pewnością potrafię wskazać pisarzy, poetów, ale spośród ogromu książek, które przeczytałam wskazać tę najważniejszą – nie da się. Myślę sobie, że mogłabym wskazać te, które w jakiś sposób mną szarpnęły. Z wielu przyczyn. Fabuły, sposoby prowadzenia narracji, z powodu wywołanych emocji. Pamiętam jedną z takich książek była powieść „Malowany ptak” Kosińskiego. Czytałam jako powieść stricte autobiograficzną (bo tak mi została podana ). Ów autentyczny pierwiastek, a potem moje próby jego wyobrażenia, momenty identyfikowania się z bohaterem, uprawdopodobnienie się we mnie zdarzeń wyjętych z historii życia Kosińskiego – wstrząsnęły mną do głębi. A potem przeczytałam o próbach konfabulacji, o fikcyjności i poczułam się trochę oszukana. Bo rozedrgano moje struny, bo wyryto żłobienia w moim umyśle, bo wywołano we mnie owo uczucie empatii, syntonii do owego cygańskiego chłopca. A potem jakby ktoś zdjął mi chustkę z oczu, wyrwał ze świata i powiedział: to tylko zmyślenie, surrealistyczna historia, w której na równi będzie fakt i fałsz… Długo po tym nie czytałam Kosińskiego. Potem mi przeszło: przebrnęłam przez „Randkę w ciemno” i inne. Pewnego razu natknęłam się na Wiesława Myśliwskiego. Zaczęłam od „Kamienia na kamieniu”. Wchłonęłam. Z atencją i podziwem. Ale jeszcze nie na tyle, by potraktować Myśliwskiego jako mentora, ale na tyle, by czytać go. Po kolei. Co się trafiło. Od „Widnokręgu”, przez „Sad”, „Pałac”. Aż po „Traktat o łuskaniu fasoli„. I tu mnie uwiódł a b s o l u t n i e! Każde zdanie wydaje się być wycyzelowane. Słowa najtrafniejsze. Myśli – jakby moje. Tylko sama nie umiałam ich połączyć tak jak Myśliwski. By były tak na wskroś esencjonalne. A on umiał. A poza tym owa narracyjność, odpowiedzialność za swoich bohaterów, ukazywanie na pozór zwykłej codzienności, z jej nieprzewidywalnością, ale i bez epatowania jakimiś naciąganymi opisanymi zdarzeń, bazującymi na najprostszych emocjach. Jego dyskretne, nie nagabujące, ale wielokrotne pytania o sens życia, o tajemnice bytu – serwowane konsekwentnie, zmuszające do refleksji, poruszające – kazały mi myśleć o tym, że literatura ma sens. Że jest, winna być prawdziwa i poważna. I może dlatego też – mimo że nie mam zwyczaju wracać do książek, mając na uwadze fakt, że szkoda mi czasu na powroty, bo one odbierają mi szansę przeczytania kolejnej, jeszcze nie poznanej – to „Traktat o łuskaniu fasoli” traktuję jako lekturę wielokrotną. A poza wszystkim język! Przebarwny, przelogiczny, przeadekwatny, trzymający się reguł. Ale, gdybym miała tak uczciwie odpowiedzieć, to przecież nie mogłabym pominąć mojego Herberta. Zbigniewa Herberta. A szczególnie jego eseistyki (” Labirynt nad morzem”, „Barbarzyńcy w ogrodzie”, „Martwa natura z wędzidłem”) czy korespondencji (z Miłoszem, z Barańczakiem, Elzenbergiem). Bo u niego zawsze znajdę pole eksploracji dla moich „małych, skromnych” rozterek egzystencjalnych, które zdarza mi się miewać.
Jest też pewna książka, z którą wiążą się pewne wspomnienia. Książka, do której może nie wróciłabym, bowiem treść dość głęboko tkwi we mnie. I nie jest to jakieś traumatyczne przeżycie, a bardziej pewna związana z nią historia. Sama fabuła zasadza się na zbeletryzowanej biografii Feliksa Medelssona. Pierwszy raz zobaczyłam ją – jako licealistka- wśród innych na półce u rodziców mojej koleżanki. I oczywiście zaintrygował mnie tytuł „Miłość niejedno ma imię”. Rzuciłam się na nią jeszcze tego samego wieczora. I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że oto nie mam przed sobą tkliwej opowieści miłosnej w style Siesickiej, czy Ożogowskiej, ale właśnie historię biograficzną, którą rozpoczynał epilog dotyczący Bacha. Niemniej książka mnie wciągnęła. Przeczytałam, oddałam. Po wielu latach, gdy moja świadomość muzyczna nieco się rozwinęła, postanowiłam wrócić do niej. Ale wówczas okazało się, że nigdzie, nikt takiej powieści nie zna. W bibliotece uniwersyteckiej, gdy spytałam się, czy jest powieść „Miłość niejedno ma imię” Pierre’a La Murre’a, pani zniesmaczona cokolwiek trywialnym brzmieniem i tytułu i nazwiska autora, podejrzewając, że pytam o jakieś miłośne czytadło, spojrzała spod okularów, wzruszyła ramionami i tyle. Był moment, że pomyślałam sobie, że nic tylko ta książka jest wytworem mojej wyobraźni. Do czasu, gdy znów po upływie kilkunastu lat, szukając prezentu dla przyjaciółki, natknęłam się na nią. Książka wydana przez warszawską Muzę, w serii Biblioteka Beletrystyk. Sztywna okładka, obwoluta. Idealna na prezent. I tylko jeden egzemplarz w księgarni. Kupiłam i całą drogę do domu rozpaczałam, że tyle lat poszukiwań i muszę oddać. Nie oddałam. Przeczytałam ponownie. Trudno było odpędzić rozczarowanie. Treść jak treść, ale język prosty, banalny, całość jakaś nieco infantylna. Ale mniejsza! Postawiłam na półce jak relikwie. A któregoś razu zaoferowałam młodej dziewczynie, która początkowała i w czytaniu i w muzyce. A potem książka poszła w inne ręce i … i znów mi zginęła. Ale teraz jest już dostępna w wielu księgarniach… Jednak ów fakt dostępności powoduje, że jeszcze jej sobie nie odkupiłam. Pewnie odkupię, choć jest i wyczytana, i wiem, że nie jest to literatura z tzw. najwyższej półki.
I jeszcze o Elizabeth Strout muszę napisać i Alice Munro, bo one pokazały mi, że można pisać o zwykłym życiu i nie są to opowieści o niczym. (Ostatnimi czasy rozczytuję się w swego rodzaju męskiej egzemplifikacji tych dwóch wyżej wymienionych w Karlu Ove Knausgårdzie – intelektualnym nudziarzu). I jakże nie ująć Axelsson, Tokarczuk, Cabre, Ciorana…. Nie! Zdecydowanie – nie umiem wskazać tej najważniejszej książki. Niemniej wiem, że wiele z nich pozostaje we mnie. Jest konkretnym śladem. Z każdą jestem ciut mądrzejsza.

poniedziałek, 27 maja 2019

Dzisiaj skończyłam czytać swoją powieść. Najnowszą -Zamknij oczy.


Dzisiaj skończyłam czytać swoją powieść. Najnowszą - "Zamknij oczy".
Nie sądziłam,  że uda mi się „odkleić” od myśli, że to ja jestem jej autorką i czytać jak kogoś innego, obcego, nieznanego. Zbyt można jestem zżyta z moimi światami przedstawionymi, chociaż zdarzało mi się wpaść w zdumienie, że to ja napisałam, ja tak pomyślałam, wymyśliłam, ułożyłam frazę taką a nie inną. Zazwyczaj zanim powieść zmaterializowała się w książkowej formie, miałam ją obczytaną ze wszystkich stron i na wszystkich stronach. Widziałam o powieści wszystko. Wydawało mi się, że z książką „Zamknij oczy” też tak będzie…
Wydawało mi się, że będę czytać w myślach, przeskakując po kilka stron, bo przecież znam treść, potrafią wskazać moment, kiedy szukałam synonimu dla określenia grupki ludzi i wtedy znalazłam śmieszne słowo „ordynek”. Wydawało mi się, że dokładnie pamiętałam emocje, kiedy pisałam o pożarze na Kutcu i spalonym ciele krowy i Sawczuka. Wydawało mi się, że majaczący w umyśle obraz bydlęcych wagonów, smrodu i ziąbu przejmujących sfatygowane ściany – że całe to „wypędzenie”  znam i wiem, co napisałam. I wydawało mi się, że epizody z owej tragicznej wymiany  ludzi w Breslau, tej gehenny, tego exodusu polsko- niemiecko- kresowego mam też "opracowane". I w ogóle wydawało mi się, że nic mnie nie zaskoczy w tej mojej powieści. Fakt. Pisanie zajęło mi ponad trzy lata. Potem miliony znaków zapytania, wątpliwości i żali do Niej, do Romy, że „uciekła” z mojej opowieści, umarła w jej trakcie. „Tak nie można Roma” – krzyczałam na nią w myślach.  – „Nie dotrzymujesz umowy! Ja Tobie oddałam siebie, a Ty… Ty… odbierasz mi opowieść!”. Chociaż w zasadzie przecież trochę zmyślam… Bo w tamtym czasie, w czasie jej odchodzenia wcale nie miałam siły na pisanie. Ona – czasem - mimochodem - rzuciła taką czy inną dykteryjkę, ale skupiła się na swojej chorobie. Walczyła z nią, oszukiwała siebie, że to co ją toczy, to nie ta najwstrętniejsza z zaraz, że to chwilowe, i że wszystko będzie ok. I nawet kiedy lekarz oznajmił jej, że jest chora na raka, to ona ucieszyła się,  że wreszcie lekarze wiedzą co jej jest i z ona sama też w końcu wie. Wierzyła, że samo poznanie przyczyny gwarantuje wyzdrowienie. Ale nie zagwarantowało... Niekiedy dawała do zrozumienia, że ma świadomość przyszłości i że owej przyszłości niewiele przed nią, Jednak odganiała te myśli i wciąż mówiła: „Małgoniu, musimy skończyć powieść, bo przecież od września wracasz do szkoły”. Przytakiwałam. Bo co miałam jej powiedzieć. Że nie będzie dalszego ciągu, że jej życie się kończy i moja opowieść też, że nic nie jest w stanie zburzyć, pokłócić tej równoległości, że stanie się nieuniknione...
Nie obiecałam jej, że skończę tę powieść, chociaż wielokrotnie, będąc z nią w czasie odchodzenia, widziałam ( a może tak sobie to czytałam), jest spojrzenie pełne prośby, by złożyć deklarację, obiecać. Tak bardzo cieszyła się na tę powieść, opowiadała o niej wszystkim. Nie obiecałam. Nie mogłam. Ale przecież  nie potrafiłam wyrzucić z głowy tej jej radości. Nie złożyłam obietnicy, ale miałam w głowie ów imperatyw! I nic i nikt mnie z tego nie mógł zwolnić.
Napisałam. Napisałam to, co mogłam… Ale od momentu postawienia kropki, nie mogłam, nie chciałam zaglądać do wewnątrz. I nawet po zredagowaniu tekstu przez genialną panią Anię Płaskoń- Sokołowską, przemykałam po powierzchni tekstu…I dopiero, gdy w ręce wpadła mi powieść z numerem IBSN, tytułem, moim nazwiskiem, logo wydawnictwa Prószyński i S-ka, zabrałam się do czytania. Ostrożnie i uważnie. Krytycznie i z wieloma obawami, że już nic się nie da zmienić. Finito. Klamka zapadła.
Skończyłam! Emocji we mnie całe morze. I poczucie spełnionego obowiązku. I poczucie, że napisałam DOBRĄ POWIEŚĆ…
Dziękuję Ci Roma… To już moje ostatnie podziękowanie.
(Ale jak mi znów coś przyjdzie do głowy, to jeszcze napiszę.  To, widać, to taka niekończąca się opowieść)

piątek, 10 maja 2019

Znów sobie myślę…( Osobiste)



„Nie skarżę się na to, że jestem stary. Nie zazdroszczę młodzieży, że ma jeszcze życie przed sobą; ja nie chcę go mieć jeszcze raz przed sobą. Ale zazdroszczę jej, że przeszłość, która za nią leży jest krótka. Kiedy jesteśmy młodzi, możemy ogarnąć swoją przeszłość. Możemy nadać jej sens, nawet jeśli ciągle jest inny ( Kobieta na schodach, Bernhard Schlink,s. 60)
Tak powiedział ustami jednego ze swoich bohaterów Bernhard Schlink. Trzymają mnie te słowa i nie chcą odpuścić. Rzadko tak mam, że przeczytana książka coś zmienia we mnie. Owszem, zdarza się, że poruszy, rozśmieszy, zbulwersuje, czy też wskrzesi zapomniane wspomnienia. Ale przecież jest tyle książek do przeczytania! Patrząc na regały w moim domu, mam absolutną świadomość, że nie starczy mi życia, by je przeczytać! Ba! Mam za sobą tyle przeczytanych książek. Wszystkie są o czymś, niosą jakąś opowieść, zawierają uczucia, budzą emocje. Wiem, że nie mogę magazynować w sobie wszystkich emocji. Bo przecież nikt nie ma w sobie takiego rezerwuaru. Na szczęście! Dlaczego więc te słowa tak mocno zakotwiły we mnie? Może to przez ową przyszłość, która przede mną. A przede mną niekończące się wolne. Wolne od pracy, od sprawdzianów, od kartkówek, rad pedagogicznych, spotkań z rodzicami, czasu promocji, czasu konkursów, pisania scenariuszy, szkoleń, przeżywania rozterek uczniów, ich sukcesów, upadków, zmagania się z podstawami programowymi, oceny mojej pracy, oceny czyjeś pracy, nieustającej oceny, bo przecież wciąż i wciąż  jestem poddawana jakimś ocenom. 35 lat! 35 lat i 4 miesiące! Szmat czasu! Mam za sobą długą przeszłość i w najlepszym wypadku około jedną trzecią tego czasu , który przeżyłam do przeżycia. Mam też wciąż wielki apetyt na życie
Schlink napisał: „Przeszłości nie da się zmienić. Już dawno się z tym pogodziłem. Trudno tylko mi się pogodzić z tym, że z przeszłości wciąż nie wynika żaden sens”. ( Kobieta na schodach, s.75)
I tu nie zgadzam się z nim. Z mojej przeszłości wynikło bardzo dużo. Dla mnie i zapewne nie tylko dla mnie: dla moich najbliższych, przyjaciół, może dla moich uczniów. To co  nastąpi jest wypadkową przeszłości, to ona zdeterminuje moje życie. ( takie mam mniemanie). Chcę uspokojenia, spowolnienia. Chcę mieć czas, by się zapatrzeć, zasłuchać w świat. Odnaleźć siebie, własną duszę. Bo chyba w owym ferworze życia gdzieś mi się przez ostatnie lata zawieruszyła.
"Dusze wiedzą, że zgubiły swojego właściciela, lecz ludzie często nie zdają sobie sprawy, że zgubili własną duszę. " (Zgubiona dusza, O. Tokarczuk, J.Concejo)
 Smutne jest to, że w życiu tak jest, by coś zyskać, trzeba coś stracić. Poświęcić. Nie ma wygranej bez ofiar/ ofiary. "Musi pan znaleźć jakieś  swoje miejsce – mówi lekarka z "powiastki" Olgi Tokarczuk i Joanny Concejo „Zgubiona dusza” – usiąść  tam i spokojnie poczekać na swoją duszę. Zapewne jest teraz tam, gdzie pan był dwa, trzy lata temu. Czekania więc może trochę potrwać. Innego lekarstwa dla pana nie widzę". I mówi to, kiedy Jan pyta:
- Czy ja też zgubiłem własną duszę?
Smutne, ale jeśli w porę uświadomimy sobie ten stan rzeczy, jest dla nas szansa, jest nadzieja. Zielone przed nami...

niedziela, 31 marca 2019

Uwielbiam uwielbiać, czyli moje małe fascynacje


Często jestem słomiany ogień, choć w moim wieku powinno już wszystko wyglądać inaczej. Powinnam mieć wszystko poszufladkowane, pooddzielane ziarna od plew, poplanowane. Co się nie sprawdziło – winno zostać wyrugowane, co dało pozytywne efekty – powielone.  Ot, taka  wyrobiona, przepracowana w sobie ścieżka życia.  I w  takim oto stanie, w tym wieku, kiedy to już dzieci porodziłam, wnuki posiadam,  nie mniej ni więcej,  ale w totalnej stabilizacji sprawdzonych prawd, wyklarowanych stanowisk, poglądów, winnam spokojnie dryfować do bezpiecznego portu, czyli do końca. Nie poddawać się szkwałom, ba! omijać jak diabeł święconej wody. Nie ryzykować. Nie poddawać się chwilom. Zbytnio nie emocjonować. Słowem - nie szaleć.  Żadnej brawury ( z tą brawurą, to może mnie nieco poniosło, ale wiadomo o co chodzi – wszystko stosowne do wieku).
A tymczasem. Wbrew temu wszystkiemu co wyżej, zachowuję się niczym dzierlatka. Nie usiądę na przysłowiowym tyłku. Wciąż się zadziwiam. Czymkolwiek. Wciąż i wciąż odkrywam nowe fascynacje.
I tak na przykład:
Fascynuję się codziennymi spacerami.  Uwielbiam włóczenie się po moim mieście. Koleżanka powiedziała kiedyś do mnie:
- Gośka! Ty jesteś taka łajza barlinecka.
Powinnam się obrazić za tę "łajzę",  ale potem sama, nie bacząc na nie najlepsze konotacje słowa,  zaczęłam tak o  sobie mówić, bo przecież w rzeczy samej łazęgowanie było mi wówczas przypisane  i stało się dla mnie fascynujące. Zwłaszcza, że Barlinek to nie Paryż, rzut beretem w jedną, rzut beretem w drugą stroną. Ale nieważne. Meandrując uliczkami, zaglądając ludziom do okien, do ogrodów,  zdumiewały mnie miejsca, o których istnieniu nie wiedziałam: widok na miasto, kawałek poniemieckiego bruku, wykusz w oknie, kartusz nad balonem z datą i jakimś akantowym ornamentem, zachwycało mnie wszystko i obiecywałam sobie, że „od dzisiaj będę spacerować codziennie”, będę wkodowywać do głowy obrazy. I tak było.
Potem mijało mi, bo brak czasu, bo niepogoda, albo kaprys...
Ale po jakimś czasie, całkiem przypadkiem trafiłam na jakąś nieznaną mi wcześniej wieś. I naraz pełna entuzjazmu dochodziłam do wniosku, że uwielbiam takie wyprawy. I dalej ruszałam w poszukiwaniu nowych, nieodkrytych przeze mnie miejsc. A tam, ukryte za porośniętym bluszczem płotem ruiny jakiegoś pałacu, jakaś wieża warowna z czerwonej cegły i straszące czarnymi jamami dziury po oknach, za którym kiedyś tętniło jakieś życie. Przedzierałam się z duszą na ramieniu przez tajemnicze, zarośnięte ogrody, trafiałam na porośnięte bluszczem drzwi, zaryglowane na amen. I obiecywałam sobie, że jak tylko wrócę, zgłębię tajemnice tych miejsc.I znów popadałam w fascynującą eksplorację historii, grzebałam w źródłach, podpytywałam… W głowie kłębiły mi się opowieści. Część z nich zawłaszczyłam i osadziłam w moich powieściach, część do dziś tkwi zmagazynowana w mojej głowie.  Do teraz. Do jutra. Do kiedyś.
Eh! Uwielbiałam takie wyprawy. Były fascynujące!
 I dalej…
Z innej beczki! Mojej przyjaciółki przyjaciółka  wyczytała z jakiś mądrych źródeł, że burak czerwony, a zwłaszcza zakwas z niego dobry na wszystko: na krew, wolne rodniki, na cholesterol, na wieczną młodość i etc. I ja już w te pędy zafascynowana odkryciem co tydzień zakwas czynię. I dalej młodnieć, zdrowieć. Uwielbiałam patrzeć jak młodnieję i zdrowieję.
Ale po jakimś czasie… zabrakło zakwasu, bo zapomniałam kupić buraków, bo niepogoda albo kaprys.
Innym znów razem ćwiczenia zaczęłam uskuteczniać. Żeby brzuch spadł, by piersi poszły w górę, łydki nabrały kształtów i łódeczki w okolicach obojczyków się pogłębiły. Dalej więc wyciskać ciężary, robić deski, wykroki, balansować na piłce, rozciągać gumy nad kolanami, pod kolanami, dla bicepsa, tricepsu i innego – cepsu… Uwielbiałam patrzeć w lusterku jak mi się mięśnie zarysowują pod warstwą niechcianego tłuszczu. Ale jak to bywa… zabrakło czasu, chęci, a jeszcze katar i chandra jesienna.
To znów znalazłam inną fascynację. Po świecie będę jeździć! Gdzie się da, byle dalej od domu! Polska nie Polska. Góry, morza, miasta, uliczki, pola, rozległe panoramy. Uwielbiałam moment pakowania, a potem cały ten podróżny rozgardiasz. Hotele, pociągi- terkotanie kół żelaznych kół po torach,  samoloty – zatykanie w uszach, niepokój w trzewiach,  śniadania w pełnej kosmopolitycznego tłumu restauracji, zagubienie w tłumie albo samotność na górskich szklakach. Ludzi nieznanych, poznanych i niepoznanych… Ale po jakimś czasie, zabrakło pieniędzy, nie sprzyjały okoliczności.
I kolejne fascynacje. Większe, mniejsze. Banalne i mniej banalne. Ciekawsze i mniej ciekawe…  Uciążliwsze dla otoczenia jak i mniej uciążliwe, jak na przykład śpiewanie przy wtórze pianina „Tak jak malował pan Chagall” albo męczenie Czardaszem Montiego (zwłaszcza, że palce sztywne i niewyćwiczone), wstawanie o trzeciej w nocy, by pisać ( a przy okazji cała okolica raczona była zapachem pieczonego mięsa, bo przecież obiad rzecz święta), czytanie tylko literatury skandynawskiej albo tylko polskiej, robienie smoothie na śniadanie albo zajadanie się krewetkami, albo awokado, bo bogate w dobre kwasy, dzierganie serwetek na szydełku, słuchanie Zębatego ( chociaż wszystko już znam na pamięć), zaczytywanie się w poezji Tkaczyszyna – Dyckiego albo innego poety, o którym wcześniej nie miałam pojęcia, kupowanie przewodników albo kolejnych sukienek w stylu boho, słuchanie Julii Pietruchy lub Jazz Divas ( z Nine Simone na czele) albo francuskiego akordeonu…
I tak mam co rusz!
Ale to chyba lepiej niż marudzić, utyskiwać, zżymać się na wszystko, szukać dziury w całym i smęcić, smęcić , smęcić…  Życie jest jakie jest. A najważniejsze, że ja wciąż mam coś przed sobą,  jest tyle rzeczy fascynujących…

sobota, 26 stycznia 2019

W poszukiwaniu znaczeń – próba ogarnięcia materii pisarstwa z elementami autocharakterystyki albo jeszcze inaczej – nie chciałam wsadzać kija w mrowisko

zdjęcie z Internetu art- newmedia. com


Mam 56 lat…. . Jestem żoną, matką, babcią, przyjaciółką ( taką mam nadzieję), koleżanką, znajomą. Jestem nauczycielką, wychowawcą, mieszkanką Barlinka. Córką jestem i siostrą. I teściową jestem, ciocią, kuzynką, szwagierką. Matką chrzestną jestem i żoną ojca chrzestnego ( nie mylić z Don Vito Corleone, choć synowie i bliscy żatrobliwie mówią o nim, znaczy mężu moim capo di titti capi). Jestem znana z widzenia, z nazwiska po ojcu „ a to córka Ryśka”, i z urody po matce, bo „podobna do matki jak dwie krople wody”. Z Koziej też jestem znana, bo „nic się nie zmieniłaś, Gosiu” – tuli mnie za każdym razem pani M, z Szosowej pamiętają mnie ci i inni „nigdy nie zapomnę, jak pani prowadziła swoich chłopców za rękę. Oni w białych spodenkach w lekuchną krateczkę i pani w sukience jak ta Mielcarz w Quo Vadis, tylko że ona blondynka i chuda” i ze Stodolnej, gdzie przeżyłam najtrudniejsze lata swojego życia, a wreszcie tu – z Ogrodowej, gdzie mieszkam, ale na dobrą sprawę ja niewiele osób znam, a mnie jakby coraz więcej. No może to przez te książki, które piszę i z tego powodu od czasu do czasu moje zdjęcie mignie gdzieś w portalu. Pewnie mogłabym jeszcze wymyślać i przypisywać sobie różne funkcje. Przeżywszy pół wieku, ma się też bagaż doświadczeń, coraz pełniejszy, niekiedy trudny do udźwignięcia. Dzięki temu półwieczu mam  więc pewną wiedzę, pochodzącą z owego doświadczenia i tę książkową nie zawsze zweryfikowaną przez życie. I ogląd rzeczywistości mam jako taki, czasem o szerszym, a często o węższym spektrum, zawsze nie takim, niż sama po sobie bym oczekiwała. Staram się nie poprzestawać na zastałym, a brnąć do przodu, czasem na przekór sobie, czasem wbrew wszystkiemu, pomna zasłyszanej niegdyś maksymy „kto stoi w miejscu, ten się cofa”. ( a propos tego cytatu – tylu ludziom przyznawano autorstwo od Goethego, poprzez Witkowskiego i innych, tak że ja poprzestanę na samym cytacie). I w związku ową dążnością do przodu, podglądam ludzi, nasłuchuję, śledzę, szperam, poszukuję, czasem powielam, czasem adaptuję na swój grunt coś, co do mnie trafia szczególnie.. By nadążyć. Choć przecież aż  tak durna nie jestem i wiem, że czasu nie przegonię. Lubię też analizować, porównywać, odwoływać się, odsyłać do archetypów, wzorów, szablonów, zachwycać się lub zdumiewać wszelkim fraktalami w przyrodzie, w życiu w ogóle. Lubię  rozdzielać włos na czworo, ( choć wiem, że bliscy określają to mało elegancko i mówią, że najzwyczajniej upss! upierdliwa jestem) bo to daje mi poczucie bezpieczeństwa, że żyję w przestrzeni dającej się jakoś ogarnąć moim umysłem. By oswoić, okiełznać, by nie zwariować.
Uff! Napisałam się, napleniłam słów jak to mówią – zresztą  brzydko – jak głupi dzieci ( teraz środowiska prorodzinne będą rzucać we mnie zgniłymi jajkami),  ale prawda jest taka, że tym sposobem chciałam zawoalować istotę rzeczy… No właśnie…
Zatem ad rem. Poszukując określenia dla siebie…etykietki dla siebie ( choć jak diabeł świeconej wody wystrzegam się etykietowania ludzi), widzę wiele możliwości. Mogłabym je sobie sprawić w jakiejś firmie drukarskiej na przykład mgr Iwona Małgorzata Żytkowiak ( bo przecież jeszcze magistrem jestem), nauczycielka, polonistka i et cetera. Ale mimo że napisałam i wydałam w dobrych wydawnictwach ( dobrych to znaczy takich, które liczą się na rynku – tak  mi kiedyś uświadomił  pewien redaktor definiując „dobre wydawnictwo”,a nie jakaś firma „spod krzaka” – idem) dziesięć powieści, mimo że otrzymałam sygnały, że są niegłupie, że nie są o niczym, że jakiś tam styl posiadam i jakieś narzędzia pisarskie, jakoś dam daje sobie radę z językiem na wielu płaszczyznach, ale… ale  nie zamówiłabym sobie takiej etykietki „pisarka”. No nie! Chociaż chciałabym myśleć o sobie: „jestem pisarką”. Ba! Jak to brzmi!
 Zdarzało mi się przy okazji różnych spotkań z czytelnikami, prostować osobę anonsującą mnie „przedstawiam naszego gościa- pisarkę z Barlinka… itd., itd.” Powiadałam wówczas, trochę z rezerwą, trochę ze skromnością ( tak, tak, skromnością – potwierdzam tym, którzy się zżymają przy tym moim samookreśleniu. Wszak wszyscy wiedzą, że skromność skarb dziewczęcia J ), że sprzątanie w domu, nie czyni mnie sprzątaczką, gotowanie – nie powoduję, że jestem kucharką, to że sobie śpiewam w wannie nie sprawia, że jestem śpiewaczką i nawet kilkugodzinnej wygrywanie na pianinie sentymentalnych ballad Okudżawy, Jacquesa Brela czy polskich standardów nie daje mi podstaw by nazwać się pianistką i oczywiście etc. 
Kiedyś Pan od Książek prowadzący moje spotkanie zapytał mnie, kto w takim razie jest pisarzem i ile książek trzeba napisać, by można pozwolić sobie tak  o sobie myśleć. Nie wiem i nie wiem i tego się trzymam. Ale może trzeba dać czasowi czas. Może trzeba zaczekać. Może ktoś mądrzejszy – może jeden, drugi  tak powie i słowo stanie się.  Słowniki nie wyjaśniają, poradnia językowa stoi na stanowisku, że jednym z warunków acz niekoniecznych – jest przynależność do związku pisarzy, np. ZLP ( to wówczas jak gdyby mieściłabym się z zakresie, ale cóż, skoro i tak się nie czuję).
- Ty to masz problemy – rzuciła mi przyjaciółka, nie umiejąc zupełnie zrozumieć moich rozterek. Zobacz wokół! – powiada mi dalej – Znam taką, co napisała jedną książkę i wrzuca na fejsbook  zdjęcie pod tytułem „pisarka lepi pierogi”, albo w aucie  i cyk „pisarka jedzie samochodem”. Albo napisała trzy książki i sama je sobie wydała i zaraz pod nazwiskiem pisze „pisarka”. A czasem tak się w swoim „pisarstwie” utwierdzą i zapędzą, że mają ambicje uczyć pisania innych. Nie omieszkają ogłaszać się na portalach, werbować grupy, organizować obozy językowe. O tempora o mores! – zakończyła sentencjonalnie.  Ale jeszcze po chwili dodała:
- Ty, Gośka, po prostu pisz...
No to piszę sobie a innym. Na chwałę swoją sobie piszę. Dla czytelników piszę. Dla pieniędzy też trochę. A wszystkim pisarkom, pisarzom lekkiego pióra życzę, i zadowolenia czytelników, ale i własnego cokolwiek. Bo przecież jak człowiek z siebie kontent, to i dobrze mu na świecie. Czyż nie?