poniedziałek, 30 listopada 2015

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

A historia ma się tak… Było to gdzieś około początków trzeciego tysiąclecia, a ściślej, było to wtedy, gdy wiedziona poczuciem odpowiedzialności, nie zważając przy tym na żadne okoliczności, po męczącej, nieprzespanej nocy postanowiłam OSOBIŚCIE  doręczyć zwolnienie lekarskie do pracy. I zapewne nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w rzeczy samej czułam się podle. Tak podle, że ledwie wyszedłszy z pracy na zewnątrz, poczułam zawrót głowy. Ostatnie co zobaczyłam to jakieś esy- floresy wyrysowane  na niebie i zemdlałam. I to może tez nie byłoby szczególnie frapujące, gdyby znów nie osobliwy fakt. A mianowicie zemdlałam na schodach. Skończyło się tym, że zabrało mnie pogotowie ze złamanym lewym barkiem i … prawą ręką. Pierwszy dzień i następującą po nim noc niewiele mnie obchodziło poza pioruńskim bólem i gorączką, która trawiła moje pokiereszowane ciało, ale potem przyszła paskudna świadomość własnej niemocy. Szalałam ze złości. Dwie ręce w gipsie- od ramion po niemalże czubki palców!  Nie będę opisywać, co się ze mną działo, bo nietrudno zgadnąć. I nie to jest przedmiotem mojego tekstu, ale to, że w stanie owego mojego kalectwa podjęłam próbę pisania powieści TONIA. Dość szybko opracowałam sposób posługiwania się klawiaturą, wystarczyło tylko tu podciąć gips, tam zwolnić temblak i już dotykałam klawiszy. Pisałam. Pełna zapału,  od czasu do czasu odpoczywając ( acz niechętnie, ale chore łapska wymuszały postój). W tzw. międzyczasie jedna pani redaktorka z pewnego wydawnictwa cokolwiek zachwyciła się moją prozą i napisała mi: „niech pani pisze, pisze, pisze, bo ma pani talent”. Tak podbudowana, nie mogłam się zatrzymać. Powieść zaczęłam, skończyłam… i potem zaczął się koszmar związany z wydaniem. Okazało się w tym całym galimatiasie, że najprostszą sprawą jest napisania powieści. Wysyłałam tu i tam. Na konkursy i   jako propozycje debiutanckie. Cisza! Wreszcie zdecydowałam się na wydawnictwo Novae Res, które zażyczyło sobie niemałą kwotę, ale jak to bywa… rozpędzona, rozemocjonowana wizją zostania „pisarką”, dałam się ( tu mogę z pełną świadomością rzec dość kolokwialnie) wpuścić się w maliny i wydałam książkę z tzw. współfinansowaniem ( cokolwiek to miało wydawnictwo na myśli, bo ja wydałam kilka tysięcy, a ile oni… tego nie wie nikt.). W międzyczasie musiałam wycofać książkę z innego wydawnictwa, w którym przystąpiłam do konkursu… Wówczas nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale potem okazało się, że moja książką miała niemałe( a może i nawet była faworytką) na wygranie konkursu. Ale trudno się mówi! Stało się! Kobyłka u płota! Czas mijał, wydawnictwo  Novae Res, pieniądz zgarnęło,wydało i zapomniało o powieści. Staraniem pani K. powieść  była czytana dwukrotnie w Radio Zachód, ale i to nie uchroniło jej przed niechybnym zapomnieniem. TONIA tonęła, tonęła w trywialnym morzu zapomnienia. Lata mijały, pozostało zgorzknienie i żal, choć już potem udało mi się nawiązać współpracę z innymi wydawnictwami i napisać kilka niezłych naprawdę powieści. Wciąż jednak pozostawało we mnie owo uczucie rozgoryczenia związane z Tonią, bo to chyba… najlepsza z moich powieści, a zapewne najbardziej przeze mnie ukochana. Pewnego razu zwróciłam się do wydawnictwa, z którym związałam się, a mianowicie, z Prószyńskim, aby zechcieli moją Tonię… Niestety szacowne kolegium nie zdecydowało się na jej wydanie. I wówczas przyszedł mi do głowy ów szalony pomysł, by jeszcze raz wysłać książkę, do Repliki, która od początku zdawała się dostrzec wielki potencjał owej książki. Napisałam. I co… I zgodzili się! I w poniedziałek ubiegły wysłałam podpisaną umowę na wydanie mojej Toni! I czekam na to wszystkie etapy pracy poprzedzającej ukazanie się powieści! I liczę na to, że wreszcie TONIA dostanie logiczną okładkę i „nowe życie”. I będzie żyła długo i szczęśliwie, bo to naprawdę jest DOSKONAŁA POWIEŚĆ!

A tu poniżej fragment Toni

Część I
1.Imię


            Tonia była jak tysiące innych kobiet – Jolek, Mart, Ewek. Ani ładna, ani brzydka. Tonia była cudnie zwykła. Plątała się w moim życiu, chyba od trzydziestu lat. Pojawiała się na przykład o siódmej rano i była zdziwiona choćby tym, że śpię albo że ty jesteś w domu.
– A co ty tu jeszcze robisz? – wołała do ciebie, ciągnąc za sobą zapach niewywietrzonej po nocy klatki schodowej.
– Ja tu mieszkam – mówiłeś i już się uśmiechałeś, bo tylko Tonia miała niepisane przyzwolenie na oglądanie ciebie bez pełnego rynsztunku.
– Ta znowu w tych swoich satynowych koszulkach – mówiła o mnie i leciała prosto do kuchni wstawić wodę na kawę.
Wpadała ze łzami, ze śmiechem lub ze świeżymi bułkami, bo właśnie ją naszło – między jedną, a drugą namiętnością do niego, między jedną, a drugą awanturą z nim.
-– Ja już nie mam siły – skomlała od progu, rzucając mi się na szyję.
Czasami udawała, że nie ma jej na świecie. Wtedy gotowała, sprzątała, urządzała ogród, malowała mieszkanie i… żyła sama, sama, samiuteńka ze sobą. Zbierała energię. Szamaniła sobie, paliła kadzidełka o wymyślnych zapachach, tybetańskie, wytwarzane z wedyjskimi recepturami, ajurwedyjskimi zapisami, niwelujące stany rozstroju nerwowego. Oparte na prastarych formułach, używane w medycynie i medytacji. Zapachy świątyń buddyjskich i indyjskich stosowane podczas pujy (tybetańskiej medytacji) i przy oczyszczaniu. Paliła czarne świece i rozmawiała ze zwierzakami. Bo Tonia uwielbia zwierzaki, ale z medytacją buddyjską nie ma nic wspólnego.
            Kiedyś chciała zostać weterynarzem, ale… nie wyszło. Jak miliony innych rzeczy, które się jej nie udały. Które miały być dla niej ważne.
Miało upływać owo życie Toni z dystynkcją właściwą Antoninie – takie imię wybrali jej rodzice; nie wiedzieć czemu, bo matka to normalna Zośka z domu Babuch, a ojciec – Stefan Podjezdny. Skąd u nich taka fantazja, tego, jak Tonia mawiała, nie wiedzieli nawet najstarsi Indianie. Antonina Podjezdna. Niemożliwe, by Podjezdni – ludzie prości (i spokojni z tego powodu – niewiele chcieli od życia) wiedzieli, że imię to nosiło tyle aktorek teatralnych, operowych: Filleborn, Gordon-Górecka, Hoffman, Kawecka, Klońska czy Radwan. Nie mieli też pojęcia, że imię jest życzeniem rodziców dla dziecka. Gdyby o tym wiedzieli – nie daj Bóg – można by podejrzewać, że na Tonię spadłby splendor sławy związanej z wybitnymi kreacjami teatralnymi, filmowymi czy operowymi. A tymczasem ani nie umiała śpiewać, choć bardzo lubiła, a i z pamięcią niezbyt dobrze, więc i wszelkie występy, na których musiałaby się popisywać deklamacjami, pozostawały poza jej zasięgiem. Mogliby i od Marii Antoniny zaczerpnąć, ale przecież ta skończyła sromotnie. Chyba nie życzyliby takiego losu ani własnemu dziecku, ani sobie… Właśnie! Może moja Tonia to taka Maria Antonina… .A gdzież tam! Tonia to Tonia.
-– Zobaczysz – zarzekała się – kiedyś będę obrzydliwie bogata. Kupię ci tę kolię, która tak bardzo podobała ci się w Centrum, i torbę Wittchen, i perfumy Guerlain, krem… i… –cudownie rozmarzała się i tak, że inaczej być nie mogło.
            Nieszczególnie martwiła się tym, jak ją nazwano. Nie czuła związku między życiem i imieniem; te kwestie nie były immanentnie zależne od siebie. Swoje psy nazwała Klara i Aurela. Dzieci całkiem normalnie: Kaśka, Marcin i Dawid. Jego imię też było prozaicznie niewymowne – Roman. Bo Tonia nie widziała w imionach żadnej magii. Ktoś jakoś się nazywa, bo tak – i tyle! Wszelkie imaginacje, klątwy, kabały – owszem, ale imię…? – ot! Chwila. Nie wiesz, jak nazwać psa, dziecko, przezwać kogoś? Ona rzuca: pies – Baron, córka – Matylda. Jestem zmęczona i nie miałam czasu na makijaż – Tonia mówi, że wyglądam jak stara Figaszewska.
– Która to Figaszewska? – pytałam przykładowo.
– Skąd mam wiedzieć? – odpowiadała. – Przecież nie znam żadnej. Nikt z taką łatwością nie znajduje nazw jak Tonia. I już każdy ma imię. I to jakie ładne!



środa, 25 listopada 2015

Rzymskie impresje

Rzymskie impresje


No i przyszła. Szara, bura i drzewa niepotrzebnie łyse. Ciężkie chmury złowieszczo przetaczają się po niebie. Próżno szukać uroków. Po złocie, szkarłacie i zieleni ani śladu. Ani słychu frywolnego trelowania ptaków w pobliskich krzewach. Ani szelestu liści rozpościerających się dywanem na całej połaci. I parki opustoszałe, i ławki osamotnione.
A do tego świat wokół paskudny; zamachy, nienawiść, złość, zgrzytanie zębów i złorzeczenia. Człowiek człowiekowi wilkiem. Kiwi, kiwi, kakadu… Psia mać! Próżno szukać urody życia! A ono prze i prze do przodu…  I jakby tego było mało! Tu słychać, że znajoma chora, tam rozpacz po wielkiej stracie… I aż się boję… i myśli odpędzam natrętne, bo we mnie wiosna… (Puk, puk! Odpukać w niemalowane.)
Rzym i Florencja przywitały mnie słońcem. Z niegasnącym apetytem chłonęłam to wszystko, co już znałam, odnajdywałam znane miejsca, rozpoznawałam tropy i nieustanne zachwycałam się. Do bólu w piersiach, do zapatrzenia. Ginęłam w małych, ciasnych uliczkach i odnajdywałam się. Z butelką (właściwie małą buteleczką białego Frascati) snułam się po mieście, mijałam przytulne trattorie, malutkie sklepiki, nie pragnąc niczego nad to, by się zgubić, by zostać tam na zawsze. (Dobrze, że wino się kończyło, bo po lekkim oszołomieniu wracał mi rozsądek i wiedziałam, że to tylko chwile, a prawdziwe życie toczy się tu, gdzie jest moja rodzina.)Niemniej jednak mam na długi czas obrazki pamięci, które uspakajają mnie, pozwalają przystanąć, przysiąść, zająć się, choćby pisaniem, bo już mnie nie  gna, nie pili.

I ilekroć źle, i jesień szara, bura i drzewa niepotrzebnie łyse, i ciężkie chmury złowieszczo przetaczają się po niebie, i świat wokół paskudny; zamachy, nienawiść… Ja  mam swoją wiosnę w sercu i obrazki pod powiekami; budzące się do życia Campo di Fiori, ocienione krzesło w Tucci na Piazza Navona, dyskretny urok maleńkiej florenckiej trattorii   Note di Vino przy urokliwej Borgo dei Greci albo też ukryte przed wścibskimi oczami zaczarowane podwórce z podniszczonymi freskami, Bóg wie czyimi, ale zacnie wyglądającymi  na obrośniętych bluszczem i jaśminem ścianach, na których historia zapisała się zdobnymi kartuszami, emblematami. Mam obrazki wyrastających nagle i nieoczekiwanie maciupeńkich ołtarzyków i figurek różnych Matek Boskich od Bolesnych, Karmiących, po Szkaplerzne czy Pięknej Miłości, zaułków prowadzących donikąd i górujących nad Rzymem parasolkowatych pinii.  

Mam je teraz w sobie i pozostaną we mnie. A kiedy odezwą się tęsknotą, wtenczas powrócę… Zostawię ową nudną szarość i przez krainę błękitu, obserwując z okien samolotu połyskujące niczym srebrna łuska dachy nieznanych domów, w których szczęścia i nieszczęścia, obojętność i brak miejsca na myślenie o innych, w których życie toczy swój czas… i powrócę…
 

Dodaj napis
























niedziela, 18 października 2015

Kochany, kochany lecą z drzewa jak dawniej kasztany….

Kochany, kochany lecą z drzewa jak dawniej kasztany….

Nie pamiętam, jaki był maj tego roku. Pewnie ładny, bo nic szczególnego nie utkwiło mi w pamięci. Ani że ciepło, ani że zimno. Prawie nic. Bo oto pamiętam zielone zawiązki kasztanów… Pojawiły się zaraz po kwitnieniu, tym przecudnym, gdy to kremowe kwiaty z frymuśnymi, postrzępionymi płatami, z żółtymi słupkami, zebrane w gęste wiechy wyglądały tak pięknie, że oczy trudno od nich oderwać. Od tego mnóstwa, od tego zapachu, od tego lepu.  I oto w takich okolicznościach przyrody jak zwykle pomyślałam o maturze. Już nie swojej, bo przecież człowiek nie powinien wciąż wracać i wracać. Nie można wszak wciąż podążać za wspomnieniami, grzebać w pamięci. Bo po co! Życie jest tu i teraz. I przecież zawsze jest w nim coś absolutnie fascynującego. Pomyślałam o tych wszystkich młodych  ludziach mijanych na ulicach, ubranych elegancko, z głowami pełnymi pięknych wizji. I wcale, ale to wcale im nie zazdrościłam młodości, możliwości… Tylko uśmiechałam się do nich i w duchu życzyłam im wszelkiego spełnienia.
Maj pachniał. Piersi pełne szczęścia, głowa w chmurach, kto by tam chciał spoglądać na ziemię!
Jakoś po kilku dniach pod nogi wpadł mi młody kasztan! Ba! Kasztaniątko! Małe i cherlawe, ledwie co związane w zieloną kulkę, z wypustkami, które kiedyś miałyby szansę stać dorodnymi kolcami. Miękkie, niepozorne… A wokół maj królował niepodzielnie…
Dzisiaj wracałam z Majką ze spaceru. W powietrzu wilgoć październikowa. I złota na drzewach, i czerwieni....I szelestu liści, i łopotania skrzydeł odlatujących ptaków. Jesieni zatrzęsienie! I znów mi wpadł kasztan pod nogi, a inne leżały… z pękniętą skorupą obnażającą wnętrze. Aksamitne i lśniące. Pełne i dojrzałe. Z kolcami wyostrzonymi, ale przywiędłymi już na tyle, że nie potrafiły uchronić tajemnicy wnętrza.  
I naraz przywiódł mi się do głowy obraz tamtego majowego… Obraz  tak odległy, że aż dziw! I wcale nie minęło jakby z bicza strzelił! I pomyślałam:„ Ile czasu minęło? Ile się zdarzyło? Ile dobra i radości,  a może  nawet i szczęścia?” I pomyślałam: „Jaki czas łaskawy, że tak spowolnił i, że tyle dał.” I pomyślałam: „Jak pięknie jest żyć! Jesienią też pięknie! I pięknie jest czekać na wiosnę”. I pomyślałam: „Oj chciałoby się jeszcze wiele takich jesieni i wiosen”. I pomyślałam:„ Jak dobrze jest się tak zżyć ze swoim życiem”. I jeszcze  coś sobie pomyślałam…, ale pewne myśli niechaj zostaną we mnie…



niedziela, 6 września 2015

O tym, że z biegiem lat człowiek traci liczbę pojedynczą

                Siedziałam sobie u kuzynostwa mojego męża (  nota bene wizyta była całkiem przyjemna: urocza wieś nad rozległym jeziorem, otoczona  lasami, z dala od zgiełku, przy domu sad, o tej porze mamiący zapachami i kolorami, nieopodal szczekają psy, ale nie jest to zjadliwe ujadanie, a raczej ów niezbędny element wiejskości). Jako że z kuzynostwem mało się znamy, a to wszystko, co wiemy z tak zwanego słyszenia jest niewystarczające, by zadzierzgnąć więzy, które znów z biegiem lat stają się coraz bardziej w życiu istotniejsze, więc od słowa do słowa i … coraz to odkrywamy się jedni przed drugimi.
- Nie! No my już dawno porzuciliśmy myśl, by wyprowadzić się na wieś… Praca, zajęcia dodatkowe syna…
Kuzynostwo kiwają  z pewnym współczuciem dla naszego „wielkomiejstwa” głowami:
- Tak, tak – powiadają – wiemy, jak to trudno… Nasz wnuk, siłą rzeczy musiał zrezygnować z niektórych zajęć, bo mieliśmy problem z dojazdem….
-No, cóż… – ja  z moim mężem doskonale wiemy, o czym mówią, bo przecież od poniedziałku  do soboty uprawiamy logistykę związaną z zajęciami Marcela.
- A może coś zjecie, upiekliśmy ciasto – oferuje  kuzyna żona. – No bo wiecie, my bardzo lubimy ciasta…  I w ogóle lubimy jeść, chociaż wiemy – tu kuzynka oraz naturalnie jej mąż znacząco dotykają swoich może nieco zbyt odkształconych  brzuchów – że nie powinniśmy, ale co sobie będziemy wszystkiego odmawiać. W końcu co my mamy z tego życia! Praca, dom, dzieci, wnuki….
Spojrzeliśmy się z mężem na siebie, bo my nie bardzo przepadamy za słodkim, ale co tam; raz kozie śmierć!  i szybko pospieszyliśmy z odpowiedzią:
- A bardzo chętnie poczęstujemy się, chociaż odkąd rzuciliśmy palenie, to prawie w ogóle nie jadamy słodyczy. Zresztą  wiele nam się zmieniło; nie pijemy kawy, wolimy wino od drinków!
- My też rzadziej pijemy kawę! – przerwał mi odkrywczo  tym razem kuzyn, by zaraz obwieścić:
- Rano do przed wyjściem parzymy herbatę. A kawę to ….ho ho… czasem jak popołudniu oglądamy serial… No wiecie… mamy takie swoje ulubione, a poza tym  w jednym gra nasza synowa, a że rzadko ją tu u nas na wsi widujemy, to choć w telewizji się na nią napatrzymy.
Popatrzyliśmy z ciekawością na kuzynostwo. Było w tym może  coś niegrzecznego, chyba dlatego, że my nie oglądamy żadnych seriali i wręcz jesteśmy ich wielkimi przeciwnikami. Ale o tym rzecz jasna im nie powiedzieliśmy, ale za to pokiwaliśmy solidarnie  głowami na znak zrozumienia, pochwaliliśmy się:
- My to bardzo lubimy filmy hiszpańskie i niemieckie, ale najchętniej czytamy….
-No tak…  wy jesteście miastowi…. Intelektualiści… – rzekła   kuzynka chyba nawet  pewną lekko wyczuwalną estymą.  – My jesteśmy prostymi ludźmi. Owszem czasem kupujemy jakieś kolorowe gazety i coś tam poczytamy, ale to rzadko.  Wiecie nie mamy do tego głowy,  a poza tym  oszczędzamy na starość.
                 I tak rozmowa płynęła spokojnie, że nie wiedzieć kiedy za oknem poszarzało. Poderwaliśmy się z miękkich krzeseł.
- Powinniśmy już wracać. Mamy jeszcze  wiele rzeczy do zrobienia – zakreśliłam w powietrzu duży okrąg nad głową, który miał niby obrazować ów ogrom. – Musimy koniecznie się jeszcze spotkać.
                Siedziałam za kierownicą skupiona na jeździe. Mój mąż czujnie wpatrywał się w drogę, na wypadek jakby jakaś zwierzyna wychyliła z lasu.
- Patrz! Jak miło spędziliśmy dzień. I wypoczęliśmy, i pogadaliśmy. Ależ się odprężyliśmy I chyba dzisiaj wcześniej położymy się spać, bo jutro mamy znów strasznie dużo zajęć.
Skinęłam głową. Ani się obejrzeliśmy jak byliśmy pod domem.
                Obudziłam się  w środku nocy. Jakoś oboje nie mogliśmy spać. Leżeliśmy obok, nie zdradzając nawzajem tego, że nie śpimy.  To był czas na naszą pojedynczość. I właśnie podczas tego niespania uświadomiłam sobie, że gdzieś zgubiłam liczbę pojedynczą.





piątek, 4 września 2015

Nie ma nic za darmo!

Nie ma nic za darmo!


                Mam czas. Dużo czasu. Wreszcie mam też możliwość spowolnienia, sublimowania życia, zatrzymywania się tam, gdzie coś zajmie moją uwagę, skupienia się na rzeczach małych. Nic mnie  nie gna, nie przymusza… Nie mam potrzeby spoglądania w kalendarz czy na zegar – czas  płynie niezauważalnie.  Tak  więc wygląda wolność?  Powiadali mi: „zobaczysz będziesz się nudzić, zatęsknisz za owym ferworem spraw, za tym  ruchem” . A ja wiem, że nie zatęsknię. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Szkoda  tylko, że tę moją radość burzy poczucie pewnej „schyłkowości”.  Wiem i oczywiste staje się  dla mnie, że wszystko się kończy, ale mimo to prześladuje mnie myśl, że na nic już nie czekam. Co miało być – było, nie spodziewam się spektakularnych wzlotów, drastycznych upadków,  suspensów, niczego już nie zmienię, nie rozpocznę…  Nazwałam sobie ten okres w życiu „dotrwaniem”.  Chyba jakoś smutno się zrobiło…