środa, 25 listopada 2015

Rzymskie impresje

Rzymskie impresje


No i przyszła. Szara, bura i drzewa niepotrzebnie łyse. Ciężkie chmury złowieszczo przetaczają się po niebie. Próżno szukać uroków. Po złocie, szkarłacie i zieleni ani śladu. Ani słychu frywolnego trelowania ptaków w pobliskich krzewach. Ani szelestu liści rozpościerających się dywanem na całej połaci. I parki opustoszałe, i ławki osamotnione.
A do tego świat wokół paskudny; zamachy, nienawiść, złość, zgrzytanie zębów i złorzeczenia. Człowiek człowiekowi wilkiem. Kiwi, kiwi, kakadu… Psia mać! Próżno szukać urody życia! A ono prze i prze do przodu…  I jakby tego było mało! Tu słychać, że znajoma chora, tam rozpacz po wielkiej stracie… I aż się boję… i myśli odpędzam natrętne, bo we mnie wiosna… (Puk, puk! Odpukać w niemalowane.)
Rzym i Florencja przywitały mnie słońcem. Z niegasnącym apetytem chłonęłam to wszystko, co już znałam, odnajdywałam znane miejsca, rozpoznawałam tropy i nieustanne zachwycałam się. Do bólu w piersiach, do zapatrzenia. Ginęłam w małych, ciasnych uliczkach i odnajdywałam się. Z butelką (właściwie małą buteleczką białego Frascati) snułam się po mieście, mijałam przytulne trattorie, malutkie sklepiki, nie pragnąc niczego nad to, by się zgubić, by zostać tam na zawsze. (Dobrze, że wino się kończyło, bo po lekkim oszołomieniu wracał mi rozsądek i wiedziałam, że to tylko chwile, a prawdziwe życie toczy się tu, gdzie jest moja rodzina.)Niemniej jednak mam na długi czas obrazki pamięci, które uspakajają mnie, pozwalają przystanąć, przysiąść, zająć się, choćby pisaniem, bo już mnie nie  gna, nie pili.

I ilekroć źle, i jesień szara, bura i drzewa niepotrzebnie łyse, i ciężkie chmury złowieszczo przetaczają się po niebie, i świat wokół paskudny; zamachy, nienawiść… Ja  mam swoją wiosnę w sercu i obrazki pod powiekami; budzące się do życia Campo di Fiori, ocienione krzesło w Tucci na Piazza Navona, dyskretny urok maleńkiej florenckiej trattorii   Note di Vino przy urokliwej Borgo dei Greci albo też ukryte przed wścibskimi oczami zaczarowane podwórce z podniszczonymi freskami, Bóg wie czyimi, ale zacnie wyglądającymi  na obrośniętych bluszczem i jaśminem ścianach, na których historia zapisała się zdobnymi kartuszami, emblematami. Mam obrazki wyrastających nagle i nieoczekiwanie maciupeńkich ołtarzyków i figurek różnych Matek Boskich od Bolesnych, Karmiących, po Szkaplerzne czy Pięknej Miłości, zaułków prowadzących donikąd i górujących nad Rzymem parasolkowatych pinii.  

Mam je teraz w sobie i pozostaną we mnie. A kiedy odezwą się tęsknotą, wtenczas powrócę… Zostawię ową nudną szarość i przez krainę błękitu, obserwując z okien samolotu połyskujące niczym srebrna łuska dachy nieznanych domów, w których szczęścia i nieszczęścia, obojętność i brak miejsca na myślenie o innych, w których życie toczy swój czas… i powrócę…
 

Dodaj napis