środa, 8 lutego 2012

kiedy noc zapada




Rachunek
Zamyśliłam się
całkiem niepotrzebnie
Zrobiło się smutno
Pomyślałam
sobie o tym
co za mną
i czy dużo przede mną.

Zsumowałam
plusy i minusy
Liczyłam
ile łez spłynęło
Ważyłam słowa,
które między nami krążyły
Próbowałam
objąć szczęścia i nieszczęścia
Dodawałam
sensu życiu
Odejmowałam
dni obojętne
Dzieliłam
swą miłość na wszystkich
Dokonałam rachunku



modlitwa


pozwól mi,Panie, na chwilę spokoju

pozwól mi, proszę, na chwilę radości

jeszczełzy nie zleciały z mojej twarzy

jeszcze ogarek rozpaczy tli się

a Ty już gotujesz mi nowe bóle

na ciężką zapraszasz próbę


daj mi ,o Panie, moment zapomnienia

pokażmi świat kolorowy

naucz mnie iść z podniesioną głową

usuńz mej drogi przeszkody


wybacz mi, Panie, że chciałam zbyt wiele

że nie umiałam spokornieć

że kiedy miłość zawrzała w mym życiu

o wszystkim musiałam zapomnieć


przyjmij mnie teraz do siebie, o Panie,

bo przecież umiesz wybaczać

sobota, 4 lutego 2012

Z doskoku

 Od dawna  ( a przynajmniej ja nie pamiętam) zima nie zaskoczyła. Zjawiła się nieco później, najpierw strasząc mrozem, a w końcu sypnęło śniegiem. Nikt nie wyklinał, nie było sensacji w telewizji. Służby drogowe sprężyły się i już w wczesnego ranka odśnieżyły, co trzeba odśnieżyć, posypały solą, czy piaskiem co tego wymagało. Poprzestawiałam swoje zajęcia,  niektóre musiałam sobie odpuścić i poszłam z moim synkiem na spacer. Mróz szczypał gdzie popadło, śnieg prószył i skrzypiał pod butami, świat błyszczał w milionach drobin. Ciągnęłam sanki, na których siedział uszczęśliwiony Marcel i po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, że świat naprawdę jest piękny. Pod śniegiem zostały wszelkie brudy. Mijałam ludzi, którzy uśmiechali się do mnie i nie dopuściłam myśli, że mogłoby być inaczej i np. śmieją się ze mnie. Na promenadzie przy jeziorze co chwilę ktoś przystawał, spoglądając na jezioro tonące w promieniach słońca. Tylko rozkrzyczane kaczki, łyski i łabędzie nieme pływały w wodzie – niezupełnie niezadowolone z ograniczonej przestrzeni…
Świat jakby spowolnił… Chuchając w dłonie – na przemian raz w jedną, raz w drugą, wróciłam do domu – szczęśliwa, że wszystko wraca do normy, że istnieje ład ponad przyziemnymi rzeczami – zima  jest zimą, mróz czerwieni policzki, śnieg skrzy się cudnie… , a za chwilę będzie wiosna...

To był kolejny „dobry dzień”…


Rozgrzałam się gorącą herbatą i moją ukochaną Cesarią.








Zmarzniętym dedykuję


http://www.youtube.com/watch?v=S70URTg6CDo












środa, 1 lutego 2012

Szymborska i ja....


ŻŻona Lota


Obejrzałam się podobno z ciekawości.
Ale prócz ciekawości mogłam mieć inne powody.
Obejrzałam się z żalu za miską ze srebra.
Przez nieuwagę - wiążąc rzemyk u sandała.
Aby nie patrzeć dłużej w sprawiedliwy kark
męża mojego, Lota.
Z nagłej pewności, że gdybym umarła,
nawet by nie przystanął.
Z nieposłuszeństwa pokornych.
W nadsłuchiwaniu pogoni
Tknięta ciszą, w nadziei, że Bóg się rozmyślił.
Dwie nasze córki znikały już za szczytem wzgórza.
Poczułam w sobie starość. Oddalenie.
Czczość wędrowania. Senność.
Obejrzałam się kładąc na ziemi tobołek.
Obejrzałam się z trwogi, gdzie uczynić krok.
Na mojej ścieżce zjawiły się węże,
pająki, myszy polne i pisklęta sępów.
Już ani dobre, ani złe - po prostu wszystko, co żyło,
pełzało i skakało w gromadnym popłochu.
Obejrzałam się z osamotnienia.
Ze wstydu, że uciekam chyłkiem.
Z chęci krzyku, powrotu.
Albo wtedy dopiero, gdy zerwał się wiatr,
rozwiązał włosy moje i suknię zadarł do góry.
Miałam wrażenie, że widzą to z murów Sodomy
i wybuchają gromkim śmiechem, raz i jeszcze raz.
Obejrzałam się z gniewu.
Aby nasycić się ich wielką zgubą.
Obejrzałam się z wszystkich podanych wyżej powodów
Obejrzałam się bez własnej woli.
Tylko głaz obrócił się, warcząc pode mną.
Szczelina raptownie odcięła mi drogę.

Na brzegu dreptał chomik wspięty na dwóch łapkach.

Wówczas to oboje spojrzeliśmy wstecz.

Nie, nie. Ja biegłam dalej,

czołgałam się i wzlatywałam,
dopóki ciemność nie runęła z nieba,
a z nią gorący żwir i martwe ptaki.
Z braku tchu wielokrotnie okręcałam się.

Kto mógłby to zobaczyć, myślałby, że tańczę.

Nie wykluczone, że oczy miałam otwarte.
Możliwe, że upadłam twarzą zwróconą ku miastu.


    Szymborska umarła! Taka jest kolej rzeczy – chciałoby  się rzec. Umarli również inni wielcy na przestrzeni wieków… i nikt szczególnie się nimi nie zajmował. No nie! Ale Wisława Szymborska umarła teraz.  Teraz, kiedy los uczynił mnie świadkiem dziejących się zdarzeń. Umarła w moim czasie. I widać nie przeszła obojętnie, skoro ja – mały,  żuczek „jestem kim jestem/ niepojęty przypadek/jak każdy przypadek/ i  ja osobliwie odczuwam fakt jej odejścia. Gdybym powiedziała: „ od zawsze Szymborska stanowiła dla mnie niedościgniony wzór cnót wszelkich, ideał pisarskich dokonań itd”- skłamałabym. Wiedziałam, że jest i tyle! Podobnie jak Miłosz… Zawsze- to był ze mną mój ukochany Herbert i była też Poświatowska…. Mniejsza teraz o nich…

Szymborską pokochałam dzięki osobie, która, o ironio! zapewne mnie zupełnie nie pamięta

(nie dlatego, że jakowaś ignorantka, czy coś w tym stylu, ale dlatego, że Anka- tak miała na imię- Anka żyła zupełnie w innym wymiarze i być może dla niej taki mgławy i niewyraźny byt jak ja był najnormalniej nieistotny, by sobie nim głowę zaprzątać).

Tak więc owa Anka wyrecytowała Żonę Lota. Ona ją wygrała! Ona była żoną Lota!

Inna w takim momencie rzekłaby: „ Już nigdy po tym nie byłam taka sama”.

I chyba ja nie byłam! Zaczęłam czytać Szymborską. Jak leciało! Chciałam mierzyć się z nią! Idiotka! Ale poprzestałam na szacunku…

Ela – (to moja uczennica) wyrecytowała  „Gawędę o miłości ziemi ojczystej” … Popłakałam się… a przecież nie jestem ckliwa… albo jakaś zagorzała patriotka… ale ilekroć myślę : …bez tej miłości można żyć… mieć serce puste jak orzeszek…” albo słyszę jak Ela spokojnie bez teatralnej egzaltacji mówi: (…) ziemio ojczysta, ziemio jasna, nie będę powalonym drzewem(…)”, to łza mi się toczy bezwiednie po twarzy. I toczy się! Rzeczywiście!
I potem sięgałam do niej, coraz odkrywając bezmierną prostotę i mądrość.  I radość pisania….
A  kiedy ujrzałam ją z w filmie „Chwilami życie bywa znośne”, pomyślałam, że mimo wszystko, mimo zła, nieprawości, mimo klęsk, przemocy, mimo obłudy i falsyfikacji, mimo degrengolady i zbytniego blichtru, mimo szerzącej się tandety i małostkowości… mimo….. jest jeszcze piękny świat… są ludzie i ferowane przez nich prawdy…

Od dziś już nie ma ludzi… ale zostaje pamięć i poezja, i filozofia, i ….

Dobrze jest mieć punkty odniesienia….





Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek


jak każdy przypadek.
Inni przodkowie

mogli być przecież moimi,

a już z innego gniazda

wyfrunęłabym,
już spod innego pnia

wypełzła w łusce.
W garderobie natury

jest kostiumów sporo.

Kostium pająka, mewy, myszy polnej.

Każdy od razu pasuje jak ulał

i noszony jest posłusznie

aż do zdarcia.
Ja też nie wybierałam,

ale nie narrzekam.

Mogłam być kimś

o wiele mniej osobnym.

Kimś z ławicy, mrowiska, brzęczącego roju,


szarpaną wiatrem cząstką krajobrazu.
Kimś dużo mniej szczęśliwym,

hodowanym na futro,

na świąteczny stół,

czymś, co pływa pod szkiełkiem.
Drzewem uwięzłym w ziemi,

do którego zbliża się pożar.
Źdźbłem tratowanym
przez bieg niepojętych wydarzeń.
Typem spod ciemnej gwiazdy,
która dla drugich jaśnieje.

A co, gdybym budziła w ludziach strach,
albo tylko odrazę,
albo tylko litość?
Gdybym się urodziła
nie w tym, co trzeba, plemieniu

i zamykały się przede mną drogi?


Los okazał się dla mnie

jak dotąd łaskawy.

Mogła mi nie być dana
pamięć dobrych chwil.

Mogła mi być odjęta

skłonność do porównań.

Mogłam być sobą - ale bez zdziwienia,

a to by oznaczało,

że kimś całkiem innym.


Post scriptum

Mam w notatkach tekst, który napisałam którejś bezsennej nocy. Tekst jak najbardziej a propos. Muszę to opracować i podam….. Dobranoc. I mam wiersz… „oglądam się” ( jakaś dziwna  asocjacja)