czwartek, 1 czerwca 2017

O tym, że jednak jestem…


            Pozwalam sobie  na niepamięć, innym na niepamięć. Zwłaszcza najbliższym. Bo nie chcę  zawłaszczać niczyjej  przestrzeni, zobowiązywać do  czegoś. A zwłaszcza do siebie. Nie chcę, by ktoś miał w pamięci dni urodzin, imienin, matek rocznic takich i innych. Zwłaszcza, by czuł się zafrapowany czynieniem prezentów, sprawianiem mi niespodzianek, choć w takie dni gdzieś podskórnie od rana wyczekuję, że ktoś zadzwoni, że wpadnie. I czasem tak jest.
- O! Jak miło, że jesteś! Bo ja całkiem zapomniałam, że to dzisiaj. O! kwiaty! Piękne! Ale nie musiałeś – robię wszystko, by pokryć zażenowanie. Bo właśnie tak się czuję. Zażenowana. Niekiedy przydarzy się, że coś przeminie niezauważone przez nikogo lub na drugi dzień słyszę:
- Dopiero teraz przypomniałem sobie, że wczoraj było to, czy tamto…
- Nie ma sprawy – spieszę uspokoić. – Przecież to bez znaczenia.
A przecież nie  było bez znaczenia, bo w jakimś momencie dnia, pomyślałam sobie, że oto mijam niepostrzeżenie. Zaplątana wśród zwykłych codziennych spraw ludzi mi bliskich.

I teraz tak sobie myślę, że chyba  w tej swojej chęci niesprawiania innym kłopotu czynię  błąd. Bo jak mam pokazać wszystkim, że  chcę  być  dla  nich ważna, chcę  uczestniczyć w ich życiu i chcę, by oni  uczestniczyli  w moim. Nie  chcę być  samotną wyspą. Omijaną  obojętnie. Dlatego wołam: To ja! Tu  jestem! Czuję! Myślę! Doznaję! Nie przechodź obok mnie jak obok przydrożnego  kamienia. A jeśli  jestem jako ów kamień – w nim też  sens i istnienie. A jeśli  trzciną na wietrze – w niej też sens i istnienie. A na domiar  jednostkowa  jestem. Jeśli nawet  na chwilę, na mgnienie – jestem. Imię  mam swoje, i miejsca naznaczone. Jestem.