środa, 9 stycznia 2013

Słyszę, jak człapie pesymizm....

Słyszę, jak człapie pesymizm....

           
Jest początek roku. Powinnam być pełna sił, wiary w lepsze,  powinnam  z werwą wszcząć realizację wszelkich planów i zamierzeń, a tu klapa! Słyszę, jak człapie pesymizm. Gdzieś podziało się moje hedonistyczne podejście  do świata, ludzi, zdarzeń, a nade wszystko do siebie, gdzieś uleciał  mój optymizm, którym chełpiłam się na prawo i lewo… Z coraz większą niechęcią, a może i swego rodzaju histerią patrzę na rok 2013. Nie umiem wyzbyć się myśli, że oto nadszedł rok, kiedy to będzie mi dane ( jeśli będzie dane) przeżywać półwiecze… Toż już lata  zamieniają się w  wieki! Kiedy moja przyjaciółka cierpiała ogromną chandrę, gdy ją pięćdziesiątka dopadła, dziwiłam się szczerze i nie bardzo wierzyłam, by ot! jakaś liczba, nagle miałaby się stać magiczna albo też by ją  – daleką  od wszelkich afektacji, egzaltacji i innych przesadni – miała doprowadzić do takiego stanu. A tu masz! Trafiło we mnie! I to już teraz!

Nagle wszystko, co było kolorowe, zszarzało, zsiniało, stało się nijakie. Toteż uciekam na moją sofę i tam, zagrzebując się pod koce, pledy, włączam TV i szukam kolorów. Baśniowe widoki Wysp Zielonego Przylądka miast koić moje rozkołysane nerwy i myśli, przywodzą na myśl niezealizowane  marzenia. Moje Cape Verde oddala się ode mnie, pozostawiając tylko nostalgiczny głos Cesarii, której też już nie ma.

Na domiar telefon nie dzwoni, umowa nie nadeszła… Za oknem… szkoda gadać… szaro, buro, siąpi, wieje… Ani śladu po zimie z białymi bałwanami i ażurowymi koronkami mrozu na szybach. Pianino zaprasza, ale spod palców wychodzą tylko kolejne rosyjskie, tęskne ballady o przemijaniu, o braku, o tęsknocie… I nawet zabawa na klawiaturze z małymi rączkami mojego Marcela, nie bawi, a może i nawet nieco drażni.

I książki piętrzą się na szafce… niechciane, porzucone. Tylko niekiedy wracam do mojego Herberta, ale i on nie umie mnie porwać… Egzystencjalna pustka, wszechogarniająca aporia… Moje niedorosłe skrzydła obkurczają się i tracą zdolność szybowania w obłokach. Moi uczniowie powiedzieliby: „masakra”. A ja…? Ja sobie myślę, że coś trzeba z tym zrobić. Przecież nie mogę się przyznać, że wierzę  w „13” i „ w czarnego kota”, „buty na stole” czy „czterolistna koniczynę”( chociaż z tą koniczyną, to dlaczego nie), więc ostatkiem sił wołam: a kysz złe mysli!, a kysz! pesymizmie! A kysz! a kysz! a kysz!  Ażeby odczynić uroki, posłucham sobie Majewskiej… http://www.youtube.com/watch?v=-lvUwzmXshI