Przychodzi baba do lekarza, czyli
o tym jak lekarz ( jakikolwiek – choćby tylko okulista) potrafi wyzuć biedną
kobietę z błędnego pojęcia, że„(…)nie ma kobiet starych”, że „(…)życie zaczyna
się po pięćdziesiątce”, że… starość to tylko stan ducha, że… i inne tym podobne
dyrdymały…

Wprawdzie owej
magicznej, makabrycznej pięćdziesiątki jeszcze nie mam. Ale nieważne! Słyszę
jak dyszy mi za uchem, tak blisko, że boję się odwrócić głowę, bo sapie i w tym
oddechu wyczuwam oddech starości, wszelkich geriatrycznych dolegliwości,
wiotkości mięśni, niekontrolowanych zachowań i wielkiego lęku przed jeszcze
większą niewiadomą. Brr! Na psa urok! Rzucam zaklęcie! Pluję za siebie,
odwracam się przez lewe ramię. Psu na budę moje zaklinania! Starość – trzęsącymi
rękoma, chrapliwym głosem Baby Jagi z wykrzywionym
nosem, bruzdami wzdłuż nosa , zapachem waleriany i różańcem w rękach, na którym
przesuwane paciorki są nie tylko odwieczną „Zdrowaś Maryjo”, ale bardziej
stacją drogi życiowej, rozpamiętującej wyrywkowo poszczególne fakty – jakby
uciekła od tradycyjnych egzemplifikacji jej przedstawiania – miast symboliki
toposów, archetypów, artefaktów, czy też innych znanych z teorii literatury
pojęć, najzwyczajniej, najtrywialniej – pokazuje mi fuck yuo! I gdzieś ma znajomość języków, i nieważne są dla niej kulturowe
konwenanse. Mimo swojej niesprawności
dopada mnie.
(To była ot! taka sobie dywagacja. Może i niekoniecznie a propos, Ale
co mi tam!)
Mam wolne, mam
czas na załatwianie różnych spraw. I tych osobistych, skądinąd ważnych, a na co
dzień pomijanych w ferworze innych, zawsze ważniejszych, zawsze „na termin”.
Postanawiam, że odwiedzę specjalistów. Nie po to, by coś znaleźli, ale po to,
by utwierdzili w przekonaniu: Nie, nie! W
pani wieku to jeszcze na to za wcześnie!
Albo, by jako ludzie wiedzy i kultury, zdumieli się, mówiąc: „Wie pani w
wieku pięćdziesięciu lat, to możliwe… ale nie w pani A właściwie, ile pani ma
lat? ( i tu, patrząc w kartę pacjenta, świetnie, maskują zdumienie, ale po
chwili powiadają, co winni powiedzieć). Ale nie moim przypadku. O nie… W moim cholernym przypadku tak się nie stało!
Idę więc do specjalisty – okulisty.
Nie oczekuję peanów na temat urody ani Boże broń, diagnozy: „Nie mam
pani nic do powiedzenia”
Ale byłoby miło…
Oto wchodzę do gabinetu pana P. okulisty i słyszę:
- Ile pani ma lat!
Prostuję pierś , wciągam brzuch – (ową tkankę micelarną, co to niby
wykształciła mi się pod wpływem produktów
ligth) i, przybierając lajcikową pozę, powiadam:
- Pięćdziesiąt…
(trochę przeraża mnie ta liczba, więc dodaję nieco ciszej:
- No…- uśmiecham się, cholera wie, po co. – Wprawdzie skończę dopiero
w listopadzie…
Doktor (po gładkości czoła i pobłażliwym spojrzeniu widzę, że na dobrą
sprawę mógł być mi synem) zupełnie ignoruje to moje ( nieprzypadkowe
dopowiedzenie) i po badaniu takim i owakim, ciągnie dalej autorytatywnie i surowo:
- No cóż! W pani wieku! Nie ma
co liczyć na cuda! Brak zdolności akomodacji oka. Kilka lat temu mogła pani
jednymi okularami załatwiać bliż i dal,
teraz jednak…. Raczej nie widzę szans poprawy stanu rzeczy. Będzie coraz gorzej
I snuje swoje naukowe uzasadnienia, na których totalnie się nie znam,
ale dźwięk obcobrzmiących słów nakazuje mi wierzyć, że Doktor wie, o czym mówi.
I ilekolwiek słów by nie padło, i
nieistotnie jak mądrych i kompetentnych, i pomijając ich naukowe
umocowanie… ja pamiętam tylko:
„W pani wieku nie można ”, „ w tym wieku można już tylko”…
I co tam przykrótka spódniczka, czy krwisto- czerwone usta…
Ledwie otrząsam
się z jednej wizyty, której kompetencje uprawomocniają tytuły naukowe,
certyfikaty i nalepki niezastąpionej i wszechobecnej Unii, już czekam na
kolejnego doktora kolejnej renomowanej kliniki. Tu nie ma bata! Żadnych
pieniędzy, żadnych pokątnych gratyfikacji. „Placówka Państwowa”. Doktor, który
ma mnie przyjąć- uosobienie poczciwości, uczciwości, szlachetności- aż dziw w dzisiejszym
świecie. Widzi człowieka, nie chce pieniędzy… (Daj Bóg, by wytrzymał w tym
świecie).
Tym razem w potrzebie są moje
nogi. Właściwie to całkiem, całkiem
kształtne łydki, dość dobrze zbudowane z wyraźną rzeźbą poszczególnych mięśni.
Niekiedy myślę sobie, że mają kształt odnóży ratlerka, ale co mi tam – lepsze
to niż kolumny doryckie, czy jakieś inne jońskie. Pan Doktor – wcielenie Dobra
i Tolerancji –zaprasza do siebie. I tam każe mi wstawać, leżeć, zginać,
prostować, siadać okrakiem, stać z uniesioną pod brodę spódnicą ( na tę
okoliczność – czarną z czerwonymi wstawkami zakończonymi słodkimi kokardkami).
Patrzy w przyrząd zakupiony z funduszy Unii, patrzy, przeprasza i
prosi o cierpliwość… a w końcu powiada:
- Jak na pani wiek… to …– I padają tu wszelkie reguły, dane, prawidła, algorytmy…
Dziękuję
Ślicznie. Doktor ma twarz cherubina. Nie ma szans, by podarować mu
„Wdzięczność” w postaci koperty lub innych egzemplifikacji haseł; „Kwiatów nie
pijemy”. On nie „z tych” – co widać, gołym, acz niekoniecznie
wszystkowidzącym okiem. Młody człowiek, pełen empatii, ot! taki idealista
(Świeć Panie nad jego duszą…)
Wychodzę. Bardzo
zbudowana faktem, że są ludzie, dla których jakość mojego życia jest bardzo
ważna….
Szkoda, że kończy mi się czas wolny, bo powinnam jeszcze odwiedzić
ginekologa, który powiedziałby mi o tym,
w jakim etapie mojej kobiecości jestem ( ile estrogenu, progesteronu… i
innych trudnych – „onów”…), lekarza zajmującego się gęstością moich kości,
dermatologa zajmującego się skórą, kardiologa – badającego moje serce…
diabetologa, homeopaty, geriatry, internisty, neurologa, psychiatry….
Dzień jest piękny!
Słońce bezczelnie razi moje potraktowane
atropiną oczy. Synowa (kolejna w moim życiu – acz dobrze zapowiadająca się i absolutnie a'
propos) wiezie mnie przez plątaninę szczecińskich dróg na dworzec autobusowy,
po drodze wstępujemy na fast- fooda renomowanej marki ( ze względów braku
profitów owej marki – unikam nazwy)
dokładającego rysę na mojej tkance micelarnej, ale i wzmagający poziom
endomorfin. Wracam autobusem. Szczęśliwie udaje mi się zając miejsce, bo ludzi
pełno i mogłabym stać. A jeszcze jakbym usłyszała: „Pani usiądzie” i ktoś – na przykład
jakiś czterdziestolatek, ustąpiłby mi miejsca, to daję słowo- nie
wytrzymałabym. Wracam do domu. Wracam do powszedniości. Koniec końców; mam to,
co mam. Jest jak, jest! Po cóż to drążyć skałę, która od lat, ba! milionów, ba! setki
albo i ileś tam abstrakcyjnych zupełnie
liczb, ma sobie przeznaczony los... Albo skałą pozostanie, albo erozja
i wszelkie inne rzeczy opisywane na Discovery albo na innych Animal
Planet nakażą jej być czym będzie…..Może i nawet Niczym…