piątek, 8 lutego 2013

Przychodzi baba do lekarza, czyli o tym jak lekarz ( jakikolwiek – choćby tylko okulista) potrafi wyzuć biedną kobietę z błędnego pojęcia, że„(…)nie ma kobiet starych”, że „(…)życie zaczyna się po pięćdziesiątce”, że… starość to tylko stan ducha, że… inne tym podobne dyrdymały…







Przychodzi baba do lekarza, czyli o tym jak lekarz ( jakikolwiek – choćby tylko okulista) potrafi wyzuć biedną kobietę z błędnego pojęcia, że„(…)nie ma kobiet starych”, że „(…)życie zaczyna się po pięćdziesiątce”, że… starość to tylko stan ducha, że…  i inne tym podobne dyrdymały…

                Wprawdzie owej magicznej, makabrycznej pięćdziesiątki jeszcze nie mam. Ale nieważne! Słyszę jak dyszy mi za uchem, tak blisko, że boję się odwrócić głowę, bo sapie i w tym oddechu wyczuwam oddech starości, wszelkich geriatrycznych dolegliwości, wiotkości mięśni, niekontrolowanych zachowań i wielkiego lęku przed jeszcze większą niewiadomą. Brr! Na psa urok! Rzucam zaklęcie! Pluję za siebie, odwracam się przez lewe ramię. Psu na budę moje zaklinania! Starość – trzęsącymi  rękoma, chrapliwym głosem Baby Jagi z wykrzywionym nosem, bruzdami wzdłuż nosa , zapachem waleriany i różańcem w rękach, na którym przesuwane paciorki są nie tylko odwieczną „Zdrowaś Maryjo”, ale bardziej stacją drogi życiowej, rozpamiętującej wyrywkowo poszczególne fakty – jakby uciekła od tradycyjnych egzemplifikacji jej przedstawiania – miast symboliki toposów, archetypów, artefaktów, czy też innych znanych z teorii literatury pojęć, najzwyczajniej, najtrywialniej – pokazuje mi fuck yuo! I gdzieś ma znajomość języków, i nieważne są dla niej kulturowe konwenanse. Mimo swojej niesprawności  dopada mnie.

(To była ot! taka sobie dywagacja. Może i niekoniecznie a propos, Ale co mi tam!)

                Mam wolne, mam czas na załatwianie różnych spraw. I tych osobistych, skądinąd ważnych, a na co dzień pomijanych w ferworze innych, zawsze ważniejszych, zawsze „na termin”. Postanawiam, że odwiedzę specjalistów. Nie po to, by coś znaleźli, ale po to, by utwierdzili w przekonaniu: Nie, nie! W  pani wieku to jeszcze na to za wcześnie! Albo, by jako ludzie wiedzy i kultury, zdumieli się, mówiąc: „Wie pani w wieku pięćdziesięciu lat, to możliwe… ale nie w pani A właściwie, ile pani ma lat? ( i tu, patrząc w kartę pacjenta, świetnie, maskują zdumienie, ale po chwili powiadają, co winni powiedzieć). Ale nie moim przypadku. O nie…  W moim cholernym przypadku tak się nie stało!
Idę więc do specjalisty – okulisty.
Nie oczekuję peanów na temat urody ani Boże broń, diagnozy: „Nie mam pani nic do powiedzenia”
Ale byłoby miło…
Oto wchodzę do gabinetu pana P. okulisty i słyszę:
- Ile pani ma lat!
Prostuję pierś , wciągam brzuch – (ową tkankę micelarną, co to niby wykształciła mi się pod wpływem produktów  ligth)  i, przybierając lajcikową pozę, powiadam:
- Pięćdziesiąt…
(trochę przeraża mnie ta liczba, więc dodaję nieco ciszej:
- No…- uśmiecham się, cholera wie, po co. – Wprawdzie skończę dopiero w listopadzie…
Doktor (po gładkości czoła i pobłażliwym spojrzeniu widzę, że na dobrą sprawę mógł być mi synem) zupełnie ignoruje to moje ( nieprzypadkowe dopowiedzenie) i po badaniu takim i owakim, ciągnie dalej autorytatywnie i  surowo:
- No cóż! W pani wieku!  Nie ma co liczyć na cuda! Brak zdolności akomodacji oka. Kilka lat temu mogła pani jednymi okularami załatwiać bliż  i dal, teraz jednak…. Raczej nie widzę szans poprawy stanu rzeczy. Będzie coraz gorzej
I snuje swoje naukowe uzasadnienia, na których totalnie się nie znam, ale dźwięk obcobrzmiących słów nakazuje mi wierzyć, że Doktor wie, o czym mówi. I ilekolwiek słów by nie padło, i  nieistotnie jak mądrych i kompetentnych, i pomijając ich naukowe umocowanie… ja pamiętam tylko:
„W pani wieku nie można ”, „ w tym wieku można już tylko”…
I co tam przykrótka spódniczka, czy krwisto- czerwone usta…

                Ledwie otrząsam się z jednej wizyty, której kompetencje uprawomocniają tytuły naukowe, certyfikaty i nalepki niezastąpionej i wszechobecnej Unii, już czekam na kolejnego doktora kolejnej renomowanej kliniki. Tu nie ma bata! Żadnych pieniędzy, żadnych pokątnych gratyfikacji. „Placówka Państwowa”. Doktor, który ma mnie przyjąć- uosobienie poczciwości, uczciwości, szlachetności- aż dziw w dzisiejszym świecie. Widzi człowieka, nie chce pieniędzy… (Daj Bóg, by wytrzymał w tym świecie).
Tym razem  w potrzebie są moje nogi.  Właściwie to całkiem, całkiem kształtne łydki, dość dobrze zbudowane z wyraźną rzeźbą poszczególnych mięśni. Niekiedy myślę sobie, że mają kształt odnóży ratlerka, ale co mi tam – lepsze to niż kolumny doryckie, czy jakieś inne jońskie. Pan Doktor – wcielenie Dobra i Tolerancji –zaprasza do siebie. I tam każe mi wstawać, leżeć, zginać, prostować, siadać okrakiem, stać z uniesioną pod brodę spódnicą ( na tę okoliczność – czarną z czerwonymi wstawkami zakończonymi słodkimi kokardkami).
Patrzy w przyrząd zakupiony z funduszy Unii, patrzy, przeprasza i prosi o cierpliwość… a w końcu powiada:
- Jak na pani wiek… to …– I padają tu wszelkie reguły, dane,  prawidła, algorytmy…

                Dziękuję Ślicznie. Doktor ma twarz cherubina. Nie ma szans, by podarować mu „Wdzięczność” w postaci koperty lub innych egzemplifikacji haseł; „Kwiatów nie pijemy”.  On nie „z tych” – co  widać, gołym, acz niekoniecznie wszystkowidzącym okiem. Młody człowiek, pełen empatii, ot! taki idealista (Świeć Panie nad jego duszą…)
          Wychodzę. Bardzo zbudowana faktem, że są ludzie, dla których jakość mojego życia jest bardzo ważna….
Szkoda, że kończy mi się czas wolny, bo powinnam jeszcze odwiedzić ginekologa, który powiedziałby mi o tym,  w jakim etapie mojej kobiecości jestem ( ile estrogenu, progesteronu… i innych trudnych – „onów”…), lekarza zajmującego się gęstością moich kości, dermatologa zajmującego się skórą, kardiologa – badającego moje serce… diabetologa, homeopaty, geriatry, internisty, neurologa, psychiatry….

                Dzień jest piękny! Słońce bezczelnie razi  moje potraktowane atropiną oczy. Synowa (kolejna w moim życiu – acz  dobrze zapowiadająca się i absolutnie a' propos) wiezie mnie przez plątaninę szczecińskich dróg na dworzec autobusowy, po drodze wstępujemy na fast- fooda renomowanej marki ( ze względów braku profitów owej marki – unikam nazwy)  dokładającego rysę na mojej tkance micelarnej, ale i wzmagający poziom endomorfin. Wracam autobusem. Szczęśliwie udaje mi się zając miejsce, bo ludzi pełno i mogłabym stać. A jeszcze jakbym usłyszała: „Pani usiądzie” i ktoś – na przykład jakiś czterdziestolatek, ustąpiłby mi miejsca, to daję słowo- nie wytrzymałabym. Wracam do domu. Wracam do powszedniości. Koniec końców; mam to, co mam. Jest jak, jest! Po cóż to drążyć skałę, która od lat, ba! milionów, ba! setki albo i ileś  tam abstrakcyjnych zupełnie liczb, ma sobie przeznaczony los... Albo skałą pozostanie, albo erozja  i wszelkie inne rzeczy opisywane na Discovery albo na innych Animal Planet nakażą jej być czym będzie…..Może i nawet Niczym…