niedziela, 14 maja 2017

Trochę o mnie w wywiadach. Odsłona 2.


Wywiad ze strony WP. Książki 

http://ksiazki.wp.pl/tytul,Iwona-Zytkowiak-Interesuje-mnie-swiat-kobiet-Ten-prawdziwy,wid,21756,wywiad.html 

Iwona Żytkowiak: „Interesuje mnie świat kobiet. Ten prawdziwy”

10-10-2016 | Ksiazki WP
  A A A
Iwona Żytkowiak: „Interesuje mnie świat kobiet. Ten prawdziwy”
Iwona Żytkowiak oddaje w ręce czytelników powieść przesiąkniętą historią ziem, na których się wychowała. Jej bohaterce przychodzi się zmierzyć z wieloma przeciwnościami losu. Ruta − ni to Polka, ni Niemka, ni Żydówka – żyje w zawieszeniu między przeszłością a przyszłością, między tym, co namacalne, a tym, co mistyczne. Czy łatwo akceptujemy inność? Czy istnieje pierwowzór postaci Ruty? Na te i inne pytania odpowiada Iwona Żytkowiak.
Magdalena Majcher: Akcja pani najnowszej powieści pod tytułem Świat Ruty toczy się w położonym w województwie zachodniopomorskim Barlinku – miasteczku, które w przeszłości było częścią Niemiec. Sama pochodzi pani z Barlinka. Czy nie obawiała się pani reakcji mieszkańców na tę książkę, swego rodzaju buntu, że ktoś w tak otwarty sposób opowiada o sprawach małomiejskiej społeczności?
Iwona Żytkowiak: Nie boję się tego z prostych przyczyn. Po pierwsze, ta historia narodziła się w mojej głowie i mimo że jest prawdopodobna, nie ma nic wspólnego z prawdą. A nawet gdyby – mogła wydarzyć się wszędzie, szczególnie tam, gdzie mówi się o tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie był problem polonizacji, czy też − jak wolą niektórzy − repolonizacji, oraz wszędzie tam, gdzie po wojnie ludność stanowi konglomerat, czyli zarówno tu, gdzie mieszkam, jak i na ścianie wschodniej i w wielu innych miejscach. Taka już nasza – polska pogmatwana historia.
Przeszłość odcisnęła piętno na bohaterach Świata Ruty. Mieszkańcy Barlinka traktują się w sposób życzliwy, jednak pozbawiony ufności. Czy te podziały − na Polaków, Niemców i Żydów − nadal są obecne w społecznej świadomości?
Obecnie nie dostrzegam jakichkolwiek animozji, jeśli chodzi o pochodzenie, ale wiem – na podstawie rozmów, kwerend − że nie zawsze tak było, a historia też nie pomagała. Po akcji przesiedleńczej, na mocy której za Odrę wysiedlono ponad sześć tysięcy mieszkańców Barlinka, tu pozostała garstka, która musiała się zmierzyć i z nowym porządkiem, i z nowymi mieszkańcami. Nie było łatwo. Z tego, co mi opowiadano, pozostałym Niemcom nie przysługiwały deputaty. Żywność pozyskiwano w zamian za usługi; kobiety szyły, robiły na drutach. Zapewne musiały zdarzać się akty agresji, oznaki niechęci… do wszystkiego, co niemieckie. To siłą rzeczy stwarzało atmosferę nieufności. Utkwił mi w pamięci obraz dwóch Niemek mieszkających nieopodal mojego domu. Były wysokie, kostyczne, przemykały ulicami szybko i ostrożnie, jakby się bały. Ja też się bałam. Zdawało mi się, że wciąż wokół mnie ktoś szepcze złowieszczo: „O, Niemry idą, Niemry”. Chociaż wcale mi się nie zdawało, ja to naprawdę słyszałam. Zza winkla przyglądałam się im i wychodziłam dopiero wtedy, gdy zniknęły mi z oczu. Ale pamiętam też, że na rynku w Barlinku mieścił się zakład fryzjerski – właścicielem był pan, którego żona była Niemką – miała na imię Elle. Chodziłam tam z moim ojcem i lubiłam się przysłuchiwać, jak śmiesznie kaleczy język. Była duża i sympatyczna, a ja nigdy nie słyszałam, by ktoś był wobec niej uszczypliwy. Latem przesiadywała w wielkim oknie, opierając pulchne ramiona na poduchach, i obserwowała miasto.

Fabuła książki rozciąga się między przeszłością a teraźniejszością. Zauważa pani, że nie pochodzimy znikąd, a każdy z nas ma swoją historię, będącą integralną częścią nas samych. Niektórym bohaterom łatwiej przychodzi zaakceptowanie tej rzeczywistości, innym – nieco trudniej. A pani?
Dla mnie szalenie istotna jest nasza genealogia, owe odwieczne pytania, to, skąd przychodzimy. Człowiek nie może wypaść sroce spod ogona. Zawsze jest skądś. I właśnie owo „skądś” w znamienitym stopniu konstytuuje to, jacy jesteśmy, pozwala, jeśli nie znajdować, to na pewno szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Czasem zdarza się, że nie pasuje nam nasza historia, że nie chcemy się z nią utożsamić, chcemy się jej wyrwać, uciec od niej, dokonujemy pewnych konfabulacji. Ale to dość ryzykowne, bo najczęściej, wyparta na chwilę, dopadnie nas, nierzadko w najmniej odpowiednim momencie. Wtedy zaczyna się nasz osobisty dramat.
Ruta, bohaterka powieści, jest nieakceptowana, a wręcz wytykana palcami przez innych. Ni to Polka, ni Żydówka, ni Niemka. Skąd pomysł na taką postać? Czy istnieje pierwowzór tej bohaterki?
Jest osoba, która w pewnym sensie dała fizis mojej Rucie. Nie znam jej, choć widuję ją na ulicach mojego miasta. Nie wiem też nic o jej życiu, przeszłości, ale wyobraziłam je sobie i owo wyobrażenie znalazło realizację w powieści. Ona, podobnie jak moja Ruta, sprawia wrażenie osobnej, wyizolowanej. Ludzie niekiedy szepczą o niej, oglądają się za nią. Myślę, że wielu ludziom może wydawać się „inna”. Z drugiej zaś strony, Ruta jest postacią absolutnie prawdopodobną. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś zobaczył w niej swoją historię.
Świat Ruty to opowieść mocno osadzona w historii. Jak wyglądała praca nad tą powieścią?
Jak zawsze, obiecywałam sobie, że napiszę powieść lekką, łatwą i przyjemną. Odżegnywałam się od historii, której − paradoksalnie − nigdy nie lubiłam. Może nie tyle nie lubiłam, co z szacunku do niej nie chciałam się w niej „babrać”. Wiem bowiem, że historia nie lubi kłamstwa, nie lubi przekłamań, bo jeśli takowe się zdarzą, zemści się. Ale i tym razem nie udało mi się. W pewnym sensie ugrzęzłam. A to wymusiło poszukiwania, śledzenie nazw, lokalnych przekazów, spacery po cmentarzu, odwiedziny muzeum. Wiele czasu spędziłam na poszukiwaniu informacji dotyczącej kwestii żydowskiej na tym terenie, Nocy Kryształowej, szóstej alii. Często spędzałam nad lekturą kilka godzin po to, by napisać jedno zdanie, bo nie umiałam na przykład z niego zrezygnować.
Jak długo dojrzewała w pani ta historia? Czy był to nagły impuls, a może opowieść rodziła się w bólach przez dłuższy czas?
Tak jak mówiłam, impuls spowodował, że zaczęłam pisać Świat Ruty, i miała to być lekka powieść. Zaczęło się od imienia. Już tak mam, że najpierw w mojej głowie kołacze się imię. A potem znajduje dla niego „życie”. Dlaczego takie, a nie inne? Nie wiem. Zdarzenia rodzą się z każdą stroną. Bywa, że nieoczekiwanie dla mnie samej.
Świecie Ruty pisze pani tak: „Tylko człowiek jest w stanie przejść przez piekło. Ruszyć z posad to, co zdawało się nie do ruszenia. Zapomnieć to, co nie powinno być zapomniane. Wybaczyć niewybaczalne”. Czy właśnie to jest miarą człowieczeństwa?
Nie ja wymyśliłam, że prawdziwe człowieczeństwo to doświadczanie zarówno szczęścia, jak i cierpienia. Dopiero wówczas, gdy dana jest nam do przeżycia cała plejada doświadczeń, możemy mówić, że przeżyło się życie prawdziwie. Jasne, nikt nie chce „na ochotnika” cierpieć, ale chyba nie ma wyjścia. Wciąż ocieramy się o cierpienie, o zło − dobrze, by nie było ono naszym udziałem.
Czy rzeczywiście tak trudno przychodzi nam zaakceptowanie inności?
Chyba coraz łatwiej, ale szału nie ma. Kątem oka, mniej lub bardziej dyskretnie przyglądamy się inności. Może reagujemy mniej ostentacyjnie, ale wciąż budzi ona naszą ciekawość. Lubimy to nazywać współczuciem, empatią.
Co pani sądzi o tolerancyjności Polaków? Czy jako naród możemy mówić, że jesteśmy elastyczni i tolerancyjni?
Mam wrażenie, że bardziej lubimy mówić o tolerancji niż być tolerancyjni. Jeszcze częściej tolerujemy, akceptujemy coś, jednocześnie dziękując Bogu, Opatrzności, losowi (czemukolwiek, w co wierzymy lub nie), że nas to nie dotyczy. Myślę sobie również, że jako naród lubimy się obwarowywać pewnymi zasadami, nakładać sobie postronki, epatować wartościami − po to, by za chwilę wyłamywać się z zasad, zrywać więzy, pokazywać swoją niezależność, udowadniać swoją rewolucyjną naturę. Tacy romantyczni jesteśmy.
Problemy z zaakceptowaniem inności oraz przeciwności losu, jakie czyhają na nas w trakcie poszukiwań własnej tożsamości, pojawiają się w pani twórczości nie po raz pierwszy. W Dokąd teraz? pisała pani o traumatycznym wydarzeniu z przeszłości, które całkowicie odwróciło bieg życia, Tam, gdzie dom twój porusza temat rodzinnego dziedzictwa. Czy pani literackie zainteresowania oscylują właśnie wokół tych zagadnień?
Szczerze? Nie konkretyzuję swoich literackich poczynań, nie nakładam sobie ram. Na pewno interesuje mnie świat kobiet. Ale ten prawdziwy. Nie zawoalowany, nie upiększony, ale też nie histeryczny, heroiczny. Wierzę, że tylko wówczas, gdy świat przedstawiony w moich powieściach ma szansę na uprawdopodobnienie się w czytelniku, który go przyjmie jako możliwy, prawdziwy, niekiedy jako własny, moje pisanie ma sens. Oczywiście wyłączam stąd wszelkie science fiction, fantasy. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasem historie, które proponuję, nie są piękną opowiastką z happy endem, osadzoną w sielankowym entourage'u, ale cóż − tak mam. Wierzę jednak głęboko, że i moje opowieści, mające czasem silne umocowanie w historii, w konkretnym miejscu, eksplorujące wnętrze człowieka, znajdą swoich odbiorców.
Co czyta pani prywatnie? Jacy autorzy mają swoje stałe miejsce w domowej biblioteczce Iwony Żytkowiak?
Iwona Żytkowiak czyta nieprzyzwoicie dużo i z nawiązką wypełnia misję pod hasłem „Przeczytam 52 książki w ciągu roku”. Staram się wybierać książki, które pozostawiają we mnie ślad, których nie wstydzę się na półce, które nie trącą banałem i jednorazowością, a nie te, które powinno się przeczytać, bo „tak trzeba”, bo ktoś mądrzejszy ode mnie sklasyfikował je jak warte odbioru. Zawsze czytam laureatów prestiżowych nagród literackich − i zawsze kupuję. A na półce stałe miejsce mam dla Herberta, Myśliwskiego, Axelsson, Cabre, Lessing, Ciorana…
Na koniec zapytam o plany na przyszłość. Nad czym pani obecnie pracuje? Kiedy czytelnicy mogą się spodziewać następnej powieści?
Za mną premiera Świata Ruty, podpisana umowa z wydawnictwem Prószyński i S-ka na powieść pod moim roboczym tytułem Ona − Nina, ja – Joanna, w Replice Moje wszystkie zmartwychwstania. A piszę… piękną fabularyzację życia Romany Kaszczyc – polskiej malarki, poetki, plastyczki. Historia kobiety. Historia znów determinowana splotem zdarzeń, na które człowiek, jako jednostka, absolutnie nie miał wpływu, lecz też same zdarzenia wpłynęły na los jednostki w sposób spektakularny. Nawiasem mówiąc, tkwię w zawieszeniu, bo kilka miesięcy temu moja interlokutorka zmarła. 
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Magdalena Majcher

http://ksiazki.wp.pl/tytul,Iwona-Zytkowiak-Interesuje-mnie-swiat-kobiet-Ten-prawdziwy,wid,21756,wywiad.html