niedziela, 29 stycznia 2017

A miało być inaczej. O wielkim rozczarowaniu – czyli curriculum vitae


W końcu lat siedemdziesiątych, początkach osiemdziesiątych wkraczałam w dorosłość. Egzaltowaną, postrzeganą nie do końca realnie, na pewno w żadnym stopniu pragmatycznie.  Z nie bardzo odległymi horyzontami, które  sytuowały mój świat w przestrzeni dość jasnej do ogarnięcia ( to teraz takie modne słowo), zdefiniowania, przewidzenia.
Mój świat był jasno określony; zwyczajny dom, klarowne cele życiowe, nie było żadnych spektakularnych wydarzeń, które determinowałyby życie moich rodziców, moje…  I nawet napisałam o tym, w jednym z wierszy z mojego tomiku Żywot jętki  
/nie mam wspomnień martyrologicznych
obozowych opowieści, historii zza krat
nawet nazwisko nie zapisało się ani tak ani siak/
Owa przewidywalność mogła wydawać się nudna, ale mnie  dawała poczucia bezpieczeństwa.  Miałam dużo, ba! bardzo dużo! Mianowicie; pewność, że dobrze wybrałam – najpierw osobę, z którą chciałam iść przez wiosny, lata i smętne jesienie, potem zawód – może nieco anachroniczny, może zbyt oczywisty – nauczyciel, a wreszcie – miejsce… . Żadne tam wydumane, żadne tam modne, żadne charyzmatyczne…ot! mój rodzinny Barlinek! Czy lekko było? Z perspektywy czasu… ludzko… dzieci, dom, ścieranie się racji, charakterów, poglądów… wciąż nowe próby zatrybienia. Lepsze, gorsze… jak to w życiu bywa – raz na wozie, raz pod wozem. Taka tam życiowa szarpanina, nie pozbawiona wszelako smaczków, kęsków – momentów, gdy serce śpiewało „chce się żyć”. W tym czasie, zdobywałam doświadczenia, rodziłam dzieci, tężałam. Coraz większe znaczenie miało branie „tak” za „tak”, „nie” za  „nie”. Coraz częściej unikałam „półcieni”, kompromisów. Coraz uważniej przyglądałam się światu, coraz uważniej go eksplorowałam. Dojrzewałam, dorastałam… Dawałam sobie prawo do błędu. Innych, będących w orbicie mojego świata, też nie pozostawiałam bez szansy. Nie byłam rewolucyjna, żadna byłam…
/nikt mnie nie pomylił na ulicy z Gretą Garbo,
 Jean Seberg czy Juliette Binoche
co najwyżej ominął jak zawadzający słup

(nawet nie latarnię
ta roztacza pożyteczne światło)

w moim domu na strychu wiszą kolorowe sukienki
wyblakłe halki i połacie pościeli/

Jak inni stałam tygodniami w kolejce po lodówkę Silesię, miałam kredyt małżeński na meble Sawa, wydzierałam kwadraciki z kartek na mięso, buty, cukier…Takie czasy, taka rzeczywistość! Z koniem się nie kopie!  Lata płynęły, Bo czas ma to do siebie, że jest bezwzględny. Idzie do przodu. Chciał nie chciał.
Dzieci rosły, mądrzały. Praca cieszyła. Wybory życiowe sprawdzały się… Czasem nocą, spłowiałą od natrętnego księżyca albo rozcieńczonej styczniowym śniegiem, przychodził lęk o przyszłość. Ale niknął o trzeciej nad ranem. Bo przecież inaczej nie mogło być! Stabilizacja musi nastąpić….
Może jeszcze nie wówczas, ale przecież nadchodził wspaniały….czwarty czerwca osiemdziesiąty dziewiąty….Joanna Szczepkowska ogłosiła a u t o r y t a t y w n i e „skończył się w Polsce komunizm”. We mnie zapączkowała myśl, że „ było jak było”, ale teraz tylko z górki. I droga bez muld, i kłody z drogi.  I wieku czterdziestu lat będę może nienazbyt  nobliwą, ale ustabilizowaną osobą, przed którą tylko życie po maśle i z górki. Bez spektakularnych zwrotów, bez suspensów wprawiających w oniemienie, czy też banalnie dezorientujących, ale wiedząca „na czym stoi”, „kto zacz”, „o co chodzi”….
Niestety! Pierdulło! Jak domek z kart! Jak zamek na piasku! Jak układ domino!
Zacisnęłam wargi. Zagryzłam ( wsysając na powrót wysączoną z rozgryzionej wargi krew o metalicznym posmaku).
Dzisiaj nie wiem, co przede mną. A moja niewiedza głębsza niż Mur Mariański… A miało być inaczej….